• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
1970 / Nastał czas ciemności

1970 / Nastał czas ciemności
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#1
29.12.2023, 19:59  ✶  
Rok 1970
Kryjówka przy Pokątnej

Alastora obudził potworny ból umiejscowiony nad lewym biodrem.

Wczorajszego wieczora, stacjonująca w Biurze Aurorów uzdrowicielka, która widziała do tej pory wiele scen tak koszmarnych, że nawet Moody wzdrygnąłby się na ich widok, zobaczywszy rozległe ugryzienie, którego sprawcą było wyhodowane przez jakiegoś czarnoksiężnika krwiożercze bydle... momentalnie pobladła. Dopiero kiedy zobaczył jej zawahanie się, nim dotknęła prowizorycznego bandaża, dotarło do niego, że być może Harper miała rację i nie powinien iść sam. Głupio mu było wspierać się o kogoś niższego od siebie, machnął więc ręką i zachowywał się tak, jakby wygryzienie sporego kawałka mięsa nie było aż tak bolesne, jak mogłoby się wydawać. Ale było. Bolało tak mocno, że ledwo powstrzymywał łzy, kiedy mu tę ranę odkażano jakimś specyfikiem, a kiedy zaczęto grzebać w niej palcem, żeby wyciągnąć coś, co w niej zostało, żeby nie pozwolić się na zagojenie, nie pomogło nawet zaciskanie zębów na szmacie. Wydarł się tak, że tylko wyciszone ściany uchroniły go przed staniem się nowym obiektem plotek w Departamencie.

Z wielkim trudem dźwignął się z łóżka i chwycił za stojącą na sosnowej etażerce flaszkę wypełnioną eliksirem, który miał pozwolić mu zasnąć. Dostał dwa dni wolnego na czas wygojenia się rany i pierwszy raz nie protestował. Musiał przyznać się do swojej porażki. Nie dość, że dali temu draniowi uciec, to jeszcze oberwał na tyle mocno, aby być pewnym jednego - gdyby tego dnia poszedł tam sam, to by zginął. I to go chyba bolało bardziej niż ta rana. Świadomość własnej śmiertelności była w jakiś sposób przerażająca. Nie czuł jej nigdy w trakcie potyczek. Momentami miał wrażenie, jakoby ciało poruszało mu się w nich samo, jakby uporczywa walka była najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Dopiero kiedy wrócił do mieszkania i zobaczył tę mordę obitą, brak kolejnego zęba, posiniaczone ramiona i źle zrośnięty nos - wtedy dopiero to do niego docierało - jak niewiele brakowało, aby już nigdy w tym miejscu nie stanął, przynajmniej nie jako on. I co się wtedy stanie z tym światem, co? Światem, który upadał. Nigdy się nie czuł głównym bohaterem nawet własnej historii i cisnął go w głowę niemożebnie kompleks niższości, ale zdawał sobie sprawę z tego, że rzeczywistość budowana przez tych obłąkanych zza drugiej strony barykady wymagała tego, coby ta poprawniejsza strona świata posiadała swoich bohaterów.

Tylko czy na pewno był bohaterem?

Flaszka była już pusta. Stęknął raz jeszcze, zsuwając przy tym na brzeg materaca i spojrzał na wiszący nieopodal zegar. Było tak piekielnie ciemno, że nie mógł nawet dostrzec godziny, jaką wskazywał, ale Alastor wiedział dobrze, że nie mogła być zbyt wczesna, bo za oknem było za cicho jak na poranną Pokątną. A jak już to okno wpadło w jego myśli, to wpadło też w oko. Wtedy też zorientował się, że na parapecie czeka na niego biała, niewielka sówka trzymająca czarną kopertę. Chwyciwszy różdżkę, podniósł okiennicę szybkim zaklęciem i wpuścił zwierzę do środka. Przekazało mu list, którego zawartości się spodziewał, ale i tak udało mu się sprawić, że Alastor momentalnie znalazł się poza swoim pokojem. Obtarta od upadku pięść zapukała w drzwi prowadzące do pokoju Effimery. Nie widziała go jeszcze w tym stanie, bo wrócił późno. Założył więc (być może błędnie), że już spała i zniknął za drzwiami swojej sypialni, nie pozostawiwszy żadnych wyjaśnień na temat brudnych od krwi bandaży zalegających w ich wspólnej łazience, ani na temat tego, jak właściwie wyglądał (a wyglądał potwornie).

Litery były kreślone krzywo, ale ten charakter pisma rozpoznałby wszędzie. Jeżeli to nie był żart, żadna próba odegrania się na nim za lipiec 69 roku, to niech ci wszyscy bogowie, których zwykle miał gdzieś, niech ich mają w swojej opiece. Nigdy nie widział tak dramatycznego podsumowania strat po jednej nocy.

Harper nie kłamała, naprawdę nastał czas ciemności.

~ ✶ ~

Kiedy pojawił się w Atrium, treść listu wciąż ciążyła mu w umyśle. Wiedział już jak katastrofalne będzie kolejne z wydań Proroka Codziennego i jak wielkim echem odbije się to po Londynie. Czy powinien spodziewać się paniki? Jego kuzynka słynęła z poważnego tonu i trudnego do zniesienia charakteru, ale dla niego nie była ani poważna, ani trudna do zniesienia, ani szorstka - była po prostu wychowana pod ich modłę, pod modłę Moodych. Dziś, kiedy trzymał w łapach tę wiadomość, wyczuł w niej dokładnie to, co musieli czuć inni, kiedy wydawała im polecenia. Z przykrością stwierdził więc, że bardziej niż ogólnokrajowego chaosu obawiał się tego wezwania - co jeżeli przybył tu i jechał windą na dolne piętro Ministerstwa, aby wyjść naprzeciw temu, że Harper będzie załamana? Że nie podoła byciu częścią szefostwa w obliczu tak licznych ataków? Był ciężko ranny, na pewno nie chciała go teraz wysłać do walki, więc był wezwany do Biura jako kto - wsparcie emocjonalne? Taktykiem nie był żadnym. Doradcą - być może, ale nie w stanie tak silnego upodlenia.

Kiedy przekroczył próg Biura, w środku panował chaos. Było tak wcześnie, że większość pracowników Ministerstwa nie wstała jeszcze do pracy. Dowiedzą się o wszystkim za kilka godzin, ale Aurorzy i Brygada będą już wtedy na skraju przemęczenia. Powitał się z kilkoma osobami skinieniem głową, Willow uścisnął rękę. Było tu pustawo, jeżeli chodziło o jego bliskich - czyli Ida i ojciec znajdowali się już w terenie. Freya, Cain? Nie dojrzał ich. Nacisnął klamkę i pociągnął mocno drzwi. Nie pofatygował się nawet, żeby zapukać, ale jego kuzynka nie wydawała się tym przejęta. Stała obok swojego krzesła i nerwowo wybijała jakiś rytm, wpatrując się w samopiszące pióro, skrobiące ostatnie litery jakiejś wiadomości.

- Jestem więc - powiedział, bo mu kazała przybyć do Ministerstwa w trybie pilnym, a opis był iście dramatyczny. - Co mam robić?

- Poczekać.

- Na co?

- Aż skończę pisać te wiadomości.

Niechętnie przytaknął. Zajął miejsce w fotelu w rogu pomieszczenia i przymknął oczy. W jego stanie migocząca lampa potrafiła doprowadzić człowieka do tak silnego bólu głowy, że nawet on ulegał potrzebie odpłynięcia gdzieś daleko, poza tę rzeczywistość, w objęcia snu. Zasnąć tutaj nie mógł, ale mógł spróbować odpocząć. Skrobanie stalówki o pergamin, na przekór irytującemu światłu, zadziałało na niego uspokajająco. Przeplatane westchnieniami i cichymi przekleństwami, kiedy zaklejała kopertę.

- Ten jarczuk naprawdę mocno cię upierdolił - przyznała nagle, przerywając głuchą ciszę. Nie odpowiedział jej niczym bardziej wylewnym niż milknące „mhm” gdzieś pomiędzy głębokimi oddechami. - Trzeba było zamienić się w psa i upierdolić go mocniej. - Darował sobie jakikolwiek komentarz. - Kazałam ci przyjść, bo przybędzie tu też niedługo mój drogi przyjaciel. - Dopiero wtedy Alastor otworzył oczy. - Zbiera zaufanych, dobrych ludzi. Takich chętnych do zebrania się przeciwko tym atakom.

- I czym to się różni od tego, co robię w pracy?

- Inni ludzie, inne możliwości, bardziej zaufane grono mogące dobrać inne metody.

Znów zapadło pomiędzy nimi milczenie.

- Więc?

- Więc co?

- Trochę zwątpiłam w to, czy jesteś zainteresowany.

- Przez stres, Harpie. Przecież wiesz, że możesz na mnie liczyć.

Zobaczył, jak jego kuzynka odetchnęła głęboko. Momentalnie zrobiło mu się trochę głupio, że akurat tak dobierał słowa i ton głosu, ale też wiedział, że miał w swojej ostatniej wypowiedzi rację - w normalnych warunkach wcale by w jego gotowość nie zwątpiła. Cisnęło mu się na usta kilka pytań, takich najbardziej oczywistych, typu „a kto jest tym przyjacielem”, jednak patrząc prawdzie w oczy - mógł po prostu poczekać. I tak też zrobił.

Jeszcze tego samego dnia Moody poznał Albusa Dumbledore'a od zupełnie innej strony.

~ ✶ ~

Musiał im to przyznać - nie spodziewał się, że ten cały Zakon Feniksa okaże się czymś aż tak znaczącym w obliczu rebelii Voldemorta. Od początku miał wrażenie, że Ministerstwo nie radzi sobie z tym wszystkim najlepiej, a zebrani przez Dumbledore'a ludzie co prawda nie byli w stanie w pełni załatać wyrwy, jaką pierwsze ataki jego popleczników wywołały w poczuciu bezpieczeństwa obywateli, ale zdecydowanie zbudowały w nim nadzieję na to, że nie wszystko było stracone.

U kogoś z jego życiorysem nie było tak naprawdę miejsca na to, aby opowiedzieć się bezpośrednio po którejkolwiek ze stron. No bo jego wybór był od samego początku oczywisty, tak naprawdę czuł się, jakby żadnego wyboru nie było. Z jego perspektywy nie istniały dwie strony, istniała tylko jedna - ta słuszna, wszystko, co chciało stanąć naprzeciw tej słuszności, wymagało sprawdzenia i ewentualnej likwidacji, a że ten cały Czarny Pan szczycił się nie tylko niezdrowym podejściem do mugolaków, ale i ciągotami do brudnej magii, zajął miejsce jednego z głównych elementów, jakie jego rodzina chciała strącić z planszy rozgrywanej z czarnoksiężnikami szachów.

Moody niewiele potrzebował do tego, aby zaskarbić sobie... no może nie sympatię (bo sympatyczny to on nie był, więc czemu miałby oczekiwać więcej niż wzajemność w tym fakcie), ale na pewno zaufanie - bo byczy Auror, witający się ze wszystkimi w tak złych czasach, trzymający się za bandaże na ranie po ugryzieniu jarczuka, prawdopodobnie potrzebujący jeszcze wiele czasu na odpoczynek, bo te pieruństwa goiły się tak, jakby nie chciały, mimowolnie wzbudzał jakiś respekt. Jedni pamiętali go ze szkoły, najczęściej z kompletnych głupot. Inni znali go z korytarzy Ministerstwa. Niektórych poznał dopiero teraz. Po miesiącach wspólnych obrad doszedł do pokrzepiającego wniosku: mógł się uspokoić i przestać patrzeć im na ręce, mógł zacząć knuć z nimi na uboczu rzeczy, jakich się nie knuło w Biurze. Któż by pomyślał, że taka konspira zbliżała do siebie ludzi?

Koniec sesji


fear is the mind-killer.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alastor Moody (1516)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa