Gdyby nie sama intensywność ich ''powitania'' Sebastian być może określiłby zachowanie Alastora desperackim. Oto, na Lithcie w roku 1972 znany Auror uczepił się pierwszego z brzegu kapłana, jakby stanowił jego ostatnią deskę ratunku przed odpłynięciem w ciemność. Iście poetyckie. Na takie rozważania Macmillan nie miał jednak czasu. Wysnuł tylko jeden prosty wniosek: coś było nie tak. Nie wiedział co dokładnie, co było tego przyczyną i czy mógł w jakikolwiek sposób pomóc. Ale to był Alastor, a pomięcia na szacie nie miały w tej chwili najmniejszego znaczenia, w porównaniu z tym, że Auror wyraźnie potrzebował jakiegoś wsparcia.
— Nic się nie stało. To ja przepraszam. — Instynktownie zdzielił go chwilę wcześniej po ręce, a przecież po prostu potrzebował pomocy. — Zdarza się.
Robił, co mógł, aby zachować pozory opanowania, podczas gdy Alastor dochodził do siebie. Siedział wyprostowany na pieńku, z dłońmi opartymi na kolanach. Co rusz chwytał za materiał spodni tylko po to, aby zaraz go wygładzić. Może podświadomie próbował sobie w ten sposób zapewnić poczucie komfortu, kontroli nad przebiegiem tego nieoczekiwanego spotkania, w jakie został uwikłany? Wypuścił powietrze z płuc. Samo to, że ich ścieżki ponownie przecięły się było dla niego sporym zaskoczeniem.
Jak dotąd aktywnie nie dążył do spotkań z Moodym. Dla własnego dobra trzymał się na dystans, o ile istniała taka możliwość. Dzięki temu utrzymywał emocje na wodzy, nie pozwalając przeszłości wypłynąć na wierzch w najmniej spodziewanym momencie. Pokusa, aby dać się porwać jej falom, mogłaby wtedy okazać się nie do zniesienia. Bądź co bądź, każdy człowiek nosił w sobie mniejsze lub większe pokłady arogancji. W przypadku Sebastiana wiązało się to z przeświadczeniem, że odrobina inicjatywy z jego strony mogłaby na nowo powołać do życia to, co oboje postanowili pochować pod koniec tamtego gorącego, parnego lata.
Wydawało mu się, że go zna. Może nie byli obecnie dla siebie nawzajem bohaterami pierwszego planu w swoich opowieściach, jednak pamięć o tym, jaki powinien być Alastor, nie była dla Sebastiana czymś odległym. Ilekroć obraz Aurora pojawiał się w jego głowie, najpierw widział tamtego młodego czarodzieja, który odbierał go z dworca w Edynburgu. Pełnego życia, zdecydowanego i wypełniającego każdy kąt energią, przed jaką nie można było się ukryć. Pobudziła do życia nawet takiego introwertyka jak ja, więc musi być potężna, zauważył bezwiednie. Alek, którego miał teraz przed oczami nie wpisywał się w tę wizję. Zazwyczaj diabeł tkwi w szczegółach, jednak w tym momencie to całokształt podpowiadał, że coś było nie w porządku.
— Uspokoić się. — stwierdził, pochylając się w jego stronę. Najprostsza, a zarazem najtrudniejsza rzecz na świecie, czyż nie? Bo kontrola emocji była czymś, co każdej istocie ludzkiej przychodziło nie tylko z łatwością, ale wręcz przyjemnością.— Na dobry początek wystarczy kilka głębokich oddechów. A potem szklanka zimnej wody.
Nerwowy uśmiech sugerował niepewność, jednak spojrzenie ciemnobrązowych oczu zdradzał przede wszystkim troskę. Pomimo rezerwy, nie potrafił po prostu odwrócić się do Alastora. Instynktownie chciał wyciągnąć do niego rękę; tym razem dosłownie i w przenośni. Jego dłoń zawisła w powietrzu, jednak po chwili zacisnęła się w pięść, aby zaraz wrócić na kolano. Sebastian chwycił za pieniek, na którym siedział i uniósł się nieznacznie, aby zaraz zbliżyć się do Moody'ego. Nie uderzył go zapach alkoholu czy innych używek, jakie byłby w stanie rozpoznać po zapachu. Mimowolnie pomyślał, że stan Aruora mógł mieć z tym związek, jednak gdy nie znalazł na to fizycznego dowodu, poczuł się skonfundowany.
— Powinienem kogoś poszukać, czy poradzimy sobie z tym razem? — Mimowolnie przeklął się w myślach za taki dobór słów. Nie mógł ich jednak cofnąć. — Możemy tu po prostu posiedzieć. Nie spiesz się. Nie jesteś zobligowany do tego, aby robić cokolwiek. — Miał do czynienia z kompletną niewiadomą, a na horyzoncie nie widział Harper Moody, ani nikogo kogo kojarzył, chociażby z widzenia z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Longbottom i Steward to jednak mieli świetne wyczucie czasu. Próbował jednak trafić jakoś do Alastora, licząc, że dzięki temu się uspokoi, a nie jeszcze bardziej nakręci. — Nie musisz nawet nic mówić. Jeśli nie chcesz.
Mówił cicho i łagodnie, nie spiesząc się z żadnym słowem. Jego głos był niski i spokojny; podświadomie wrócił do tonu, jakie używał w rozmowach z wiernymi, gdy opiekował się miejscem kultu Matki lub po prostu miał do czynienia ze stałymi bywalcami głównej siedziby kowenu. Spojrzał ponad ramieniem Alastora w dal. Starał się nie łapać kontaktu wzrokowego z innymi gośćmi, jednak czasem nie dało się tego uniknąć. Skupili na sobie uwagę innych. Ilekroć spojrzenie Macmillana krzyżowały się z czyimś wzrokiem, kiwał tej osobie głową, aby zaraz przekrzywić głowę w bok.
— Ktoś przyszedł tu z tobą? — ponowił po jakimś czasie pytanie.