09.05.2024, 22:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.05.2024, 17:33 przez Millie Moody.)
Parsknęła? Nie, ona zaczęła rżeć bez opamiętania do tego stopnia, że się aż wywaliła na podłogę. Nie była aż tak pijana bimbrem, co najwyborniejszym tarotowym żartem jaki przyszło jej w życiu swoim usłyszeć. Ludzie zwykle - w większości - obruszali się na to, jak Mildred wróżyła. Prymitywnie, ale uczciwie, zwięźle, dosadnie. Czasem jednak miała wrażenie, że jej duszę ktoś wziął i podzielił na dwa kawałki. Z jednego ulepił słodką Ambrosie, Dejmos boginię trwogi, och każdy kto spojrzał w jej wściekłe oczy wiedział jaką trwogę potrafiła w sercu zaszczepić, jak zmrozić i wbić w ziemię. Z drugiej zaś połowy powstał on, wielkooki Phobos, uosobienie strachu. Perigrinus śmiał się i dokazywał, ale nikt jak on nie potrafił nagle stężeć i spojrzeć tak, że Mildred zastanawiała się nie raz, czy nie jest on w stanie prześwietlić jej duszy i poznać najgłębsze sekrety, choćby miała milczeć do końca swoich dni. I tylko oni, krew z Trelawneyowey krwi, gdy zasiadali do kart z czarnopiórym krukiem wojny, nie brali jeńców.
– A skąd kurwa wiesz, sprawdzałeś? – jeansy Millie były obrzydliwie ciasne, jej nogi patykowane, no raczej kutasa by tam nie zmieściła. Jej stopy pokrywał kurz pracowni, podobnie jak ubranie zaczynało coraz chętniej przyjmować okoliczny brud. W jej równie zakurzonej broni pojawiła się kremowa koperta, a na niej dwa złociste skrzydła ze znakiem... rzeczywiście trójkąta wpisanego w kwadrat, tego samego, którego z taką dumą nosił Anioł Umiarkowania.
– Drąg od Ciebie to najcenniejszy dar. Perygrinus składam Ci solenną obietnicę ja Mildred Ursula Moody, że jeśli kiedyś będę mieć chuja, to zgłoszę się do Ciebie w pierwszej kolejności, żeby nikt nie powiedział, że mój ukochany krewniak rzuca puste słowa na wiatr! – zagrzmiała podnosząc się i układając dłoń z kopertą na piersi, a druga dłoń wznosząc ku niebiosom przesłoniętym lekko przeciekającym dachem.
– A to jest dla Ciebie. – Tanecznym krokiem powróciła do stoliczka i wsunęła mu w ręce vipowski bilet na autorskie spotkanie z samym Vakelem Dolohovem, którego Milie szalenie chciała spotkać, ale jeszcze bardziej szalenie chciała sprawić przyjemność siedzącemu w jej ciasnej pracowni mężczyźnie. Bilet był co prawda jej, ale wiedziała, że się pojara, potem zawiedzie, będzie beczeć wkurwiona, że przepierdoliła tyle hajsu, za który można było kupić jeszcze jedną puszkę wypełnioną przesłodką magentą. Wraz z kopertą dostał śmierdzący bimbrem całusek w czółko oraz dolewkę.
– Za wróżbiarskich chujków na szczycie! Kiedyś kurwa ich wygryziemy, Ty i ja. Mówię Ci. – wlała w siebie karmelóweczkę i z wielkim samozadowoleniem opadła na powrót na stołek. Jebać tego diabła, jebać nadchodzące zmartwienia. Ten dzień był wyjątkowo dobry i Millie nie zamierzała zwalniać. Zwłaszcza jeśli dzisiejsza trasa nie niosła w sobie złowróżbnego posmaku skręconego karku.
Czknęła.
– Mmmm.... mogę też namalować Ci portret jak kcesz. Tylko musisz zaakceptować, że moja sztuka jest ponad akademickie pierdololo. – machnęła lekceważąco ręką w kierunku płócien, zadając kłam temu zdaniu, ponieważ na kilku przynajmniej znajdowały się wnikliwe studia męskich dłoni. Bardzo detaliczne. Bardzo akademickie. – Anyway... co Ty na to? Jak myślisz, jakiego koloru jest Twoja aaaałra? Chyba taką powinnam tu mieć, złociście zajebistą? – obróciła się nieco zamaszyściej niż planowała w stronę zgromadzonych kubłów z farbą, choć prawda była taka, że one leżały wszędzie po trochu.
– A skąd kurwa wiesz, sprawdzałeś? – jeansy Millie były obrzydliwie ciasne, jej nogi patykowane, no raczej kutasa by tam nie zmieściła. Jej stopy pokrywał kurz pracowni, podobnie jak ubranie zaczynało coraz chętniej przyjmować okoliczny brud. W jej równie zakurzonej broni pojawiła się kremowa koperta, a na niej dwa złociste skrzydła ze znakiem... rzeczywiście trójkąta wpisanego w kwadrat, tego samego, którego z taką dumą nosił Anioł Umiarkowania.
– Drąg od Ciebie to najcenniejszy dar. Perygrinus składam Ci solenną obietnicę ja Mildred Ursula Moody, że jeśli kiedyś będę mieć chuja, to zgłoszę się do Ciebie w pierwszej kolejności, żeby nikt nie powiedział, że mój ukochany krewniak rzuca puste słowa na wiatr! – zagrzmiała podnosząc się i układając dłoń z kopertą na piersi, a druga dłoń wznosząc ku niebiosom przesłoniętym lekko przeciekającym dachem.
– A to jest dla Ciebie. – Tanecznym krokiem powróciła do stoliczka i wsunęła mu w ręce vipowski bilet na autorskie spotkanie z samym Vakelem Dolohovem, którego Milie szalenie chciała spotkać, ale jeszcze bardziej szalenie chciała sprawić przyjemność siedzącemu w jej ciasnej pracowni mężczyźnie. Bilet był co prawda jej, ale wiedziała, że się pojara, potem zawiedzie, będzie beczeć wkurwiona, że przepierdoliła tyle hajsu, za który można było kupić jeszcze jedną puszkę wypełnioną przesłodką magentą. Wraz z kopertą dostał śmierdzący bimbrem całusek w czółko oraz dolewkę.
– Za wróżbiarskich chujków na szczycie! Kiedyś kurwa ich wygryziemy, Ty i ja. Mówię Ci. – wlała w siebie karmelóweczkę i z wielkim samozadowoleniem opadła na powrót na stołek. Jebać tego diabła, jebać nadchodzące zmartwienia. Ten dzień był wyjątkowo dobry i Millie nie zamierzała zwalniać. Zwłaszcza jeśli dzisiejsza trasa nie niosła w sobie złowróżbnego posmaku skręconego karku.
Czknęła.
– Mmmm.... mogę też namalować Ci portret jak kcesz. Tylko musisz zaakceptować, że moja sztuka jest ponad akademickie pierdololo. – machnęła lekceważąco ręką w kierunku płócien, zadając kłam temu zdaniu, ponieważ na kilku przynajmniej znajdowały się wnikliwe studia męskich dłoni. Bardzo detaliczne. Bardzo akademickie. – Anyway... co Ty na to? Jak myślisz, jakiego koloru jest Twoja aaaałra? Chyba taką powinnam tu mieć, złociście zajebistą? – obróciła się nieco zamaszyściej niż planowała w stronę zgromadzonych kubłów z farbą, choć prawda była taka, że one leżały wszędzie po trochu.