Niespokojny, buntowniczy duch, który myślał, że umrze młodo… młodzi często myśleli, albo że nigdy się nie zestarzeją, albo że należy skończyć ze sobą gdy jest się jeszcze pięknym… ale piękność miała różne oblicza, tak jak zdrowie psychiczne jasnowidzów. Ginny widziała to z pierwszej ręki – w końcu jej matka potrafiła przepowiadać przyszłość. To był piękny dar, a każdy czarodziej naznaczony okiem Horusa był wyjątkowy, niepowtarzalny… i jakże ważne było, by mogli swoje mysli gdzieś przelać i oczyścić głowę. Wielu z nich zostawało artystami, przelewało obrazy z głowy na obrazy na papierze, niektórzy zatapiali się w muzyce, jeszcze inni szukali wytchnienia w ludziach.
– Więc? Co jeszcze było w tym zadaniu domowym? – pozwoliła sobie zapytać, uśmiechnięta i rozbawiona. Sama nie musiała wiedzieć wszystkiego o wszystkich, to przychodziło samo: wystarczyło uważnie obserwować drugą stronę; co mówi, w jaki sposób intonuje słowa, jak porusza dłońmi, czy patrzy w oczy czy może unika kontaktu wzrokowego, w co się ubiera, co pije… tak samo właśnie obserwowała Morpheusa. Nie musiała zadawać pytań, bo odpowiedzi same wskakiwały jej do rąk, jak to, że mężczyzna przed nią był obowiązkowy, był ciekawski, lubił wiedzieć, a ponadto nie był troglodytą z buszu, lecz dbającym o siebie czarodziejem o intrygującym umyśle, który dostrzegł znacznie więcej niż ona w sytuacji, którą tak mgliście mu przedstawiła.
– W takim wypadku pozostaje odwieczne pytanie dlaczego ja, a nie osoby, które przeglądały te manuskrypty przede mną – powiedziała cicho i zapatrzyła się na Longbottoma, usmiechnaeszy się do niego, gdy mówił o romantyzmie tej sytuacji. – Tak, w pewnym sensie tak, jeśli dodać do tego wrzosowiska. Do teraz czuję ich zapach, a nigdy ich nawet nie widziałam – i jeszcze chwilę nie zobaczy, był wszak środek czerwca. Jednak delikatny lila będący ich udziałem, by kolorem, który dobrze komponowałby się z jej urodą.
Patrzył na nią, oparlwszy głowę na dłoni, tak jak robiła to ona, niemalże w lustrzanym odbiciu, choć to zwierciadło musiało być krzywe. Cisza, jaka zapadła na moment, w jej odczuciu nie była wcale niezręczna – była wyjątkowo miła, a w tej ciszy spokojnie przepływały myśli. I trwała tak, póki Morpheus się nie odezwał, a w odpowiedzi Ginewra nie mogła się powstrzymać i po prostu uśmiechnęła się, bardzo ubawiona.
– Och nie, nie nie. Takie rzeczy na drugiej albo nawet na trzeciej randce – odpowiedziała i puściła do niego oko. – Podobno ciekawość zabiła kota i co pan na to? – kota, takiego jak ten, w którego zmieniała się ona – ale o tym Morpheus wiedział, wszak odrobił zadanie domowe, a zwierzę, jakie zarejestrowała w Ministerstwie przy swojej przemianie, to właśnie kot. Spuściła w końcu z niego spojrzenie na filiżankę, w która tak zajadle odmawiał wejrzenia i teraz robiła kolejny bardzo ślepy strzał. – Nie jest pan ciekawy, co mówią? – wskazała leciutkim ruchem głowy w kierunku jego filiżanki, teraz wypełnionej jedynie fusami.