godziny poranne, parę tygodni po wybraniu Nobby'ego na nowego Ministra Magii
Gabinet wyglądał dokładnie tak jak Lorien się czuła. W rozterce. Część pudeł była zapakowana, wypełniona po brzegi prawniczymi tomami. Część z kolei sprawiała wrażenie jakby czarownica się dopiero wypakowywała. Wszystko w wyjątkowym pośpiechu. Jej największa radość i ozdoba gabinetu - misternie wykonany model Azkabanu, z reguły schowany w szklanej gablocie z dala od ciekawskich spojrzeń petentów, teraz jak gdyby nigdy nic został przestawiony na środek biurka. Obok niego pusta skrzynka, do której najwyraźniej planowała model schować. Ale wciąż tego jeszcze nie zrobiła.
Tuż przy nim leżało największe z jej zmartwień - zaproszenie od szefostwa w celu przedyskutowania zakresu nowej pozycji. Chcieli ją kupić awansem, pieniędzmi i wygodnym miejscem niezależnego sędziego w Wizengamocie. Przestraszyli się tym żałosnym exodusem, który zaprezentowali dzień czy dwa wcześniej Mulciberowie? Wielkie wyjście rodu wybranego z Departamentu Tajemnic. Tragikomedia w najczystszej postaci.
A jednak Lorien wciąż nie mogła pozbyć się tego parszywego poczucia, że może w tym całym szaleństwie, tylko oni zachowali się tak jak zachować powinni się wszyscy. Wyjść, zatrzasnąć drzwi i nie zastanawiać się nad tym dłużej. Bo prawda była taka, że po prostu… przegrali.
Jak to w ogóle było możliwe? Wszystko było gotowe, przedwczesne wybory miały zapewnić im wszystkim spokój na kolejnych kilka lat, udowodnić, że panowanie czarodziejów jest tym czego ten chory świat potrzebował. A tymczasem… Leach wygrał. W okrutnie uczciwej walce, której nie dało się w żaden sposób zakwestionować czy podważyć.
Czy to naprawdę było to czego chciało społeczeństwo? Szlamy decydującej o ich losie, skupionej tylko i wyłącznie na "swoich". Podział między my, a oni pogłębiał się każdego dnia. Już po korytarzach krążyły przeróżne plotki - wymieniano zarządy, rozliczano urzędników z ostatnich lat ciężkiej pracy. Wytykano im najdrobniejsze przewinienia.
Odwróciła się ze swojego miejsca na progu otwartych drzwi, żeby skontrolować stan kominka. Ogień, który rozpaliła chwilę wcześniej wciąż jeszcze się tlił, pożerając wszystkie wrzucone do środka starannie zapisane pergaminy i dziesiątki notatek. Rysunki. Projekty. Treści i tezy, które należało doszczętnie zniszczyć. Zanim ktoś niepowołany zacznie w nich grzebać. Dobrze, niech płoną.
Odwróciła z powrotem głowę, skrzyżowała ręce na wysokości piersi. Oglądanie chaosu panującego na korytarzach od dnia wyborów był jednym z nielicznych zajęć jakie miała szczerze mówiąc. Ojciec wyjechał na kolejne sympozjum do Austrii zostawiając ją w środku tego bałaganu. Na Merlina, jak ona go w takich momentach nienawidziła - szanowny Philip Crouch, wielki nieobecny pozwalający córce podejmować wszystkie ważne decyzje. Magiczne “rób co chcesz, ale pamiętaj, że wszystko ma swoje konsekwencje”.
Jakby nie mógł choć raz zadecydować za nią. Zostać czy wynieść się póki była ku temu okazja?
Z myśli wyrwał ją znajomy dźwięk windy. Wychyliła się przez próg, żeby zobaczyć kogo licho niesie. Longbottom. Postanowił iść za przykładem Mulciberów i akurat miał tędy po drodze do wyjścia? Uniosła delikatnie dłoń w geście przywitania, ale przy okazji drugą oparła o przeciwległą futrynę. Jasny znak, że to kiepska pora na wizyty.
Zwłaszcza, kiedy jej gabinet przypominał pobojowisko.