Sprawiedliwość to rzadko praworządność. Zresztą prawo powinno służyć im, a nie oni służyć prawu. Bo ze sprawiedliwością było już tak, że naprawdę rzadko kiedy przychodziła do nas sama. Najczęściej samemu sobie trzeba było sobie po nią sięgnąć. Tak samo sprawa się miała jeśli chodziło o wolność. Wolności to nie rzecz którą można było dostać. Wolność to rzecz którą trzeba sobie wywalczyć.
Właściwie to nawet zabawne, że gdyby nie ta przypadkowa sytuacja na ulicy z gościem od demencji, to pewnie Louvain raczej nigdy nie pochylił się na Scyllą dłużej, niż było to zupełnie koniecznie. Nie miał powodów, żeby jakoś szczególnie jej nie lubić za coś konkretnego, ale obracała się w kręgu osób za którymi raczej nie przepadał. Mowa oczywiście o jego szwagrze, Vakelu, i gdyby nie ten aspekt spowinowacenia, to niewiele przemawiało za tym, żeby mieli możliwość się poznać. Z młodych dziewcząt z Praw Czasu, bardziej w jego guście była Lyssa, ale to niesmaczne nawet myśleć o niej w tej sposób, bo była córką tego bufona z wielkim nosem. Jak to było, że takiemu brzydalowi udała się taka, em, no właśnie. Scylla za to przynajmniej miała o niebo lepsze maniery od tej pyskatej rzeżuchy, co w dużym stopniu tuszowało jej defekt w postaci mieszanej krwi. I jeśli tylko będzie podejmować właściwie decyzję, jak ta sprzed chwili to jeszcze może w życiu całkiem daleko zajść.
Nie spodobało mu się to w jaki sposób się do niego zwróciła. W pierwszym odruchu miał ochotę ją zrugać, bo odgryzać się to on, a nie jemu. W drugim powstrzymał się jednak, bo zabrzmiało to co najmniej dziwacznie. I gdyby nie wiedział z kim sarenka na co dzień przystaje, parsknął by szyderczym śmiechem i zwyzywał od dziwolągów. Zamiast tego zmarszczył czoło, aż brwi od tego mu zafalowały. W tym momencie przyszedł mu do głowy pomysł, bo tak jak bardzo zabrzmiała jak świr w tym momencie, to było coś w tej logice... nazwijmy to przydatnego. Pomyślał, że w przyszłości z chęcią odwróciłby te logikę, tylko po to żeby zachęcić Scyllę do zrobienia czegoś, co być może przekraczałoby jej granice. W końcu skoro wiedziała jak umrze, to nie umrze od jednej ryzykownej akcji, prawda? Dlatego przemilczał ten fakt, chociaż ta odzywka zasługiwała na szybki policzek. Nie po to od kilkunastu minut tworzył jej komfortowe warunki, żeby słuchać z jej ust mieszańca zwroty w tym tonie.
- Tak, naprawdę istnieją. - odrzucił półszeptem, tonem jakim mówiło się do dziecka kiedy chciało dodać się mu otuchy. Była zdecydowanie zbyt powabna na Naśladowcę, przynajmniej na ten moment. Brakowało mu trochę buty w jej aurze, nie koniecznie wymierzonej w niego, bo takiej nie lubił, ale przynajmniej czegoś co upewniłoby go, że jeśli zajdzie taka potrzeba, zrobi to co będzie trzeba. Na ten moment nawet ciężko mu było sobie ją wyobrazić w warunkach Kromlechu. Ta przenikliwa wilgoć i wiecznie unoszący się odór spaczenia w powietrzu, a pośród tego ażurowa panienka w swojej kwiecistej sukieneczce. Patetyczne.
Wciąż jednak uśmiechał się raczej pogodnie, bardziej przyjaźnie, niż odrzucająco jak to miał w zwyczaju. - Tylko wiesz... - ciągnął dalej, potrząsając jej ręką w uścisku - z nami to już na zawsze, a nie tylko na wakacje. Dookreślił zgrabnie. Wolał żeby to było jasne, że wchodząc w to środowisko, kierunek jest tylko jeden. Do przodu. Nie potrzebni byli tacy, którzy zamierzali wymięknąć, jeśli zaczęło się robić trochę bardziej niebezpiecznie. Tego już akurat nie powiedział na głos, bo nigdy nie wiadomo kto słuchał. - Napiszę do Ciebie. A w między czasie przemyśl, czy jesteś na to gotowa, sarenko. Aż sam się zaskoczył tym co wyrwało mu się na koniec zdania. Chyba sam nie wytrzymał z nagłego podekscytowania nad faktem, że od totalnego przypadku znalazł materiał na zwolennika, niemalże na ulicy. Przekręcił nieco głowę, z ironicznie frasobliwym wyrazem twarzy. Poprawił mankiety, wygładził koszulę, ukłonił się nieznacznie i właściwie w milczeniu, pożegnał się z koleżanką.