Czy Dolohov był dobrym człowiekiem? Nie. Dobrzy ludzie nie kąpali się w diamentach, kiedy dzieci biedaków umierały w rynsztokach, ale Dolohov z pewnością nie był potworem ani kimś pozbawionym empatii. Wyjątkowo nie lubił też tego spojrzenia - tym samym spojrzeniem częstowała go jego córka kiedy spodziewała się, że za chwilę ją skarci, skrzyczy, wyśmieje... On sam nienawidził tego robić. Chciał, żeby osoby wokół niego czuły się bezpiecznie. Zalewał ich absurdalnymi ilościami prezentów mających niejako rekompensować to, że niezależnie od układu innych planet to on pozostawał gwiazdą socjometryczną w centrum uwagi wszechświata. Inni ludzie go aż tak nie obchodzili, ale w Laurencie zdołał już dostrzec swoje odbicie i nie chciał widzieć w tym odbiciu strachu, jaki czuł na widok Vladimira Dolohova. Nie był Vladimirem Dolohovem. Nie chciał nim być, dołożył w swoim życiu wszelkich starań, żeby wyrosnąć na lepszego od niego człowieka i zrobił to. Własnymi siłami zbudował Prawa Czasu. Nie udało mu się zbudować ich na głębokiej miłości, chociaż bardzo tego pragnął, ale zbudował je na ciężkiej pracy, która przychodziła mu naturalnie i był naprawdę dumny, nie czerpiąc z rodzinnego skarbca choćby knuta - ta kamienica nie była utrzymywana z krwawych pieniędzy, a on nie musiał ranić innych prawdą o nich, jeżeli tego nie chcieli.
- Dobrze się pan czuje?
Akcja nieudana
Dolohov zmrużył swoje oczy. To pytanie nie wymagało bezpośredniej odpowiedzi, ponieważ od razu zajrzał wgłąb jego duszy, doszukując się wskazówek co do tego, w jaki sposób powinien się zachować. Jasnowidz właściwie od razu ruszył się na krok od maszyny i machnięciem różdżki otworzył okiennicę. Wraz z poruszeniem się ciemnoniebieskiej kotary, do pomieszczenia wpadła fala świeżego powietrza.
- Nie muszę tego wszystkiego mówić. Po spotkaniu i tak sporządziłbym panu stosowny dokument, ale... być może ma pan jakieś pytania. Ja mam ich wiele. Żeby zawęzić te możliwości, ponieważ mam ich przynajmniej trzy.