• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise

[11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
12.05.2025, 01:27  ✶  
11/09/1972 | popołudnie | dom w Exmoor
Obudziła mnie sowa. Przysiadła na parapecie, anonsując przybycie z charakterystycznym stukotem dzioba, który rozpoznałem przez sen. Była uparta, głośna i zmarznięta, a jej pazury zostawiały ślady na szybie. Otworzyłem zmęczone oczy i zakląłem pod nosem, zrzucając z siebie kołdrę, po czym znowu, przekląłem w myślach, gdy zobaczyłem, co trzyma ptak, ale bez ociągania wstałem - takich sytuacjach człowiek nie dyskutuje. Notatka była krótka, lakoniczna, charakterystyczna dla zleceń tej rangi - klasy trzeciej, podchodzącej pod czwartą - niecierpiąca zwłoki sprawa w okolicach Dorset, obecność wymagana natychmiast. Nie miałem czasu na poranne ceregiele -  wciągnąłem ubrania, narzuciłem kurtkę, pochwyciłem torbę z podstawowym wyposażeniem i wypadłem z domu, zanim w ogóle ptaki zaczęły śpiewać, a na horyzoncie rozlało się pierwsze światło łuny wschodu.
Zlecenie w Dorset okazało się nieco bardziej wymagające, niż przewidywałem, ale udało się załatwić sprawy w cztery godziny. Kiedy wróciłem do posiadłości, poczułem się... Dobrze. Może to dziwne, ale nie byłem zmęczony, nie czułem ani zmęczenia, ani znużenia. Wręcz przeciwnie - czułem to przyjemne, nieokreślone ciepło w piersi, które sprawiało, że uśmiechałem się sam do siebie, idąc przez cichy korytarz. W Exmoor wszystko było jeszcze spokojne, milczące, jakby cały dom nadal spał w oczekiwaniu na rozwój poranka. Wziąłem długi prysznic, pozwalając sobie na luksus ciepłej wody i ciszy, zmywając z siebie zapach prochu i pyłu - woda była gorąca, prawie parzyła, ale nie przeszkadzało mi to, a nawet wręcz przeciwnie - lubiłem to uczucie, jakby wszystko się ze mnie spłukiwało, i dzień zaczynał się od nowa. Podgoliłem się z większą starannością, niż zwykle, przyciąłem zarost, nawet ułożyłem włosy palcami - potraktowałem to poważniej niż zazwyczaj, z odrobiną niedbałej uwagi, przeczesując je palcami, by wyglądały dokładnie tak, jakbym nic z nimi nie robił. Zmieniłem ubrania - nic przesadnego, ale nie byle co - czysta, dopasowana koszula, ciemne spodnie, skórzane buty - nadal terenowe, ale już nie najbardziej wysłużone, to była ta druga para, na ważniejsze okazje. Nie dlatego, że musiałem, tylko chciałem - to było zaskakujące... To było... Idiotyczne, może nawet nieco próżne, ale pozwoliłem sobie na to - tak samo, jak pozwoliłem sobie na mimowolny uśmiech na myśl o dzisiejszym spotkaniu. O niej. O nas. Myśl o Prudence - o naszym ukradkowym spotkaniu - była czymś, czego jeszcze kilka tygodni temu bym w sobie nie zaakceptował, a dziś… Dziś czułem ciepło rozlewające się od środka.
Schodząc na dół, złapałem kawałek ciasta i coś przypominającego kanapkę, tylko, jakby za bardzo przekombinowanego i przyozdobionego. Skrzat coś bąknął z cichym ukłonem, ja tylko kiwnąłem głową, nie potrafiąc się pozbyć tego irracjonalnego uczucia ekscytacji. Godzina zbliżała się powoli, więc krążyłem po domu, udając, że czegoś szukam - sprawdzałem książki na półce, biorąc jedną dla niepoznaki, poklepałem kieszenie, upewniłem się, czy mam zapalniczkę, papierosy, przetarłem różdżkę szmatką - drobiazgi. W rzeczywistości po prostu czekałem, aż będzie można wyjść bez wzbudzania podejrzeń i  niepotrzebnych pytań, bo wszyscy, którzy niedawno wstali, nareszcie zajmą się swoimi sprawami. Czułem się tak, jakby wszystko w świecie działało na moją korzyść - niebezpieczne uczucie, ale wtedy tego nie analizowałem.
Wyszedłem na zewnątrz paręnaście minut przed spotkaniem, nie chcąc się spóźnić - ja się nie spóźniałem, przynajmniej na ogół - ale mając czasu aż w nadmiarze, co już samo w sobie było podejrzane. Powietrze było świeże, ale nie chłodne, a niebo zalane szaro-błękitnym światłem kolejnego wczesnego przedpołudnia. Oparłem się o chłodną ścianę garażu, przymknąłem oczy, pozwalając nikłemu, ostrożnie świecącemu słońcu przesączać się przez powieki - czekałem, stałem z głową przechyloną do tyłu, potem zacząłem podziwiać okolicę, rozglądałem się, raz po raz uśmiechałem się bez powodu... Tak - na początku było dobrze. Lubię ciszę - lubię spokojnie czekać, kiedy wiem, na co czekam, i mam świadomość, że to ja jestem za wcześnie. Z tego powodu nie liczyłem czasu, patrząc w niebo, ale kiedy intuicyjnie zerknąłem na zegarek i zobaczyłem, że minęło kilka minut od umówionej godziny, coś we mnie drgnęło... Nigdy nie pozwalałem sobie na to, żeby tak na kogoś czekać. Nigdy. Wciąż byłem sam, oparty o zimną ścianę, z oczami utkwionymi gdzieś między drzwiami garażu a odległym wrzosowiskiem. Mój dobry humor parował. Cierpliwość - a miałem jej sporo, gdy tylko chciałem, więcej niż większość ludzi sądziła - powoli się wyczerpywała.
Dziesięć po, dwadzieścia po... No, dobra - zapaliłem papierosa, żeby zająć myśli, palenie przy dobrej pogodzie miało swój urok, a ja nigdzie się nie spieszyłem, miałem czas, my go mieliśmy. Minęło jeszcze pięć, potem dziesięć minut... Zacząłem palić na poważnie - nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni, ale dym z papierosa smakował inaczej, kiedy wiązał się z narastającym dziwnym wrażeniem zmieszania. Nie przyszedłbym, gdybym wiedział - nie dałbym się wciągnąć w spiralę oczekiwania. Nigdy nie pozwalałem sobie na to, by tak na kogoś czekać, nigdy, a jednak czekałem...
Piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć - odczekałem jeszcze trochę, nim znowu spojrzałem na zegarek, przy czym westchnąłem, ale bez goryczy - może coś ją zatrzymało, bo raczej dałaby mi znać, w jakiś sposób, gdyby nasze plany uległy zmianie. Papieros za papierosem... Czułem się coraz bardziej... Dziwnie. Nigdy nie czekałem na kogoś w ten sposób - to nie było w moim stylu - każdy inny moment w moim życiu, każda inna osoba, sprawiłaby, że nie miałbym cierpliwości do tego, by tak po prostu czekać, ale Prue... To była Prudence - miała swoje standardy, nie wystawiłaby mnie bez słowa po tym wszystkim, co wydarzyło się między nami wczoraj, i co jeszcze miało się wydarzyć - takie myślenie wydawało mi się jasne, nawet jeśli dopiero na nowo się poznawaliśmy. Nie była zawiedziona, żadne z nas nie było, więc nie miała podstaw, by robić coś takiego, ale...
Kiedy minęła jedenasta, ja wypaliłem czwartego papierosa, a potem piątego, szóstego, przestało być przyjemnie. Jeszcze jeden papieros - kolejny, teraz wypalałem je prawie na czas, dla sportu, żeby nie mówić, że ze zniecierpliwienia. Zaczęło mnie drażnić to czekanie - bo nie czekałem na kobiety, choćby nie wiem, jak bardzo mi się podobały i jak bardzo by mnie fascynowały - nie robiłem tego, nie pozwalałem sobie na to, nie lubiłem tego, ale... Na Prudence zaczekałem, nadal czekałem, starając się nie myśleć o tym, że przy niej zachowuję się, jak nie ja - daję jej więcej niż kwadrans, gadam zbyt dużo, za prywatnie, do tego szybko się spoufaliliśmy, wywróciliśmy nasze stosunki o sto osiemdziesiąt stopni, wczoraj było mi z tym dobrze, było mi z nią inaczej, jaśniej, spokojniej, ale teraz...
Czekałem ponad godzinę, prawie półtorej godziny - żenada, frajer - aż końcu wcisnąłem paczkę z powrotem do kieszeni, zgasiłem niedopałek o mur i przez chwilę jeszcze stałem w miejscu, próbując przekonać siebie, że nie mam prawa się wściekać - może miała powód, a ja nie powinienem tego brać do siebie, ale brałem. Oczywiście, że brałem.
Obróciłem się na pięcie i zabrałem się z powrotem do domu - niechętnie, ale bez pośpiechu. Wykorzystałem boczne przejścia, korytarze, które znałem jeszcze z dzieciństwa, szło mi to naturalnie - zbyt naturalnie, ponieważ, nim zdążyłem to dobrze przemyśleć, zakradłem się pod drzwi w korytarzyku mieszczącym pokoje gościnne, przystanąłem przy jednym z nich, wyciągnąłem rękę, zacisnąłem palce w pięść i... Wziąłem głęboki oddech, po czym uniosłem dłoń, żeby zapukać - chciałem się zaanonsować, chciałem... Chciałem... No właśnie, co właściwie chciałem? Żeby wyszła i przeprosiła - by mnie zapewniła, że to nie było celowe, chciała, ale nie mogła? Chciałem... Czego, kurwa, chciałem, skoro mieliśmy nie mieć żadnych oczekiwań? Zamarłem i wtedy mnie tknęło. Co ja, do cholery, robię? Czego ja w ogóle chcę? Sam nie wiem, czego... Tak - dotarło do mnie, co robię, jak wyglądam, a przede wszystkim - jak to wygląda. Uniosłem dłoń... I ją opuściłem. Odetchnąłem przez nos - nie byłem pewien, co właściwie zamierzałbym powiedzieć, albo po co miałbym to robić... Nie byłem zły - jeszcze nie, ale czułem się... Głupio. Wystawiony, naiwny, durnie romantyczny z jebanym piknikiem na leśnej polance, który nie doszedł i nie miał dojść do skutku. Poczułem się zraniony, chociaż to brzmiało zbyt dramatycznie, nawet w moich myślach. Mogła chociaż dać znać - tyle by zupełnie wystarczyło, ale cóż - poszedłem dalej - nie zapukałem. Odwróciłem się bez słowa i zszedłem do części wspólnej - nie chciałem tego analizować, czułem się wystawiony, ale nie miałem zamiaru robić z tego sceny - nie w tym domu, nie przed tymi ludźmi, nie... W ogóle nie. Nie robiłem takich scen. Zamiast tego ruszyłem do wspólnej części domu, szukając sobie jakiegoś zajęcia, planując zacząć czyścić broń, czy coś w tym rodzaju, ale wtedy podbiegł do mnie Fabian - mały, z rozczochranymi włosami i nieodłącznym uśmiechem. Podniósł ręce do góry, więc bez zastanowienia wziąłem go na barana. Ursula była w saloniku obok, więc dołączyłem do niej i młodego, pozwalając, by rzeczywistość dnia codziennego przykryła to, czego próbowałem nie czuć. Salon pachniał różanym kadzidłem i czarną herbatą, ciotka siedziała w fotelu, jak zawsze wyprostowana, jakby opierała się grawitacji samą siłą woli - kiwnęła głową i wróciła do czytania, a my zajęliśmy się rozmową o smokach, klockach, i czarach, które nie działały, chociaż „na pewno powinny” - czas mijał powoli, ale przyjemnie. Siedzieliśmy na dywanie, opowiadając historie o dzikich bestiach i czarodziejach, które coraz bardziej przypominały wspomnienia, niż bajki, tylko złagodzone - bez tych ostrych krawędzi, półprawdy przeznaczone dla dzieci... Było w tym coś kojącego - coś, co łagodziło zły humor, ale nie do końca.
Trzy godziny później skrzaty zaanonsowały obiad. Podniosłem Fabiana i zarzuciłem go sobie na plecy, a on zaniósł się śmiechem, wciskając palce w moje włosy. Razem zeszliśmy do jadalni. Stół był prawie pełen - Cornelius, Ursula, Ambroise, Geraldine, Elias, ja i Fabian... Astaroth przebywał w piwnicy. W jadalni zebrali się niemal wszyscy. Prawie - nie było Prudence, nie było też Romulusa. Nikt nie pytał, nikt nie komentował - ale mnie to uderzyło, jakby coś w układzie dnia zaczęło jeszcze bardziej zgrzytać - jedliśmy wśród szczęku sztućców i zapachu pieczonego mięsa, rozmawiałem z Ursulą o jakiejś rodzinnej klątwie u jej starej znajomej, którą trzeba będzie przeanalizować po nowiu. Do samego końca nikt nie poruszył tematu obojga nieobecnych - byli tu niemal sami dorośli, nie było wymogu udziału we wspólnych posiłkach, ale mnie to uderzyło, i choć nic nie powiedziałem, przez cały posiłek nie mogłem przestać o tym myśleć. Nie dlatego, że oczekiwałem czegoś konkretnego, przestałem mieć oczekiwania. Obiad dobiegł końca, przyszła pora na herbatę i ciasta. Minęły kolejne dwie godziny - czas tu płynął wolniej.
Wreszcie Ursula musiała się zająć sprawami biznesowymi. Cornelius zniknął razem z nią, a ja zostałem z pytaniem, czy mogę zająć się Fabianem. Skinąłem głową. Nie miałem nic przeciwko.
- Jasne. - Powiedziałem. - Choś, młody, pokaszes mi, gdzie uklyłeś swoje skalby...
Wyszliśmy na zewnątrz, na okrężny spacer wokół domu - dzień był jasny, ale chłodny, mgła zniknęła. Spacerowaliśmy wokół głównego budynku, Fabian trajkotał coś bez ładu, a ja znowu dałem się uwieść tej pozornej zwyczajności. Nie słuchałem go w pełni, ale jego obecność działała na mnie kojąco.
Wtedy to zauważył - pociągnął mnie za rękaw.
- Pac! - Zawołał nagle. - Co to?
Leżało przy schodach, niemal niezauważalne, połyskujące nieśmiało w trawie. Schyliłem się - pierścionek zaręczynowy, rozpoznałem go natychmiast, głównie dlatego, że była to ta jedna rzecz, która nie do końca odpowiadała mi w naszym układzie - ten widok, symbol na palcu Prudence, było w tym coś niewłaściwego. Zamarłem z dłonią nad nim, a potem podniosłem go ostrożnie, jakby mógł mnie oparzyć, obracając między palcami - nie pasował do tego miejsca, nie pasował do ziemi, nie pasował do tego dnia... Spojrzałem na schody, potem na pierścionek, potem w dal - nie wiedziałem, co o tym sądzić, i nie wiedziałem, czy chcę wiedzieć... Co do cholery? Spojrzałem na Fabiana, potem na schody, potem znowu na pierścionek. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę, jakby sam przedmiot miał mi coś powiedzieć - miał w sobie coś niedopowiedzianego...

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
12.05.2025, 01:27  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
13.05.2025, 16:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.05.2025, 16:11 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Ambroise obudził się później niż zwykł to robić, co samo w sobie było dla niego dosyć mocno niecodzienne. Nie dramatycznie późno. Nie był człowiekiem, który potrafi spać do południa. Nie w takim miejscu, nie w takim łóżku, nie... ...w sumie to nie kiedykolwiek, ale jednak wstał później, aniżeli zakładał, że to zrobi.
Nie obudziło go światło. Wręcz przeciwnie, w pokoju panował półmrok, jakby za zaciągniętymi zasłonami nie było słońca. Na zewnątrz było szaro, jednakże nie był to już wczesny poranek. Nie mógł tego wiedzieć na pewno, ale podejrzewał, że świat za ciężkimi kotarami okrywała po prostu gęsta mgła.
Lato ustępowało jesieni. Robiło się chłodniej, bardziej pochmurno i deszczowo. To musiał być więc ten rodzaj londyńskiej mgły. Kojarzonej niemalże z każdą porą roku, lecz nasilającej się szczególnie między połową września a początkiem października. Bladej, wilgotnej, mlecznej szarości, która przesuwa się między konarami drzew, niesie się nad polami i wrzosowiskami, osnuwając wszystko wokół. Zamieniając wczesne przedpołudnie w coś znacznie bardziej onirycznego, dużo bardziej pasującego do pierwszego ostrożnego blasku świtu niżeli do dziewiątej rano.
Pierwszym, co dotarło do jego świadomości było to kojące ciepło: najpierw pod powiekami, potem w karku, rozlewające się powoli po plecach i w głębi piersi, jakby we śnie jego ciało wreszcie zgodziło się przyjąć to, czego od dawna mu brakowało. Spokój. Ciszę, która nie niosła w sobie przymusu ani napięcia.
Żadnej konieczności, żadnych spotkań, żadnych pacjentów, żadnego spóźnionego zlecenia ani stosu raportów do przejrzenia. Tylko on, przytulny pokój, miękka pościel i ciche oddechy istot, które pokochał.
On, Geraldine, dwa psy i kot. Ich świat zawęził się do sypialni, do kominka, do ciepłego łóżka, do świadomości, że żadne z nich nie musi być gdzieś indziej. Zmrużył oczy i sięgnął po zegarek, ale potem westchnął i schował go z powrotem pod poduszkę. Bez patrzenia. Nie było sensu.
Mimo bycia całkiem wyspanym, zamiast od razu wstać, poruszył się lekko, przekręcił na bok i niemal nieświadomie objął kobietę obok siebie. Jego udo spoczęło ciężko na biodrze Geraldine, twarz zanurzył w miękkiej gęstwinie włosów dziewczyny, które pachniały znajomo. Dymem papierosowym, lasem, ziołami, po prostu bliskością. Mruknął coś niezrozumiałego, zupełnie niezamierzonego, jakieś słowo pozbawione sensu a potem z powrotem osunął się w sen, tym razem jeszcze głębszy.
Od dawna nie spał tak dobrze. Dawno nie czuł się tak niepotrzebny światu. W tym najlepszym, najbardziej prozaicznym sensie. Tego dnia rzeczywiście nic nie musiał. Nigdzie się nie spieszył. Nikt niczego od niego nie chciał. Nawet psy spały dalej. Leżały rozwalone na dywanie: jeden z pyskiem opartym o framugę łóżka, drugi zwinięty pod stolikiem nocnym. Kot zajął fotel pod oknem, zwinął się w doskonałą kulę i poruszał tylko końcówką ogona, jakby śnił o polowaniu.
Greengrass wstał grubo po dziesiątej, korzystając z opcji dostarczenia śniadania przez skrzaty wprost do pokoju. Było zbyt chłodno, żeby wyjść z posiłkiem na balkon, ale widok przy przeszklonych drzwiach też był niczego sobie. Mgła zdążyła opaść. Nadszedł całkiem przyjemny dzień. Może niespecjalnie słoneczny, ale miły, spokojny, sielski.
Roise zjadł wolno, nadal nie do końca rozbudzony, czytając coś ukradkiem przy talerzu, a potem pozwolił sobie po prostu odchylić głowę na oparcie krzesła i chwilę przyglądać się cieniom na suficie. Jeszcze nie czuł, żeby ten dzień się zaczął. Przynajmniej nie w pełni. Po śniadaniu, zamiast dołączyć do reszty domowników, wymknął się po cichu na strych.
Dom Ursuli miał wiele pięter. Oficjalnych i nieoficjalnych. Strych należał do tych drugich. Nikt nie wchodził tam bez potrzeby, chyba że czegoś szukał... ...lub czegoś unikał. Ambroise nie czuł potrzeby unikania niczego konkretnego, ale jednocześnie pragnął ciszy, która miała zapach kurzu i drewna. Wiedział, czego szuka. Potrzebował znaleźć kilka przedmiotów na później. Miał plany. Naprawdę dobre plany.
Grzebał w pudłach, przerzucał zawartości kufrów, odkładał rzeczy, których nie szukał, ale które mogły się przydać później.
Spędził tam ponad półtorej godziny, grzebiąc w pudłach, zanim zdecydował się znieść kilka z nich na piętro. Zrobił to nie tyle z potrzeby, co z myślą, że będzie mu przyjemniej przeglądać zawartość w towarzystwie. Ułożył kartony w sypialni. Jeden przy drugim, po czym usiadł na podłodze, opierając się o łóżko. Z czasem zaczął zapominać, czego tak właściwie szuka. Otwierał pudełko po pudełku, przeglądał zawartość, czasem coś czytał, czasem tylko wzruszał ramionami. Czas mijał niezauważenie.
Dopiero gdy zegar wybił czternastą, Roise zamknął ostatnie wieko i wstał. Włożył płaszcz, chwycił różdżkę, ucałował Geraldine i zniknął przez drzwi prowadzące na tylną ścieżkę. Udał się do wioski oddalonej o kilkanaście minut drogi. Nie na długo, choć ostatecznie został tam aż do obiadu. Znał to miejsce. Znał brukowane uliczki, zakurzony sklep ze składnikami eliksiralnymi ukryty pod pozorem bycia apteką i magiczny antykwariat w zaułku za zakrętem. Kupił kilka rzeczy, które mogły mu się przydać później. Niektóre przydatne, inne po prostu ładne.
W kawiarni, której właścicielkę znał z dawnych czasów, napił się espresso i przez moment siedział przy stoliku pod parasolem, obserwując ciężkie chmury unoszące się nad dachami.
Do domu wrócił chwilę przed obiadem. Zrzucił płaszcz, odwiesił go na wieszak i wszedł do salonu, gdzie zgromadzili się już pozostali. Był to pierwszy raz tego dnia, gdy spotkał się z resztą domowników.
Obiad u Ursuli był wykwintny. Jak zawsze. Ciotka nie znosiła bylejakości ani w jedzeniu, ani w towarzystwie. Stół uginał się pod ciężarem pieczeni, zapiekanych ziemniaków, grzybów w maśle, glazurowanej marchwi i sosów, których nie sposób było zidentyfikować bez pytania.
Zauważył, że nie było wszystkich. Prudence i Romulus nie pojawili się na posiłku. Być może jedli wcześniej, być może w ogóle nie zamierzali dziś jeść wspólnie. Nikt tego nie komentował. Nikt nie musiał. Byli dorośli.
Po obiedzie nadszedł czas na deser. Przenieśli się do biblioteki połączonej z największym salonem. Przestrzeń tonęła w zapachu pergaminu, świec i starego drewna. Rozmowy znów się rozwinęły. Tym razem niezobowiązujące. Czasem błyskotliwe, czasem nużące. Ambroise mówił niewiele. Czuł się spokojny, ale nie rozmowny.
To właśnie wtedy po raz pierwszy zwrócił uwagę, że Benjy był jakiś nieswój. Trzymał się z boku, bardziej milczący niż zwykle, wpatrzony gdzieś w przestrzeń za oknem, jakby próbował tam dostrzec coś, co umykało reszcie.
Ambroise nie skomentował tego spostrzeżenia. Dokładnie tak jak nieobecności Prue i Romy'ego. Nie miał w zwyczaju wtrącać się w cudze sprawy nieproszony. Nie był tym, który pyta o nastroje i zmusza do zwierzeń. Jeśli ktoś potrzebował mówić, przychodził sam.
Zamiast tego podniósł filiżankę i upił łyk kawy. Uśmiechnął się lekko do kogoś, kto opowiadał coś zabawnego. Odczekał aż rozmowa przeniesie się na inne tematy. Tym razem dotyczące prywatnych zajęć i planów na popołudnie. Wtedy kulturalnie oznajmił, że ma coś do załatwienia i wyszedł.
Zabrał się znów za przerwane zajęcia. Pudełka, notatki, szkice, fragmenty wspomnień. Za wszystko to, co czekało w pudełkach w sypialni. Przesunął je bliżej okna, zapalił kilka świec i usiadł z powrotem na podłodze. Coraz ciemniejsza, szarawa aura z zewnątrz sprawiała, że pokój wyglądał tak, jakby był odcięty od świata. I może właśnie to najbardziej mu odpowiadało. Nie potrzebował ruszać się ze swojego miejsca.
Przynajmniej przez najbliższe pół godziny. Do momentu, kiedy zorientował się, że być może jednak będzie potrzebować obecności Romulusa do dopięcia jednej rzeczy na ostatni guzik.
W pierwszej kolejności wybrał się do pokoju przyjaciela. Rzecz jasna, przez współdzieloną łazienkę. Zastukał do drzwi, odczekując co najmniej trzy minuty i powtarzając czynność. Stukał trzy razy. Bezskutecznie. No cóż. Najwyraźniej musiał opuścić jaskinię, schodząc na dół i to tam poszukując Pottera.
Co interesujące, również bez powodzenia. Nikt nie wiedział, gdzie wybrał się ich naczelny elegancik. Pozostała wyłącznie opcja rozejrzenia się po ogrodzie, choć tam Ambroise raczej nie spodziewał się go odnaleźć. Romulus był rasowym mieszczuchem.
Mimo to, Roise skorzystał z głównego wyjścia na werandę, by opuścić dom. Zrobił krok, zamykając drzwi dokładnie w tym samym momencie, w którym mały Fabian postanowił przypuścić na niego atak, uwieszając mu się nogi. Oczywiście, że musiał podnieść go na niej do góry, powodując śmiech dzieciaka. Sam też zdecydowanie uśmiechnął się na ten dźwięk, po czym wbił wzrok w plecy właściwej niańki, która akurat podnosiła coś z ziemi.
- Co tam masz? - Spytał bardziej odruchowo aniżeli z faktycznego zaciekawienia, szczególnie że w tym momencie jego myśli zajmowało coś zupełnie innego. - Widziałeś gdzieś Pottera? - Co prawda nie liczył na twierdzącą odpowiedź, ale a nuż to Benjy był jedyną osobą, która wiedziała coś na temat ich zaginionego kumpla?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
15.05.2025, 11:18  ✶  
Ostrożnie podniosłem pierścionek z ziemi. Był prosty, niemal skromny - wąskie, cienkie kółeczko ze złota, wypolerowane, chociaż już nieco przybrudzone ziemią. W jego centrum tkwił nieduży, okrągły diament - przezroczysty, chłodny, przez odbicia chmur, prawie mleczny, lśniący nieśmiało w popołudniowym świetle. Nie było w nim przesady ani prób imponowania - żadnych dodatkowych zdobień, esów-floresów, romantycznych zawijasów. Bez ornamentów, bez grawerunku, bez teatralności - to była biżuteria z rodzaju tych, które nic nie mówią - ani o tym, kto ją wręczył, ani tym bardziej o osobie, która ją nosi... Ale nie musiał - to miał być symbol, oczywistość - takich rzeczy nie nosi się, żeby mówiły za człowieka, zresztą pewnie nie Bletchley go wybierała - chociaż może, lubiła się rządzić - taki pierścionek wybiera się, gdy nie ma się potrzeby udowadniać czegokolwiek więcej. Przesunąłem palcem po krawędzi diamentu - był chłodny, twardy i idealnie gładki, nie miał żadnych wgnieceń, żadnych zadrapań, żadnych śladów noszenia w złych warunkach - no, nie wyglądał na coś porzuconego przypadkiem.
Zacisnąłem dłoń i poczułem znajome, niechciane ściśnięcie w żołądku, chociaż nie powinienem czuć nic, bo to był tylko kawałek metalu i kamień, ale przez chwilę - nieznośnie długą - w moim umyśle zawisła myśl, jak to było możliwe, że coś takiego mogło wypaść komuś tak… Uważnemu. Tutaj, a nie - dajmy na to - wtedy w Londynie. Nie powinno go tu być - nie tak po prostu, na ziemi, obok desek, wśród trawy i resztek porannej rosy. Utkwiłem spojrzenie w kamieniu, trzymając obrączkę pierścionka między kciukiem a palcem wskazującym - była chłodna i trochę wilgotna - nie tak, jakby właśnie ją zdjęto - zbyt zimna. Nie pasowało mi to do niej - Prudence była ostrożna, nie wydawało mi się, żeby gubiła rzeczy, w przeszłości nie zostawiała ich ot tak bez pilnowania. Chyba że… Chyba że celowo... Ale nie, przecież to nie miało sensu. Westchnąłem cicho i uniosłem wzrok na wrzosowisko przed sobą, zbyt rozległe i nieprzejęte ludzkimi problemami, żeby dać jakąkolwiek odpowiedź. Obracałem pierścionek w palcach, jakby dało się z niego wyczytać coś więcej - jakieś wspomnienie dotyku, ciepło jej dłoni, ślad decyzji - ale był tylko metalem i kawałkiem kamienia, wszystko inne musiałem sobie dopowiedzieć sam.
Za moimi plecami rozległ się śmiech. Znałem go dobrze, wystarczająco dobrze, by poczuć, jak napięcie w moich barkach nieco ustępuje. Odwróciłem się powoli, trochę zaskoczony, odrobinę z ulgą, jakbym dopiero teraz wrócił na powierzchnię - już nie tonąłem w myślach. Roise... Fabian zawisł wysoko, śmiejąc się głośno, mocno zaciśnięte ramiona próbowały złapać równowagę, a jego nogi bujały się swobodnie w powietrzu. Ambroise podniósł chłopca wyżej, jakby ten nic nie ważył, a on robił to z nim codziennie od lat - prawdopodobnie tak było, skoro był chrzestnym dziecka. Mały Lestrange wrzasnął z triumfem i mocniej chwycił się jego nogawki. Nie potrafiłem się nie uśmiechnąć - chociaż nie było to do końca szczere, kąciki ust drgnęły mi raczej z przyzwyczajenia. Miły widok, bez wątpienia, taki prawdziwie ciepły, prawdziwie rodzinny, ale... Jednocześnie gdzieś głęboko, pod warstwą sympatii, znów poczułem to dziwne, znajome uczucie - że coś mnie omija. Prawda była taka, że… Czułem się wyobcowany - głupio, niepotrzebnie, ale bardzo wyraźnie, jak ktoś, kto wstał za wcześnie, ubrał się zbyt porządnie, stanął na peronie na kilka godzin przed czasem, a potem patrzył, jak pociąg mija go bez zatrzymania... Bo ta stacja była zła - Wielka Brytania - mój przyjazd, to był błąd, wczoraj przez chwilę tego nie czułem, ale teraz już tak. Wczoraj było mi lekko, dziś czułem się raczej jak pies, któremu udano, że rzucono kość tylko po to, żeby sprawdzić, czy za nią pobiegnie, czy zorientuje się, że to pantomima - zupełna ściema. To był dzień, który miał wyglądać inaczej, a wyglądał dokładnie tak, jak się tego obawiałem. Zawiedzione oczekiwania - nie pierwszy raz - byłem głupi, że sobie na to pozwoliłem, moja wina.
Zacisnąłem palce wokół drobiazgu i uniosłem go do światła, jakbym miał nadzieję, że może wtedy coś mi powie, ale przemilczał wszystko - jak ona. Dlaczego nic mi nie powiedziała, unikała mnie? A może - i ta myśl była najgorsza - może wcale mnie nie unikała, tylko po prostu jej nie obchodziłem już na tyle, żeby zawracać sobie mną głowę - na trzeźwo uświadomiła sobie swój błąd, zrozumiała, że to była głupia, jednorazowa decyzja, postanowiła dać mi to do zrozumienia w najprostszy możliwy sposób. Postanowiła olać nasze plany i zająć się czymś innym lub co gorsza - kimś innym, skoro nie tylko ona zniknęła z radaru - możliwe, że siedziała w kawiarni, sącząc herbatę i wymyślając, jak najlepiej ująć „to nie tak, jak myślisz”... Bo zawsze jest jakieś „to nie tak.”
- Pielścionek. - Powiedziałem, może zbyt lakonicznie. - Leszał tu w trawie, niemal go nie zauwaszyłem, Fabian go wypatszył. - Wyciągnąłem dłoń, odwróconą wnętrzem do góry, a pierścionek błysnął, łapiąc pojedynczy promień słońca, który prześlizgnął się między liśćmi lipy rosnącej przy werandzie. Złoto zalśniło bladym blaskiem w świetle prześwitującym przez chmury. - Nie wiem, czyj. Wygląda, jakby ktoś go upuścił w pośpiechu… Albo zapomniał. - Wzruszyłem ramionami. Zawahałem się. Może nie powinienem mówić tego na głos, może lepiej byłoby zachować domysły dla siebie, jak robiłem to z większością rzeczy, które pewnie nie powinny mieć znaczenia, ale skoro już zaczęliśmy…- Chociasz właściwie… - Dodałem z namysłem. Nie powinienem był tego powiedzieć - nawet sam przed sobą, nie powinienem się przyznawać, lecz słowa miały już swoją drogę - zawisły między mną a Ambroise’em, jak ślady, których nie da się wymazać. Nie był to przedmiot, który zwracał uwagę, krzycząc o tym, czyj był, chyba że już się wiedziało, do kogo należy. - Chyba wiem. - Spojrzałem znów na pierścionek, a potem ścisnąłem go lekko między palcem wskazującym a kciukiem, obracając powoli. - Bletchley. To chyba jej pielścionek, co? - Rzuciłem, starając się, by mój głos był lekki. Zawahałem się przy jej imieniu. Nieznacznie - może tylko ja sam to wychwyciłem. Może tylko dlatego, że miałem je właśnie na końcu języka, jak pytanie, którego nie wypowiedziałem na głos - o nią i Romulusa, o ich faktyczny stan relacji, taki obserwowany z zewnątrz. Zresztą - Greengrass raczej by mi na to nie odpowiedział, bo nie miał tego w zwyczaju, to Potter był plotkarzem w tym duecie, u Roise’a to była inna sytuacja, niełatwo było go ciągnąć za język, jeśli nie chciał mówić - nawet kiedy wiedział dokładnie, co się dzieje - a wiedział zazwyczaj wszystko... To obecnie mogło sprawić mi trudność w zachowaniu twarzy. Nie, nie pytałem o Prue nikogo - nie chciałem pytać. Nie chciałem, żeby ktokolwiek słyszał, że pytam, zwłaszcza Greengrass. Nie zamierzałem pytać Greengrassa o nią i Pottera - co to, to nie. - Tylko ona jedna była tu zalęszona, s tego, co pamiętam. - Spojrzałem na Ambroise’a, unosząc brew, jakbym chciał poprosić o potwierdzenie, ale nie czekałem na nie długo. To było bardziej informacyjne niż żałosne, a przynajmniej tak chciałem to sobie wmówić. Głos miałem nadal pewny, ton lekki, jakbym rozważał coś absolutnie neutralnego. - No, pomijająs Colneliusa, ale... - Parsknąłem cicho. W przeszłości wielokrotnie zdarzało nam się żartować z tego, że zarówno Lestrange, jak Potter, jakby mogli, to by się ożenili sami ze sobą, i jeszcze by poprowadzili ceremonię. Szczególnie Romulus był w sobie szczerze zakochany - tak głęboką miłością, że wszystkie inne związki się przy nim chowały. - To laszej nie jego losmial,  ani styl, chociasz s niego tesz jest damulka.
Fabian, dalej zawieszony u Ambroise’a, znów się roześmiał - głośno, bez zahamowań, jak tylko dzieci potrafią, a ja znów poczułem ten znajomy, kłujący dźwięk, który brzmiał jak przypomnienie, że w pewnych momentach nie umiem być częścią wspólnego kadru, już nią nie jestem, albo nigdy więcej nie będę. Pomyślałem, że im to wychodzi - ta lekkość. Ja... W ostatnich dniach musiałem ją na sobie wymuszać, jakby była językiem, którego nigdy do końca nie opanowałem.
- Chyba musę kiedyś nauszyś szię takich sztuszek s dzieciakami. - Rzuciłem, poprawiając kołnierz kurtki. To miał być komplement, nawet nie był zły, tylko że nie zarezonował tak, jak powinien - bo wybrzmiał we mnie pustką, jak echo po kimś, kto miał być, ale go nie było. - Nie. Nie wisiałem Lomulusa. - Odpowiedziałem, odgarniając dłonią pasmo włosów, które zsunęło mi się na czoło. - Tak właściwie, to w ogóle dzisiaj nie wisiałem ani jego, ani... No, właśnie - Pludence. Jej tesz nie. - Pokręciłem głową i wypuściłem cicho powietrze.
Zacisnąłem palce na pierścionku. Nie chciałem go włożyć do kieszeni, prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co chciałem z nim zrobić. Nie chciałem już na niego patrzeć, nie teraz. Może później go jej oddam. Może... Może po prostu go zostawię w jej pokoju - cicho, bez słowa, jak ona. Przez moment miałem ochotę rzucić pierścionek w krzaki. Nie z gniewu - z czegoś zupełnie innego - z tej cichej, przejmującej potrzeby, by nie musieć dźwigać symboli, które nie należały do mnie, ale nie zrobiłem tego. Wyciągnąłem pierścionek w stronę Ambroise’a.
- Mógłbyś go oddaś Bletchley, jeszli to jej? Nie chciałbym byś odpowiedzialny za taką zgubę. - Stwierdziłem - nie wiedziałem, czy zarejestrował ton mojego głosu - zbyt spokojny, zbyt wyćwiczony, jakbym celowo chciał podkreślić: „Nie mam głowy do takich sentymentalnych pierdół.” Oddawałem mu pierścionek z tą samą uwagą, z jaką podaje się komuś klucz do domu, którego nie chce się już odwiedzać - w moim przypadku po zbyt szybkiej, jednokrotnej wizycie - jakby to była sprawa do odhaczenia. - Ja zalas muszę szię zbielaś. Załatwiś palę splaw. Pewnie nie wlósę pszed nocą. Mosze nawet dopielo lano. - Zamilkłem, chociaż miałem ochotę dodać coś jeszcze, może coś złośliwego w stylu: „Jeśli ten pierścionek należy do niej, to... Cóż. Średnio ciekawe, że już go nie potrzebuje, ale raczej niech zutylizuje go gdzieś indziej - wrzuci do morza, albo co.”
Nie umiałem tego nie analizować - tej sytuacji - Prudence nie należała do kobiet, które zapominają o biżuterii. Nie widziałem, żeby ściągała pierścionek, nie bawiła się nim, nie kręciła nim na palcu - to był jej znak, ochrona, deklaracja - gdy byliśmy razem w jej mieszkaniu - widziałem, jak kładzie dłoń na stole, tak żeby światło odbijało się od diamentu, jakby świadomie podkreślała jego istnienie. On był jej obwarowaniem - tak wynikało z naszej rozmowy podczas pożarów - więc jeśli go tu rzuciła - nie zgubiła, nie zapomniała, ale zostawiła - to, co to miało znaczyć?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
17.05.2025, 21:05  ✶  
Stali na werandzie, choć stali było w tym przypadku słowem na wyrost, biorąc pod uwagę, że na nodze Ambroise uczepił się czterolatek, który nie stał a wisiał. Jeszcze nie padało, ale Roise wiedział, że to tylko kwestia czasu. Powietrze było zbyt ciężkie i wilgotne, dosłownie przesiąknięte tym charakterystycznym przedburzowym napięciem.
Zaciągnął się nim odruchowo, nieświadomie wstrzymując oddech, po czym znów powracając do rzeczywistości, gdy chrześniak przypomniał o swojej obecności. Fabian mocniej chwycił się jego nogawki, oplatając się wokół łydki Greengrassa niczym dzikie pnącze. Ten zaś bez większego wysiłku ponownie uniósł go do góry.
Malec był żwawy i ewidentnie miał w sobie coś z małego nietoperza: potrafił zawisnąć i trzymać się tylko siłą dziecięcej determinacji. Młody parsknął śmiechem, prawie obracając się głową do dołu, ale zaraz stabilizując swoją pozycję. Był lekki, niemal śmiesznie łatwy do podniesienia, toteż już po chwili wisiał w powietrzu, triumfalnie chichocząc.
Roise mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Zaraz potem jego wzrok przyciągnął Benjy schylony przy kamienno-drewnianym schodku prowadzącym z werandy do ogrodu. Przyjaciel uniósł coś z trawy, prostując się i unosząc to w niebo. Zamarł w miejscu, przyglądając się temu z wyraźnie zmarszczonym czołem.
Ambroise zrobił kilka kroków naprzód. Fabian dyndał przy jego boku niczym żywy, rozchichotany balast, nie przejmując się niczym. Przesunął się do przodu, przystając na tyle niedaleko od zejścia na trawnik, że wreszcie mógł spojrzeć dokładniej na to, co przyjaciel wyciągnął w jego kierunku.
Pierścionek zaręczynowy. Odpowiedź słowna przyszła dokładnie w tym samym momencie, co jego własna realizacja.
Zbyt błyszczący, zbyt nijaki. Taki, jaki wybiera się naprędce, bez znajomości gustu osoby, której się go wręcza. W tym drobnym kawałku metalu było coś uwłaczającego, ilekroć na niego patrzył. Nie przez wartość. Wbrew pozorom, zapewne nie był najtańszy, diament tego gatunku kosztował całkiem sporo, ale przez brak zaangażowania.
Kupiony jak chleb. Odhaczony jak punkt na liście wieczornych zakupów. Wybrany bez zrozumienia, bez refleksji, nawet jeśli z czułości. Symbol pozbawiony treści. Wzór, który dało się znaleźć w każdym mugolskim sklepie jubilerskim.
Znał go. Jeszcze zanim Benjy zdążył zapytać, Roise już wiedział, do kogo należy to cacko.
Prudence.
Oczywiście, że kamyk był jej. Tandetny, niedopasowany, wybrany przez człowieka, który nie wiedział, co to znaczy tak naprawdę znać drugą osobę. Być może nawet nie do końca z własnej złej woli. W końcu miał dosyć skomplikowaną, umiejętnie maskującą się wybrankę.
Mimo to, Bones prawdopodobnie nawet nie próbował wysilać się, żeby znaleźć coś bardziej niecodziennego. Był pragmatyczny, postawił na zupełną klasykę. Na coś, co pasowało do wszystkiego i do niczego.
Właśnie takim go zapamiętał. Przypomniał sobie ten niedawny moment, gdy spotkał się z Norą i Figgówna pokazała mu swoją nową biżuterię. Nie powiedziała, że jest zawiedziona, że jej wybraniec zupełnie nie zwrócił uwagi na to, czego mogłaby chcieć. Nie musiała. On zażenował się za nich oboje.
Ten sam niesmak towarzyszył mu lata temu, kiedy Prudence wyciągnęła przed siebie na palcu to złote cacko. Zachęcona przez resztę uzdrowicieli, z miną osoby, która nie wie, co robi, ale chyba jest szczęśliwa. Kiedy pokazała mu go... ...z dumą?... ...z zażenowaniem?... ...z wymuszoną neutralnością? ...nie potrafił zinterpretować jej tonu.
Dziś wiedział jedno: jego koleżanka wówczas próbowała oswoić coś, co wyraźnie nie pasowało do niej samej. Prawdę mówiąc, nie pasowało do nikogo, kto nie był przesadnie uśmiechniętą modelką z katalogu ślubnego albo perfekcyjną panią domu, ale już zwłaszcza nie do Bletchley.
Poza tym, Prue dokładnie wiedziała wtedy, co robi... ...i robiła to mimo wszystko. Dokładnie z tej samej przyczyny, przez którą w dalszym ciągu trwała w związku z prawdopodobnie najnudniejszym, najbardziej poprawnym człowiekiem, jakiego Roise miał okazję przelotnie poznać.
Ten pierścionek nie był jak Prudence. Ten pierścionek był Liamem... ...czy tam Ianem... ...tak po prawdzie, Roise nigdy nie wiedział, które imię jest poprawne. No, było, bo mężczyzna zginął już kilka lat temu.
Wcześniej natomiast był dokładnie taki: prosty. Banalny. Do bólu nijaki. Bezpieczny. Poprawny. Idealny dla kogoś, kto na siłę próbował być przeciętny i nie wyróżniać się z tłumu ze względu na swoje złe doświadczenia. Nie tyle wpasować się, co wcisnąć się w ramy ogólnie przyjętej normalności.
Greengrass przez chwilę przyglądał się biżuterii leżącej na dłoni Benjy’ego. Oczywiście, że zguba wcześniej znajdowała się w posiadaniu ich wspólnej znajomej. Nawet jeśli była tak generyczna, że mogła należeć do stu innych kobiet.
Nie było potrzeby upewniać się, co do poprawności osądu. Tym bardziej, że wiedział, że na obrączce nie znajdzie żadnego graweru. W końcu to byłaby wyjątkowa ekstrawagancja, odstępstwo od klasyki. Toteż moment później przeniósł wzrok na drugiego mężczyznę. Ten z kolei wyglądał, jakby coś go uwierało, ale nie mówił o tym na głos. Sposób, w jaki wypowiadał nazwisko Bletchley, jakby nie chciał go do końca mówić...
Fenwick brzmiał, jakby nie był sobą, jakby próbował ułożyć coś w głowie zanim cokolwiek powie na głos. To też było zastanawiające, bo przecież zwykle mówił wprost. Teraz kluczył. Omijał. I bardzo, ale to bardzo nie chciał być pytany, dlaczego to robi.
Ambroise odpuścił. Nie zamierzał znęcać się nad przyjacielem. Podpuszczanie i ciągnięcie za język było zabawne wyłącznie wtedy, gdy obie strony na koniec dnia miały to wspominać choćby z cieniem rozbawienia. Tu raczej nie miało tak być. Poza tym miał własne plany, które interesowały go bardziej niż szczeniackie zagrywki.
- Tak, to kamyk Prudence - powiedział spokojnie, potwierdzając to, co Benjy chciał usłyszeć.
Nie miał za to pojęcia, co biżuteria robiła na trawie. Czemu nie była na palcu niedoszłej pani Bones. Nie mógł powiedzieć, że go to nie zaintrygowało, chociaż od dawna sugerował dziewczynie, żeby ją zdjęła. Nie dlatego, że mu to przeszkadzało. Miał to gdzieś.
Raczej dlatego, że nie pasowała. Ani do niej, ani do faktu, że Prue nadal mogła ułożyć sobie życie. Tyle tylko, że przeciągała okres żałoby aż do granic możliwości. Do tego stopnia, że stawało się to coraz bardziej absurdalne, stawiając ją w naprawdę kiepskim świetle. Nie jako pogrążoną w żałobie zakochaną a jako ckliwą i rozsypaną starą pannę, która nie może pogodzić się ze śmiercią niedoszłego męża.
Każdy, kto ją znał, w jakimś momencie raczej musiał przestać wierzyć w ten usilnie kreowany obraz. Jej narzeczony zginął prawie trzy lata temu. Nie kochała go. Nie wspominała go z tkliwością. Raczej z rezygnacją. Tonem osoby, która próbowała się dopasować do czegoś, czego nigdy nie udało jej się osiągnąć.
A mimo to nosiła ten pierścionek. Długo. Do teraz. Teraz zniknął z jej dłoni.
Jej samej też nie było.
Ani jej, ani Romulusa.
Coś tu było nie w porządku.
Ba, wszystko to...
...ten pierścionek, ten dziwny nastrój Benjy’ego, jego wahanie, niewypowiedziane pytania...
...wszystko to układało się w niepokojącą mozaikę.
Dlaczego kamyk znalazł się na trawie? Czemu Bletchley nie miała go na palcu? Przecież pilnowała go z uporem maniaka. Nie z miłości, nie z tęsknoty, ale z jakiegoś dziwnego, neurotycznego przywiązania do gestu, który nie miał już żadnego uczuciowego znaczenia. Stał się tarczą.
Przesunął spojrzeniem po ogrodzie. Nie było jej. Nie było też Romulusa. I choć teoretycznie wiedział, że Prudence zwykle znikała bez robienia szumu wokół wyjścia, nie chcąc przesadnie rzucać się w oczy, tym razem coś w tej ciszy było niepokojące.
Spojrzał na Benjy’ego. Na jego twarzy czaiło się pytanie, którego nie wypowiedział. Co ciekawsze (albo bardziej niepokojące) miał wrażenie, że gdyby dłużej przyglądał się Fenwickowi, na przeuroczym licu przyjaciela prawdopodobnie wyczytałby odpowiedź. Z dużym prawdopodobieństwem taką, której nie chciał usłyszeć.
Pokręcił głową. Nie chciał wtrącać się w nieswoje sprawy. Nie dziś. Nie w takich okolicznościach. Obecnie miał zbyt dużo na głowie, żeby nieproszonym angażować się w cudze sprawy. Nie pytał. Nie potrzebował teraz domysłów. Potrzebował faktów. Potrzebował jakiegoś konkretnego działania, nie lawiny niedopowiedzeń.
Potrzebował...
...Pottera.
Nic więc dziwnego, że niemal bezgłośnie westchnął, kiedy usłyszał o Romulusie. A raczej o jego braku. Potrzebował kumpla, więc oczywiście, że nigdzie go nie było. W tym również kryła się pewna irytująca ironia. Często gęsto ci, na których liczył znikali wtedy, gdy byli najbardziej potrzebni. No, Romy na pewno to robił. Miał do tego tendencje.
W tym momencie Fabian odczepił się od jego nogawki i pobiegł do huśtawki, która kołysała się lekko pod lipą. Dzieci były do siebie podobne, jeśli wiedziało się, jak z nimi rozmawiać, jak na nie patrzeć, jak łapać je wtedy, gdy trzeba albo wręcz przeciwnie: pozwalać im biec, kiedy tego potrzebują.
Miał z nimi do czynienia przez większość życia. Z Roselyn, kiedy sam był jeszcze gówniarzem. Potem Nora z Mabel, następnie dzieci Jacqueline, które z jakiegoś powodu lgnęły do niego za każdym razem, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie. No i wreszcie Fabian. Ten był chyba najbardziej wytrwały ze wszystkich.
To nie była zasługa jakiejś szczególnej czułości czy instynktu rodzicielskiego. Nie był rodzicem. To był nawyk. Powtarzalność. Odruch. Jak zapinanie płaszcza przed wyjściem. Przynajmniej tak na to patrzył, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie doczekał się własnych pąkli i z dużym prawdopodobieństwem nie miało się to zmienić jeszcze przez co najmniej kilka lat. Jeśli w ogóle.
- To kwestia przyzwyczajenia - odparł, nie zamierzając udawać, że jest ekspertem w tym zakresie.
Poza tamtym okresem, gdy na poważnie rozważał założenie rodziny, dzieci nigdy nie były jego priorytetem. Z ich dwóch to Rookwood był bliżej tych aspiracji. Z wiadomych względów, obecnie ten temat zdecydowanie należał do bardziej drażliwych. Do tego stopnia, że zagłębianie się w niego w tej chwili nie było czymś, co Roise mógłby chcieć robić.
Szczególnie, że nie był specjalistą w zakresie magipsychologii. Nie potrafił pocieszać ludzi. W jego świecie nikt nie chwalił tego typu blizn za to, że dobrze się goją. Były i tyle.
- Roselyn była ode mnie prawie dziesięć lat młodsza, więc od dzieciaka musiałem się nią zajmować. Potem siostra Thomasa Figga, Nora, miała Mabel. Potem mój kuzyn Basil. No i teraz Fabian - wzruszył ramionami, wymieniając tylko te osoby, które Benjy miał prawo kojarzyć.
Ten komplement był nieoczekiwany. Teoretycznie miły, ale w praktyce naprawdę nie zamierzał robić z tego swojej naturalnej umiejętności. Miał wiele innych faktycznych predyspozycji i talentów.
Odpowiedział rzeczowo. To nie był żaden talent, po prostu obycie z dziećmi. Nawyk. Jak dostrzeganie, że coś jest nie tak, zanim ktoś otworzy usta. Jak uczenie się, kiedy lepiej nic nie mówić, bo pytania będą cięższe od odpowiedzi.
Milczenie wypełniło powietrze między nimi. Spojrzał najpierw na wrzosowisko, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie, co do cholery dzieje się z jego najbliższymi. Jedni znikają, drudzy pogrążają się w nagłej melancholii. Inni? Cholera, chyba nie chciał sprawdzać.
Potem z powrotem na pierścionek, kiedy Benjy spytał, czy może mu go oddać, żeby przekazał go Prudence. Skinął głową. Bez słowa. Wyciągnął rękę, gotów przyjąć przedmiot, który nigdy nie powinien był do niej trafić. Nie, bo w momencie, w którym musnął palcami chłodny kamień…
...coś się zmieniło.
W jednej chwili był tu na werandzie. Czuł chłodny wiatr, słyszał cichy śmiech Fabiana gdzieś za plecami, później stuknięcie pierścionka o wnętrze dłoni a w następnej…
...nie był. Powinien był wiedzieć lepiej. To nie był pierwszy raz, gdy miał do czynienia z biżuterią zaręczynową niosącą ze sobą coś więcej niż znaczenie.
Nie pierwszy raz coś przemówiło do niego w ten sposób. Przeszło przez niego. Zupełnie tak, jakby nagle przeszedł go prąd, ale bez bólu. Jakby coś wsunęło mu się pod skórę, do środka czaszki.
Nie opierał się temu. Nie mógł. Było już za późno, zanim zorientował się, że to się dzieje. Jeszcze przez kilka sekund oddychał nierówno, próbując wrócić na werandę. Do Fabiana. Do Benjy’ego. Do rozmowy, która chwilę temu wydawała się ważna. Ale to nie minęło. Przesunęło się jak fala, pochłaniając go zaledwie moment później.
Czuł. Wszystko naraz. Cienie powoli wyostrzające się w obrazy. Chłód inny od tego, który odczuwał przed chwilą. Zaciśnięta szczęka, zamknięte i otwarte oczy. Mgła. Dźwięk cudzego głosu, echa słów, które nie były do końca jego, ale jednak go dotyczyły.
Coś się wydarzyło.
Coś się wydarzy.
Oddech urwał mu się gdzieś w połowie, jakby Ambroise zapomniał, jak się go kończy... ...albo zaczyna. Odpłynął. Odcięło go.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
19.05.2025, 13:43  ✶  
Uniosłem brwi, kiedy Ambroise nazwał to „kamykiem”, nie „pierścionkiem”, „obrączką zaręczynową”, nazwał to „kamykiem.” „Kamykiem.” Ujął to z tą swoją nonszalancką lekkością, która w teorii powinna pomóc, a w praktyce wbiła mi kolec pod paznokieć, bo przecież dobrze wiedziałem, co to znaczyło. Prawda — większa, trudniejsza, bardziej drapiąca — leżała w czymś innym, w tym, że przez cały ten czas, przez te jedenaście lat, z hakiem, nie pozwoliłem sobie naprawdę przyzwyczaić się do nikogo, bo wiedziałem, że nie mogę, nie wolno, przyzwyczajenie to krok od straty... Zarówno wtedy w Londynie, jak wczoraj, zacząłem się łamać — było łatwo rozmawiać, robić plany, korzystać z chwili i danego czasu, w głowie ustalić termin ważności, do którego można było się odnosić i pozwalać sobie na to, by wszystko działo się szybko... Najwyraźniej zdecydowanie szybciej, niż powinno — i chyba tylko w mojej głowie to miało jakiś głębszy sens, miało znaczenie. Nie mówiłem tego głośno, ale kiedy znalazłem ten pierścionek na trawie, przez kilka sekund patrzyłem na niego jak na rzecz, której nie potrafiłem unieść, jakby ważył więcej niż broń, a to był tylko kawałek metalu, kilka gramów złota i jeden wypolerowany kamień. Nie miałem pojęcia, co to znaczyło, ale miałem okropne przeczucie, że bardzo niedługo się dowiem, a odpowiedź wcale mi się nie spodoba.
Nie odpowiedziałem od razu, lecz nie dlatego, że nie miałem co powiedzieć, a wręcz przeciwnie — miałem zbyt wiele, a zbyt wiele w moim przypadku oznaczało tylko jedno – że nie powiem nic. Nie tak, jakbym chciał i powinien, bo nie powinienem się zawahać. Wiedziałem, że Roise mnie obserwuje – dostrzega te wszystkie rzeczy, które starałem się ukryć pod lakonicznym półuśmiechem i wzrokiem wbitym we wrzosowisko. Wiedziałem, że on wie, iż układam zdania w głowie, byleby nie musieć ich wypowiedzieć. Nie zaprzeczyłby, gdyby ktoś go teraz zapytał, że kluczyłem. Tak, kluczyłem. Wokół samego siebie, tematu, Prudence, tego, czego nie powiedziałem oraz powiedziałem, więc kiedy Ambroise powiedział oczywistą oczywistość na głos, a ja nie zareagowałem, wcale nie znaczyło, że tego nie czułem. Wręcz przeciwnie. Nie miałem pojęcia, dlaczego ten cholerny pierścionek znalazł się na trawie, kiedy go zdjęła, jak go zgubiła, i najgorsze w tym wszystkim było to, że… Może wiedziałem aż za dobrze. Odezwałem się do Ambroise’a zwięźle, właściwie beznamiętnie, bo nie miałem w sobie dość siły, by unieść cokolwiek więcej, a przynajmniej nie przy nim – nie dzisiaj.
– Okej, czyli mamy jasnoś. – Rzuciłem tonem, który nie wymagał rozwinięcia, i dokładnie takiego tonu oczekiwałem z jego strony – nie pytającego, nie dociekliwego, nie oceniającego, ale prawda była bardziej złożona, pełna niechęci do samego siebie.
Czułem, że Ambroise obserwuje mnie uważnie. Nie drążył, przynajmniej nie głośno, lecz znałem go na tyle, by wiedzieć, że jego milczenie wcale nie było puste - miał w głowie więcej niż wyrażały słowa. To „to kamyk Prudence” wypowiedziane tak spokojnie, niemal sucho, może nawet z odrobiną zmęczenia, uderzyło we mnie. Ten pierścionek wydawał mi się obrzydliwy w swojej klasyczności, bezosobowy, jakby kupiony na chybił trafił, w hurtowni narzeczonych. Może dlatego, że nie znałem tego człowieka, tego Bonesa, jej niedoszłego męża, albo dlatego, że znałem ją, i widziałem, jak bardzo nie pasowała do tej wersji siebie, którą próbowała nim chronić, a może dlatego, że za każdym razem, gdy patrzyłem na jej dłoń, czułem się jak ostatni drań... Albo gorzej — jak ktoś, kto spóźnił się o dwa życia.
Zacisnąłem szczękę, kiwnąłem głową — nieznacznie i nieświadomie — zareagowałem odruchem, potrzebowałem unieruchomić mięśnie twarzy, zanim coś z niej wypłynie — coś, co nie powinno, to była niechlujna reakcja, niezręczna, nieprzemyślana, ale... Zawsze lepiej było ugryźć się w język, niż potem żałować słów, których nie dało się cofnąć. Mógłbym napisać podręcznik o tym, jak udawać, że wszystko gra.
Nigdy nie miałem zbyt wiele do czynienia z dziećmi – poza tym jednym okresem... Miałem zostać ojcem, prawie, blisko, naprawdę bardzo blisko, ale potem wszystko się posypało. Życie zrobiło woltę, i chociaż nie lubiłem o tym mówić – i nikt nie miał prawa pytać – był czas, kiedy miałem marzyć, i czas, kiedy przestałem, a raczej... Kiedy nauczono mnie przestać. Przez moment – przez idiotycznie krótki moment – uwierzyłem, że może potrafiłbym zbudować coś innego, coś więcej, co nie kończyłoby się na gruzach i epitafiach.
Spojrzałem na huśtawkę, która właśnie się zakołysała. Fabian — bez pytania, bez uprzedzenia — wystrzelił jak z procy, zostawiając po sobie jedynie ślad w trawie i to charakterystyczne, dziecięce „heh!” rzucone w eter z radości, że coś się rusza, coś się dzieje, że świat nie jest tylko staniem w miejscu i patrzeniem, jak dorośli walą głową w ścianę bez słowa. Wróciłem wzrokiem do Ambroise’a, był skupiony,  zawsze był, miał w sobie coś z tych ludzi, którzy nie pozwalają sobie na chwilę nieuwagi, jakby wiedzieli, że wystarczy jedno mrugnięcie, by świat, który trzymają w garści, wypadł im z palców i roztrzaskał się o posadzkę. Tylko, że wyjątkowo odpuścił komentarze, i chwała mu za to. Nie każdy musi grzebać w cudzym bagnie, nawet jeśli stąpa tuż przy jego brzegu. Patrzyłem, jak Fabian oddala się w stronę huśtawki i po raz kolejny poczułem coś, co trudno było nazwać. Nie próbowałem nawet udawać, nie kłamałem – zresztą, nie było o czym kłamać – moje życie zawodowe nijak się miało do dzieci, domowego ciepła, bajek na dobranoc i czapek z pomponem.
Podążyłem za dzieckiem wzrokiem, a potem jeszcze raz zerknąłem na Ambroise’a, który wyglądał, jakby spodziewał się, że powiem coś więcej. Ale co mogłem powiedzieć – że się martwię, coś czuję, a to uczucie oblewa mnie jak chłodny deszcz, chociaż niebo jest zachmurzone, ale czyste?... Że w ostatnich godzinach przeszło mi przez głowę więcej myśli o Bletchley, niż przez cały ubiegły miesiąc?
Nie, nie powiedziałem nic z tego, bo czasem – wiedziałem to zbyt dobrze – pytania bywają cięższe od odpowiedzi, a odpowiedzi są nieodwracalne. Jeśli ten pierścionek nie wypadł, a został zdjęty – to był gest, niewypowiedziany, ale znaczący.  Próbowałem nie nadawać temu zbyt wielkiego znaczenia, ale próbować to jedno, a skutecznie się oszukać – to już zupełnie inna sztuka. Prudence była nieobecna. Ona, Romulus, wszyscy ci, którzy powinni być na miejscu, a jednak gdzieś się rozpłynęli, za dużo zbiegów okoliczności, milczenia w miejscu, gdzie wcześniej była szorstka obecność, kąśliwe uwagi, spojrzenia wymieniane nad kubkiem herbaty. To nie była zwykła nieobecnoś – to była nieobecność pełna decyzji, wybór, i to bolało mnie bardziej niż chciałem przyznać.
Bez słowa wsunąłem Greengrassowi pierścionek w dłoń. Nie patrzyłem na jego twarz, nie tłumaczyłem, nie zamierzałem się rozwlekać, nie dziś. Miałem lepsze rzeczy do roboty niż być kurierem po rozczarowaniu. Prudence nie raczyła nawet się odezwać – a ja, jak idiota, odstałem swoje pod garażem – starczy, nie zamierzałem powtarzać tej sceny jutro. Zamierzałem ruszyć jeszcze dziś – nie w durne „jutro”, którego już nie miałem spędzić, czekając jak debil, aż Prue łaskawie sobie o mnie przypomni. Nie zamierzałem zostać w domu i sprawdzać zegarka co kwadrans, jakby od tego miała nagle pojawić się w drzwiach z przeprosinami i tym: „To nie tak, jak myślisz...” Zlecenia, które czekały „na jutro”, właśnie stały się dzisiejsze. Przynajmniej tam dostanę zapłatę – nie milczenie i zamknięte drzwi. Po wszystkim planowałem wpaść do baru,  bez patosu, przesady, tylko po to, żeby usiąść i napić się jak człowiek, który wreszcie przestał się łudzić. Niech Roise się tym zajmie. On lubił mieć sprawy pod kontrolą. Dlatego właśnie oddałem mu pierścionek – jej pierścionek – bez żadnych zbędnych słów. Może będzie miał więcej szczęścia, albo więcej cierpliwości... Ja nie miałem już nic. Nic, co by wymagało szczególnej finezji, ale te odłożone zlecenia miały być wystarczająco absorbujące, żeby oderwać myśli od kobiety, która mnie zignorowała, zniknęła, zostawiła z pierścionkiem i swoim milczeniem. Prue mnie olała, bez słowa, jakby te kilka godzin razem nie znaczyło nic, jakbyśmy nie dzielili się czymś prawdziwym, a może... Nie dzieliliśmy. Może tylko ja myślałem, że to coś znaczyło. Odwróciłem się, gotów wyjść... I wtedy to usłyszałem...
To nie był zwykły wdech – każde takie westchnięcie znaczyło coś innego niż tylko niedobór powietrza... To był ten głęboki, przepełniony ciśnieniem haust, jaki znałem zbyt dobrze – ten, który przychodzi tuż przed tym, jak komuś odpierdala. Automatycznie odwróciłem głowę i spojrzałem na Ambroise’a, który stał nieruchomo, pierścionek wciąż w dłoni, a jego oczy... Jego oczy właśnie odpływały, zamgliły się w ciągu sekundy, dosłownie, jeden oddech, jedno mgnienie – i już go nie było. Widziałem to wcześniej, wczoraj z Prudence, te same źrenice wpatrzone gdzieś daleko, i nieobecność. Kurwa... Kolejny... Kolejny pieprzony wieszcz... Jasnowidz? Widmowidz? Nie miałem pojęcia, ale coś go właśnie porwało i nie był to atak paniki, ani skaczący cukier. Roise nie mdlał, on odlatywał, a ja nie wiedziałem, co mnie bardziej wkurwiało – to, że znowu ktoś z mojego otoczenia nagle okazywał się pieprzonym „wrażliwcem” na inny wymiar, czy to, że znowu byłem tym, który zostaje na miejscu, patrzy – który nie wie. Nie było mnie kilka lat, i nagle, co drugi z nich odpływał, miał błyski, słyszał głosy, widział obrazy. Jakbyśmy żyli w jakimś cholernym teatrze magicznych doznań, a mnie nikt nie dał instrukcji, tylko kilka biletów bez daty i godziny, Zrobiłem krok w jego stronę, nie dotknąłem go – jeszcze nie, ale uniosłem rękę, gotów złapać go w pasie lub pod ramieniem, gdyby zaczął się osuwać, asekuracyjnie i odruchowo – z praktycznego rozsądku, bo nie chciałem, żeby się wyjebał i roztrzaskał łeb. Przecież był moim przyjacielem. Mimo, że nie znałem go od tej strony.

~~~

Nie zdążyłeś jeszcze zamknąć palców wokół chłodnego pierścionka, gdy rzeczywistość zaczęła się rozpływać. Metal był zimny, mimo ciepła twojej skóry, i niemal natychmiast poczułeś znajome drżenie na granicy percepcji - ten niepokojący ucisk tuż za oczami, który oznaczał jedno: przeszłość zaczynała mówić. Chwilowo nie widziałeś jeszcze nic - najpierw poczułeś delikatne mrowienie na grzbiecie dłoni, potem pod kolanami, jakby ziemia pod tobą lekko się przechylała - w jednej chwili czułeś pod stopami deski werandy, w następnej byłeś gdzie indziej. Rzeczywistość, jak cienka tafla lodu pod ciężarem, złamała się. Powietrze wokół ciebie zrobiło się ciężkie, wciągnąłeś powietrze, ale nie był to już twój własny oddech - byłeś kimś innym. Świat się przesunął, zmienił zapach, temperaturę, światło. Nagle nie byłeś sobą - byłeś nią - Prudence. Zanim zdążyłeś wydać jakąkolwiek intencję, już było za późno - pierścionek odpowiedział pierwszy - zanurzyłeś się.
Nie zobaczyłeś jej zaginięcia - nie od razu - najpierw poczułeś zapach skóry, nowej, świeżo wyprawionej, z lekką domieszką gumy i kleju.
Stoisz przy witrynie sklepowej, wewnątrz małego sklepu – połyskliwe, zachodzące słońce odbija się od szyby, za którą, na miedzianym stojaku, wiszą buty. Nie słyszysz jej myśli, ale czujesz jej ekscytację, lekkie podniecenie, jak gdyby robiła coś, czego nie powinna – coś cudownie niewłaściwego. Czujesz w niej napięcie, drobne ukłucia podekscytowania, jakby każdy detal miał być potwierdzeniem: „Tak, jesteś gotowa – gotowa na coś więcej niż spacer.” Te buty są jak wybryk – zupełnie nie w jej stylu, i właśnie to sprawia, że twoje – jej – serce bije odrobinę szybciej. Jasne światło sklepu, ciche radio grające w tle, wzrok zawieszony na parze solidnych, terenowych butów, które są dokładnie takie, jakich potrzebujesz – solidne, terenowe, ciemne, z grubą podeszwą, mają wyglądać „praktycznie”, ale i trochę drapieżnie, może nawet zuchwale. Ruszasz się, żeby po nie sięgnąć, a twoje – jej – palce przesuwają się po sznurówkach, po gumowych zakończeniach. Czujesz cichy przypływ ekscytacji – nie jest to zakup przypadkowy. Palce – jej palce – zgrabne, precyzyjne, nieco drżące, ale nie z nerwów, owijają się wokół agletów, zaciskają pętelki. Widzisz cenę na metce, która zwisa z jednego z języków. Sprzedawczyni coś mówi, jej głos jest jak oddalony szum, nie ma znaczenia. Patrzysz na metkę, nie zważając na kwotę, bo to nie ona ma znaczenie, lecz sam gest. Wiesz, że się z kimś spotyka – z kimś, z kim nie powinna. Widzisz, jak wbija wzrok w witrynę sklepu i wyobraża sobie wspinaczkę – nie samotną, nie sportową, ale taką, która zaczyna się od nieśmiałego dotknięcia dłoni, kończy zadyszką i przypadkowym śmiechem. Dostrzegasz jej – twoje – odbicie w szybie, lekko zaczerwienione policzki, uśmiech, który usiłuje ukryć – lekki bunt, cichy triumf. Chce to zrobić – chce się z nim spotkać, skrycie, poza domem, poza wszystkim, co uporządkowane. To ma być wyprawa – coś, co może nie ma sensu, ale ma cel, i rozpala iskrę, w niej, w tobie. Sprzedawczyni podaje ci – jej – pudełko, a twoje dłonie – jej dłonie – unoszą buty z uwagą, coś w tym prostym geście jest niemal rytualne, jakby ten zakup coś pieczętował, albo zaklinał.
Robi się ciemniej, nie tyle przez cień, co przez przesunięcie. Kąt rzeczywistości zmienia się i nagle stawiasz kroki – ostrożne, powolne, w lakierkach, które zupełnie nie nadają się na ten teren, są nienaturalne wśród traw, śliskie na wilgotnym podłożu. Znów czujesz siebie, ale nie siebie – jej stopy, jej nerwowe kroki, próbujące odnaleźć przyczepność, góra jest stroma, ziemia wilgotna, ale ręka, która cię podtrzymuje, jest ciepła, pewna. Obok idzie postać, mężczyzna, wyższy od niej, ale o to nie jest trudno. Nie możesz zobaczyć jego twarzy – zawsze, gdy próbujesz, światło się rozmywa, kontury znikają, jakby sama pamięć odmawiała ci dostępu. Przeszłość nie jest filmem – jest szeptem, bardzo kapryśnym. Ramię, na którym się opierasz, jest mocne, dłoń przesuwa się od twojego łokcia do nadgarstka, przytrzymując cię delikatnie, niemal pieszczotliwie, ale z wyczuciem – kamienie pod podeszwą są śliskie, a trawa – wilgotna. Utrzymujesz równowagę tylko dzięki podparciu. Na sobie masz starą, za dużą skórzaną kurtkę, pachnącą kurzem i czymś jeszcze… Męską wodą kolońską, której nuta jest niemal bezczelnie znajoma, ale… Skąd ją znasz – nie jesteś w stanie powiedzieć, nie kojarzysz tego zapachu z nikim konkretnym, a jednak masz wrażenie, że już go gdzieś kiedyś czułeś, i to wielokrotnie – kojarzy ci się z jeszcze bardziej zamierzchłą przeszłością – tą, której nie widzisz, bo nie ma związku z trzymanym przedmiotem.
Potem nagle przeskok – świat się rozmywa – czasem widmowidzenia nie idą liniowo. Wzrok opada – wracasz na chwilę do momentu, gdy sznurujesz buty – te nowe, z wyrazistym zapachem gumy i skóry. Twój pokój, gościnny u Ursuli, małe okno, zgaszone światło poranka – siedzisz na brzegu łóżka, z jedną nogą zgiętą, pochylona, skupiona – twoje dłonie są drobniejsze, paznokcie zadbane, skórki starannie odsunięte. W twoim spojrzeniu jest coś ostrożnego i uważnego, gdy unosisz wieko pudełka z butami… Są to te nowe, terenowe, jeszcze pachnące fabryką i sklepowym odświeżaczem. Sznurówki wiążesz na podwójną kokardkę.
Obraz zmienia się ponownie – teraz patrzysz z oddali na werandę wiejskiego domu. Jest jasno, chociaż słońce jest jeszcze nisko, a mgła nad wrzosowiskami dopiero się podnosi. Ganek nadal tonie w porannej mgle, wszystko jest zroszone, ale zauważasz, że na schodkach leży gazeta – złożona na pół, lekko zawilgotniona, chcesz ją wziąć, masz intencję. Łapiesz oddech – po drugiej stronie ścieżki pojawia się ktoś jeszcze. Nie widzisz jego twarzy, ale wiesz, kto to jest – któryś twój kolega, wasz kolega, ten trzeci – ten, którego spojrzenie zawsze przyprawia cię o lekką irytację. Za gładki, pewny siebie, za bardzo obecny tam, gdzie nie powinien – z kimś takim się nie dzieli.
Znacie się od lat, czasem rzucacie kąśliwe uwagi, bywa, że z nim dyskutujesz, ale w tej chwili jest to czysta irytacja, i wyścig. Czujesz irytację, nic więcej – tę drobną, piekącą frustrację, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś dotyka czegoś, co uważasz za swoje, więc robisz krok naprzód, przyspieszasz, przechodzisz w trucht. Jego krok przyspiesza, w tym samym momencie, co twój. Przez ułamek sekundy oboje patrzycie na gazetę jakby była czymś znacznie ważniejszym, niż zwykłym kawałkiem papieru. Jego ręka i twoja sięgają po nią jednocześnie. Jego dłoń jest większa, mocniejsza, ale twoja – jej – szybsza, zwinna, obie łapią gazetę w tym samym momencie, wtedy czujesz szarpnięcie – spada coś małego – coś, co zsunęło się z twojej dłoni, przed chwilą tkwiło jeszcze na serdecznym palcu. Pierścionek... Na trawie, w rosie, błysnął tylko przez chwilę – potem zniknął. Tak samo jak dwie postaci... Błysk, świst, i nie było ich już tam, gdzie powinny być. Przez chwilę patrzysz na to z nowej perspektywy – już nie jesteś Prudence, teraz wisisz w pustce, a chwilę później znowu zapadasz się w ciemność. Nie światło, nie dźwięk – ciemność. Pusta, głęboka jak studnia – czujesz, że pierścionek w twojej dłoni staje się cięższy – powracasz do własnego ciała, ale jeszcze nie do końca, nadal jesteś pomiędzy.
Stoisz w tym samym miejscu – może minęła sekunda, może dziesięć minut – czas się w takich chwilach rozmywa.
Nie czujesz jej emocji, już nie, te są twoje własne. Wróciłeś – świat jest chłodniejszy, przytłumiony, a pierścionek, ten sam, wciąż spoczywa w twojej dłoni. Jest chłodny, niewinny, leży spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, ale ty wiesz, co widziałeś –  czułeś to – smak podniecenia, ciężar sekretów, gorycz rywalizacji. Pierścionek w twojej dłoni lśni lekko, jakby drwił – znasz jego historię, nie znasz końca, prawdopodobnie nigdy go nie zobaczysz. Nie wiesz nic o początku, ale nie wszystkie historie zaczynają się dla ciebie od początku – nie wszystkie chcą zostać opowiedziane w tej kolejności, niektórych widzisz tylko środek... Bo to nie była tylko przeszłość – to była intymność, tajemnica, wybór, którego nie powinieneś znać, ale który poznałeś, i zakończenie – ono powiedziało ci wszystko i nic.

~~~

Znowu czekałem... Wczoraj czekałem, aż Prudence wróci do siebie – aż jej źrenice znów zareagują na światło, aż jej ręce przestaną być tak nierealnie spokojne. Teraz robiłem to samo z Roise’em, jak frajer, strażnik dusz, kurwa jego mać. Czas nie miał tu znaczenia – mógł minąć kwadrans albo dwie minuty. Mogłem sięgnąć po zegarek, ale nie zrobiłem tego. Po co? Liczby nic tu nie znaczyły. Stałem, gotowy asekurować go, gdyby zaczął mdleć, wpatrywałem się w jego twarz na tyle, że zauważyłem moment, w którym wrócił. To zawsze działo się tak samo — najpierw drżenie w powiece, potem westchnienie, jakby jego płuca przypomniały sobie, że trzeba oddychać, potem źrenice, które drgają i przesuwają się powoli, jakby ciało na nowo próbowało dopasować się do rzeczywistości. Patrzył, ale jeszcze nie widział — widziałem to w jego oczach, ten cień czegoś, co zostaje po wizji, czego nie rozumiałem, ale znałem po grymasie ust, po spięciu mięśni szczęki. Widziałem, jak Ambroise wraca, podobnie do Prudence wczoraj – powoli, z opóźnieniem, jakby jego dusza utknęła gdzieś w korku na trasie z zaświatów. Znałem ten moment — ten pierwszy błysk przytomności, który przychodzi z jednoczesnym ciężarem całej wizji, która dopiero co przetoczyła się przez człowieka. Nie ruszyłem się – jeszcze nie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
23.05.2025, 21:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 21:09 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Wiedział, co się dzieje. To nie było dla niego nic tak zaskakującego jak przed laty. Nie czuł się tym przesadnie przytłoczony, już nie, nie próbował tego blokować, nie walczył z tym ani nie sprzeciwiał się obrazom, które i tak miały pojawić się przed jego oczami. Chciał tego czy nie, nie był w stanie powstrzymać wizji przeszłości, jeśli ta chciała się pojawić.
Próby wyrwania się z tego stanu, zanim cokolwiek by zobaczył, były bezsensowne, pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Musiał poddać się temu wrażeniu. Inaczej w dalszym ciągu zobaczyłby wszystko, co miał zobaczyć, ale po zakończeniu widmowidzenia, byłby wypruty z sił, wyrżnięty jak stara szmata. Nie było sensu walczyć z wiatrakami. Ambroise już się tego nauczył.
A więc dał się w to wciągnąć. Nieoczekiwana wizja (co on miał z tymi pierścionkami? no naprawdę) wyrwała go częściowo z tu i teraz, przenosząc go tam w czas... ...no, właśnie... ...nielinarny. Choć bowiem w teorii nie miał żadnych podstaw, by kwestionować to, że widzi najważniejszą scenę, ponieważ nie mógł zakładać, że kamyk Prudence zechce pokazać mu zaginięcie dziewczyny. To podświadomie przeczuwał, że sprawy zaraz się skomplikują. Praktycznie nigdy nie było łatwo.
Wbrew pozorom i przekonaniom części ludzi, widmowidzenie nie było uniwersalnym kluczem do wydarzeń z przeszłości. Wizje nie podawały niczego na tacy. Często były pełne niejasności, zamgleń i cudzych odczuć oraz emocji ludzi, którzy nie zawsze mieli rację w swych osądach. Bywało, że mylili się ze swoimi spostrzeżeniami, kierowały nimi różne pobudki, pochopnie wyciągane wnioski.
W momentach, w którym samorzutna wizja dyktowała Greengrassowi nie bycie zewnętrznym obserwatorem (co też się zdarzało) a stanie się bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń, wcale nie bywało łatwiej. Nie kierował się bowiem wtedy wyłącznie własnymi niezależnymi osądami. Chłonął świat tak jak teraz: przez cudze oczy i cudzym ciałem.
W tym wypadku równie mu znanym, co obcym. Prudence. Na kilka chwil stał się kimś, kim raczej nie życzył sobie być. Co więcej sądził, że Bletchley też by sobie tego nie życzyła. On zdecydowanie nie chciałby stawiać jej w analogicznej sytuacji. Nie mógł jednak powstrzymać tej zmiany. To było poza zasięgiem jego woli. Niestety.
Więc czuł. Odczuwał, obserwował, biorąc na siebie to wszystko, nawet jeśli z zewnątrz jego ciało pozostawało niemal całkowicie nieruchome, wewnątrz Roise chłonął każdy detal. Zapach skóry i gumy z podeszw, dotyk sznurówek, ciepło dotyku kogoś, z kim Prue pokonywała śliską trawę na zboczu wzgórza. Czuł wodę kolońską i niemal mógł schylić się, żeby musnąć palcami fakturę desek na werandzie, które nie były jeszcze wyschnięte po nocnym przymrozku. Tyle tylko, że Prudence tego nie zrobiła, więc ten wysiłek byłby nadaremny.
Zamiast go podejmować, Roise skupił się na czymś, co brzmiało jak dźwięk ptaka. Czymś, co mógłby nazwać śpiewem kosa, ale nie był pewien, czy to nie echo z jeszcze starszej pamięci, bowiem brzmiało mu z tyłu głowy, gdzieś na peryferiach słuchu. Mgła gęstniała u dołu trawnika, rozrzedzała się wyżej. Jego oddech - nie, jej, Bletchley - był krótki, szybki, napięty...
...brzdęk, szarpnięcie...
...a potem wszystko ucichło.
Greengrass zamrugał kilkakrotnie, bez słowa otwierając oczy. Nie westchnął dramatycznie, nie szukał oparcia w czymkolwiek ani kimkolwiek poza sobą. Wciąż stał nieruchomo z dłonią zaciśniętą na metalowym przedmiocie, który zapoczątkował wszystko. Pierścionek. Zdawałoby się, że zwykły złoty krążek, ale dla Roisa nie istniało nic zwykłego w przedmiotach nasyconych, wręcz przesyconych pamięcią.
Znał to uczucie. O wiele za dobrze. A mimo to, kiedy wszystko w końcu się uspokoiło i świat wrócił, ręce były znów jego, oddech był jego... ...nie Prudence, nie nikogo innego... ...wciąż pozostało w nim to echo. Ten zapach gumy, tamta nuta wody kolońskiej, ciężar butów, które Ambroise dopiero co wiązał cudzymi palcami. Gdyby był innym człowiekiem, może by się skrzywił, może by zapytał: dlaczego znowu?, może klnąłby na pierścionek, który nawet nie dał mu wyboru. Ale nie był innym człowiekiem. Był sobą.
Nie był zaskoczony. Nie był nawet zdezorientowany. Był widmowidzem. W tym momencie już umiał to nazwać. Wiedział, co tak właściwie go dotyka. Potrafił wiązać swoje doznania z przedmiotami. Ich przeszłość bywała jego teraźniejszością i choć dawniej budziło to w nim niepokój, lęk a nawet odrazę, dziś przyjmował to z niemal bezbrzeżnym spokojem. Jak ktoś, kto w końcu nauczył się wchodzić do lodowatej wody nie wzdrygając się zbyt gwałtownie.
Nie zawsze było to wyjątkowo przyjemne. Zazwyczaj widział rzeczy związane z traumatycznymi wydarzeniami. Nie bez powodu widmowidzenie było dużo bardziej stygmatyzowane od jasnowidzenia, ale z biegiem czasu nauczył się radzić sobie z własnymi reakcjami w taki sposób, aby nie emanować nimi dłużej niż to potrzebne.
Teraz też nadal miał zapach gumy i świeżej skóry nozdrzach, lekko gryzącą nutę kurzu wymieszanego z męską wodą kolońską, której nazwy nie znał, ale którą kiedyś już czuł Gdzieś. Kiedyś. Na kimś, kogo nie potrafił przywołać. Ale czuł, że powoli wraca. Obraz przed oczami wyostrzał mu się do tego, co widział przedtem: wrzosowisk, ogrodu i werandy. 
Był tu i teraz, już nie tam. W tej chwili musiał poskładać widziane obrazy. Pamięć nie była bowiem filmem, Ambroise doskonale to wiedział. Była szeptem, śladem, zapachem... ...i czasem kaprysiła. Wizje nie były linearną opowieścią. Czas się plątał. Mieszał. Przeszłość przychodziła w fragmentach, w zacinających się klatkach. Musiał się cofnąć. Przemyśleć. Ułożyć to w coś więcej niż zlepek scen.
Jednakże wpierw musiał poczuć się stabilniej. Poczuć, że jest tutaj. Nie w tamtym sklepie, nie na wzgórzach, nie na tej samej werandzie z mokrą gazetą. Teraz czuł już tylko siebie. Ciężar własnego ciała, własne palce, własny oddech, który choć lekko przyspieszony, był wyraźnie jego. Nie Prudence.
Znał ją. Nie od dziś. Ale teraz... ...teraz znał ją bardziej, głębiej, choć z pewnością by tego nie chciała. Ta wiedza była prawie nieprzyzwoita. Jak czytanie cudzego listu bez pozwolenia. Ale czy to on czytał list? Czy to pierścionek mu go pokazał? Różnica była subtelna, ale Ambroise zaczął ją już dostrzegać. Nie robił tego na własne życzenie, nie wywołał tej wizji. Nie wszedł w trans celowo. Nie chciał być Bletchley...
...ale nią był. I nie mógł teraz patrzeć na nią tak samo. Nie dlatego, że to wszystko było zbyt osobiste. Ambroise widział już więcej niż większość ludzi powinna. Ale dlatego, że tym razem to nie była tylko przeszłość. To był wybór. Wybór zrobiony z myślą o kimś. I pytanie: o kim?
Powoli przesunął po skroni palcami lewej dłoni, bowiem w prawej nadal trzymał pierścionek, nie puścił go. Ucisk za oczami już się rozproszył, ale Roise nadal wyczuwał echo tego momentu, gdy ziemia się przechyliła i przestała być jego.
W swojej własnej nomenklaturze nazywał to  przesunięciem. Nie odwoływał się do działania zjaw czy duchów. To byłby przesadny dramatyzm, z którego nauczył się rezygnować jeszcze zanim zaczął myśleć w tym kierunku. Przesunięcie, tyle wystarczyło.
To, co zobaczył. To, co przeżył. To, co czuł nie miało być dramatyczne. Nie była to śmierć, nie była to trauma, nie było to ostatnie pożegnanie. To był normalny dzień. A właściwie: skrawek dwóch czy trzech dni Prudence. Z pozoru banalny, ale przez to prawdziwy.
Bletchley, jej nowe buty i uśmiech odbijający się w szybie wystawowej. Skórzana kurtka pachnąca męską wodą kolońską. Weranda. Gazeta. Ręka, która sięgnęła po nią równocześnie z inną dłonią. I to uczucie... ...irytacja. Ta dziwna, gorzka nuta, której nie mógł zignorować. W porządku...
...to musiał być Potter. Ta druga osoba. Mężczyzna, który także rozpłynął się w powietrzu. To było teraz najważniejsze. Na tym musiał skupić myśli. Dochodzenie do tego, z kim takim spotykała się Prue nie było na liście priorytetów Greengrassa. Zdecydowanie nie teraz, nie w takiej sytuacji.
Roise westchnął. Nie głęboko, po prostu wypuścił powietrze przez nos. Wolno i celowo. Nie opanowanie, bowiem nie musiał już zmuszać się do spokoju. Nauczył się z tym żyć. A może raczej: nauczył się, że im bardziej próbował uciec, tym bardziej każda wizja wracała. Obrazy, które widział miały swoją wagę, swoje zapachy, swoją narrację. Nic w tym nie było przypadkowe. Nic też nie było pod jego kontrolą.
Dłoń Roisa powoli przesunęła się przez jego kark. Przeczesał palcami włosy, które zawsze układały się nieco zbyt niesfornie, po czym przygryzł wnętrze policzka.
- No to mamy to - powiedział półgłosem. - Zaginęli rano. Razem. Zdecydowanie nie z własnej woli - w tym momencie jeszcze nie chciał tłumaczyć, skąd to wie, po prostu przekazywał fakty.
Brzmiał przy tym pewnie i zdecydowanie. Z minimalnym drżeniem głosu. Nie był to bowiem pierwszy raz, kiedy przeszłość go zassała. I zdecydowanie nie był to pierwszy raz, kiedy znalazł się w czyimś ciele. Ale zdecydowanie był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to ciało nie krzyczało, nie płakało, nie konało...
...tylko żyło. Chciało żyć. Chciało spotkania, dotyku, oddechu, wyprawy... ...w butach, które były nie w stylu ich właścicielki, ale przynajmniej nie były lakierkami.
Mimowolnie spojrzał na własne nogi, na buty z miękkiej skóry, które sięgały za kostkę, po czym zrobił dwa kroki w kierunku ławki. W milczeniu, zupełnie bez słowa. Zawsze po takim widzeniu potrzebował chwili. Nie tylko na odzyskanie sił, lecz także na uporządkowanie siebie.
Bycie kimś innym, choćby przez kilka minut, zostawiało w nim zadrapania, drobne rozcięcia, które trzeba było wyciszyć. Nie zamknąć, Ambroise już nie próbował niczego zamykać. Po prostu potrzebował to wyciszyć, dać sobie chwilę, żeby to przetrawić.
Właśnie w tym leżała różnica między nim teraz a nim kiedyś: dawniej widzenia były dla niego karą. Teraz były rozmową. Czasem niechcianą, czasem zaskakująco czułą, czasem osobliwą. To konkretne było mieszanką. A on musiał przeznaczyć chwilę, żeby spróbować oddzielić ziarno od plew, w tym momencie zdecydowanie nie mając być najbardziej rozmownym człowiekiem.
Benjy musiał mu to wybaczyć.
Pięć minut, nie więcej. Tyle sobie dawał. Później musieli rozmawiać, potem należało działać.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4844), Benjy Fenwick (6696), Pan Losu (29)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa