• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07.1956] Respect existence or expect resistance

[07.1956] Respect existence or expect resistance
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#11
05.07.2026, 23:04  ✶  

Słysząc jej podziękowanie, a zaraz potem przeprosiny, poczuł, jak coś w nim wreszcie odpuszcza. Balast, który od chwili, gdy powiedział tamto nieszczęsne nie w znaczeniu nie znam jej, siedział gdzieś pod mostkiem, nagle przestał istnieć. Jakby zdjęli mu z barków worek kamieni.  Gdzieś tam w duchu pozdrawiał siostrę środkowym palcem. To było dziwnie egoistyczne uczucie. Bo w gruncie rzeczy najbardziej potrzebował właśnie tego. Przebaczenia może. Świadomości, że ona już go za to nie potępia. No bo skoro Helloise przestała go obwiniać, on sam również mógł wreszcie przestać to robić. Sumienie, które jeszcze kilkanaście minut temu gryzło go mocniej niż piegowaty, nagle ucichło. Zadowolone uznało, że dług został spłacony. Przez moment przyszło mu nawet do głowy, że chyba właśnie tak wyglądają przeprosiny między ludźmi, którzy naprawdę chcą zostawić coś za sobą. Bez licytacji win i wyciągania brudów. Jedno słowo z jednej strony, drugie z drugiej i sprawa przestaje istnieć. Nie miał wielkiego doświadczenia z podobnymi rozmowami. Na Ścieżkach łatwiej było dostać w nos niż usłyszeć zwyczajne przepraszam. Mimo to postanowił spróbować. Już otwierał usta, już zbierał w sobie odwagę na kilka niezręcznych słów, kiedy Helloise… po prostu popłynęła dalej. O Mateczko, ile ona gadała.

Maddox skrzywił się lekko, nie tyle z bólu, co z zakłopotania. Przez chwilę szukał w głowie czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć jak sensowna obrona tamtej bandy. Nie było tego wiele. Właściwie prawie nic. - Nie są tacy najgorsi. Zyskują przy bliższym poznaniu, trzeba ich tylko odrobinę zrozumieć. Sam nie był pewien, czy w to wierzy. Bardziej niż ich zachowanie próbował usprawiedliwić to, skąd się wzięło. Większość z nich nie pamiętała świata, który kiedykolwiek potraktowałby ich uczciwie. Dorastali, ucząc się, że jeśli sami nie ugryzą pierwsi, prędzej czy później ktoś ugryzie ich. Nie czyniło to z nich dobrych ludzi. Sprawiało jedynie, że ich okrucieństwo wydawało się mniej przypadkowe. I właściwie w cholerę z takimi przygodami. Wystarczyło jedno zdanie, żeby kącik jego ust drgnął w zupełnie inną stronę. Dobrze wiedział, co miała na myśli, choć próbowała się z tego wycofać niemal natychmiast. Wielkie panisko się znalazło. Jakby człowiek musiał mieć odpowiedni rodowód, żeby umieć składać połamane kości. Podrap bogacza, a wyjdzie dupek. Przez moment zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, po czym nabrał w dłoń garść sypkiego piasku zmieszanego z kurzem i bez większego zamachu cisnął nim w jej stronę. Bardziej z przekory niż z siły. Zresztą na nic więcej nie było go w tej chwili stać. - Powiedziałem, że się zna, nie że jest. Mruknął to z wyraźnym niezadowoleniem, po czym odwrócił wzrok. - Umyj uszy, jak masz problem…

Przyjął jej obietnicę bez słowa. Skinął tylko lekko głową, a ku własnemu zaskoczeniu naprawdę jej uwierzył. Nie potrafił powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że Helloise mówiła zbyt impulsywnie, żeby dobrze kłamać. Wszystko, co miała w głowie, prędzej czy później i tak wypływało jej na usta. Tacy ludzie rzadko bywali fałszywi. Parsknął od razu. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż śmiech wyrwał mu się z piersi pełnym głosem. Trwało to zaledwie kilka sekund, bo zaraz przerodziło się w gwałtowny kaszel, który przypomniał mu o poobijanych żebrach. Skrzywił się, złapał oddech i pokręcił głową z niedowierzaniem. Gangster. Piegusa gangsterem mogły nazywać co najwyżej ministerialne paragrafy. Do prawdziwego gangstera brakowało mu dobrej głowy wzrostu, kilku lat życia i przynajmniej tony charyzmy.  - Mhm, gangster. Nie mógł się na nią dłużej gniewać, nie po takiej szczerej niewinności, wobec tego brudu Ścieżek. - Ura bura król podwóra. Zażartował sobie z kolegi zupełnie bez troski. Słuchał jej z wyraźnym zdziwieniem. Dziwnie było słyszeć, jak ktoś potrafi mówić o klątwie z takim zachwytem, splatając ją z pięknem magicznego świata. Dla Maddoxa wilkołactwo nigdy nie było fascynującym zjawiskiem. Było smutną codziennością. Uciążliwą i niebezpieczną. Zostawiało po sobie blizny, odbierało ludziom wolność, i spokojny sen. Nie dawało niczego, czego nie oddałby bez wahania. Słusznie zauważyła, że dla niego był to przede wszystkim problem. Z chęcią zamieniłby się z nią na życia. Mógłby zamieszkać w jej świecie, nosić do końca życia sukienki i zaplatać sobie warkocze. Byle tylko nie budzić się z myślą, że jest wilkołakiem. A jednak gdzieś pod tą całą niechęcią kryło się coś jeszcze. Miło było dla odmiany usłyszeć o hybrydach coś dobrego.  Zwykłą, szczerą ciekawość i zachwyt. To było nowe. I zaskakująco przyjemne. Na jej ostatnie pytanie spojrzał na nią tak, jakby właśnie zaproponowała wspólny spacer po wybiegu Akromantuli. - Oszalałaś?! Nie było w tym złośliwości a bardziej szczere niedowierzanie. Przecież właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Nikt nie chciał być przy przemianie. On sam nie chciał przy niej być. A mimo to był na nią skazany od chwili narodzin. - Po pierwsze to boli jak cholera. Kości się łamią, mięśnie się… no boli w chuj! Podkreślił na koniec jeszcze mocniej by na pewno dotarło do panny ciekawskiej. - A po drugie, nie zawsze można się kontrolować. Tym razem powiedział już z odrobiną trwogi w głosie. Pokręcił lekko głową, wciąż nie mogąc uwierzyć, że naprawdę o to zapytała. Eliksir Tojadowy zostanie opracowany dopiero za parę lat, póki co przemiana podczas pełni wciąż była dla wilkołaków sporym problemem.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#12
07.07.2026, 20:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2026, 20:53 przez Helloise Rowle.)  
Trzeba ich tylko odrobinę zrozumieć — czy tak również o niej mówili? Że potrzebuje zrozumienia?
— Pierdolenie — parsknęła szyderczo. — Nic im zrozumienie nie pomoże.
Podetrzeć się mogli tym zrozumieniem. Zrozumienie jej się kojarzyło tylko z litością. Rozumiemy, jaka jesteś, kurwa, ułomna i słaba. Niezależnie od tego, jak bardzo na tym cierpiała, znajdowała komfort w tym, że rodzice nie okazywali jej zrozumienia. Nie roztkliwiali się nad nią jak nad delikatnym jajeczkiem. Traktowali ją poważnie. Nie wiedziałaby, co powiedzieć, gdyby ojciec się przed nią otworzył z tym, jak go jej zachowanie smuci i martwi. A gdyby zaczął wypytywać, co ją dręczy? Jak się reagowało na słabość swojego ojca? Co ludzie robili w takich sytuacjach? Helloise nie potrafiłaby sobie z jego troską poradzić, nawet gdyby zechciał ją obdarować emocjonalną rozmową. Matka okazywała jej czułość, ale błędy pomijała milczeniem albo adresowała naganą. Odwracali wzrok, gdy córka płakała; zresztą robiła to tak, żeby nie rzucać się w oczy. Nie pytali o nic. Mówili, dokąd ma dążyć. Wiedziała, jakie jest wobec niej oczekiwanie. Radziła sobie sama… czy raczej: zupełnie nie radziła sobie sama.
Rodzice byli dla niej dobrzy. Wiedziała, że ją kochają i nie chcą jej krzywdy, ale najlepiej wszyscy odnajdywali się uczuciowym w dystansie. Może i bolało to, że rodzice nigdy nie poznali jej wrażliwości. Może i bolało to, że czuła się całe życie pozostawiona sama sobie. Jednocześnie dokładnie tego chciała, bo w tym patologicznym arystokratycznym emocjonalnym limbo czuła się jako dziecko najbezpieczniej. Ona nie musiała obnażać się ze swoimi uczuciami, rodzice utrzymywali swój absolutny autorytet. Było w tym coś właściwego. Wszyscy zachowywali godność, a czy było coś ważniejszego niż godność?
Jeśli chciała w domu rozmawiać, szła do brata. Tylko przy Seisyllu potrafiła wydłubać z siebie żenujące słowa. Gdy on znalazł żonę, poczuła się zdradzona. Rozwścieczyło ją, gdy urodziło mu się dziecko — Helena. Hela. Znalazł sobie nową Helę.
Niech Seisyll ma słodką Helę. Ona miała Leviathana, który raz już wypełnił jej pustkę po Sylu, gdy starszy brat poszedł do szkoły, a ona została w domu. Leviathan urodził się jak specjalnie dla niej, jak nowy braciszek. W poprzedzającym jej ucieczkę roku szkolnym bratanek zaczął Hogwart. Helloise liczyła, że on znów wypełni puste miejsce obok niej. Tymczasem ku jej zaskoczeniu Levi zajął się własnymi sprawami i nowymi znajomościami, zamiast trzymać się krewniaczki kurczowo i być jej najlepszym przyjacielem.
Nie była gotowa na to, że ani Seisyll, ani Leviathan nie będą na zawsze dla niej. Oni budowali swoje życia, ona nie miała życia poza nimi. Przegrała wszystkie swoje szanse: na bycie mądrą, na bycie lubianą, na bycie popularną. Nikt jej nie wybrał na swoją nastoletnią miłość. Wiedziała, że mówią o niej, że jest jebnięta. Głupie pomysły i agresja zawsze o wiele gorzej wyglądały na dziewczynkach niż na chłopakach.
Nie skruszyło jej to, a jedynie uwypukliło najgorsze cechy. Hela Rowle wciąż uważała, że jej się wszystko należy. Im bardziej jej nie lubili, tym wyższa się od nich czuła.
Niewątpliwie dla kogoś takiego jak Greyback jej znienawidzone życie byłoby gratką — była bogata, zdrowa i ładna. Nie było tak źle. W ostateczności wystarczyło, żeby Hela Rowle odgryzła sobie język i poprosiła ojca o wytypowanie odpowiadającego mu zięcia, który by ją zechciał posuwać za przyjaźń rodów i klatkę smoczogników.
— Matko, nie bądź dla mnie takim kutasem — obruszyła się, zasłaniając rękoma twarz, na którą poleciał deszcz pyłu. — Przecież mówię, że nie mam nic do twojego ojca. — Dla pewności, że dotarło, sięgnęła jeszcze po ostateczny argument: — Gówniarzu.
Wyśmiał to, że wzięła ich za gangsterów. A tak wyglądali. I słyszała historie, straszne historie o młodych chłopakach.
— Nie wiesz, do czego są zdolni nastoletni chłopcy — burknęła obrażona, tym razem równie przekornie, co i on. — Potrafią robić takie same okropieństwa jak dorośli.
Cały czas miała nadzieję, że jak poprosi o przemianę, to Maddox to dla niej zrobi. Tak po prostu. Że będzie się czuł skomplementowany, że poprosiła. To nie było przecież nic wielkiego spełnić takie jej życzenie. I nie zamierzała odpuszczać. Gdy Rowle trafiała na ścianę, próbowała ją brutalnie sforsować, przeskoczyć, obejść…
— Właśnie przed chwilą to zrobiłeś i żyjesz. Mnie też wiele rzeczy w życiu boli. — Przewróciła oczami. Bo tak, z pewnością bóle bogatej, wkurwionej dziewczynki przewyższały oklątwionego nastolatka z Nokturnu. — Ale dobra, to nie na siłę. — Nie chciała mimo wszystko, żeby za nią cierpiał. — Powinieneś mnie zaprosić do siebie do domu w pełnię — kontynuowała niezrażona tym jego zaskoczeniem, przerażeniem… cokolwiek w nim wywołał jej pomysł. — Ty się musisz w pełnię i tak przemienić, no nie? No tak. To ja bym była przy okazji. Jakoś to zorganizujemy i się nikt nie dowie, słowo. Nie musisz się kontrolować. Jak coś pójdzie nie tak, to się deportuję. Ludzie robią takie rzeczy normalnie i żyją.
Miała szalone ciśnienie na zobaczenie bestii z bliska. Cholera, prawdziwy wilkołak na wyciągnięcie ręki. Tuż, tuż. Hela podekscytowała się zakazanym owocem, którego miała okazję skosztować. Musiał istnieć sposób, żeby Maddoxa przekonać. Wystarczyło go złapać z dobrej strony. Helloise kombinowała bezmyślnie jak koń pod górę, żeby tylko chłopak się zgodził:
— Weź, proszę cię. Nie mów, że jesteś taki cienki. Byś nie przeżył tygodnia wśród smoków — spróbowała mu zuchwale wjechać na ambicje, że niby taka przemiana to było nic w porównaniu z tym, co ona przeszła. — Ja prawie osiemnaście lat przeżyłam z najgroźniejszymi z najgroźniejszych istot. Nie boję się. Mam doświadczenie. — Blondyna kłamała jak z nut, bo przecież taki dzieciak nic ze smokami nie robił i żadnego doświadczenia nie miał. Co najwyżej jej pozwalali popatrzeć, byle nie podchodziła za blisko. — Nic nie będzie. Wiem, jak się chronić i kiedy wycofać — przekonywała z pasją i oczami płonącymi podnieceniem. — Dawaj, robimy to kiedyś, Greyback.


dotknij trawy
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#13
11.07.2026, 20:08  ✶  

Może i chłopaki nie wykazali się dziś szczególną empatią. Zaskoczyliby go gdyby zachowali się tak jak teraz oczekiwał w swoich mgielnych ambicjach. Ale Maddox coraz mocniej wierzył, że to wszystko nie wydarzyło się przez nich. Nie chodziło o Helloise. Nie chodziło o piegowatego, ani o Sforę. Każdy nosił w sobie jakiś syf. Czuł to. Jedni próbowali się nim zahartować. Drudzy po prostu rzucali nim w innych. Zwykle byli to dokładnie ci sami ludzie. Tacy, których nikt nigdy nie próbował naprawdę zrozumieć. Nie uważał, żeby zrozumienie kogokolwiek wymazywało winę. Nie sprawiało, że krzywda nagle przestawała boleć. Ale wierzył, że właśnie od tego zaczynał się koniec produkcji tego typu sytuacji. Dopóki człowiek widział wyłącznie cudzą złość, odpowiadał własną. Dopiero kiedy dostrzegał skąd ta złość się brała, miał szansę przerwać ten łańcuch. Inaczej ból tylko zmieniał właściciela. Podparł się ostrożnie na łokciach. Chciał widzieć jej twarz. Nie mówił tego po to, żeby wygrać kolejną sprzeczkę ani udowodnić jej rację. Po prostu chciał, żeby usłyszała to dokładnie tak, jak sam w to wierzył. - Rzadko ktokolwiek rodzi się zły od razu. Najpierw bardzo długo ich boli. Wypowiedział spokojnie, bez cienia jakiegoś kaznodziejskiego tonu.

Najpierw wyrzuciła z siebie to, co naprawdę pomyślała. Bez zastanowienia, dokładnie tak, jak przyszło jej do głowy. Dopiero kiedy usłyszała własne słowa i zorientowała się, jak brzmią w cudzych uszach, wycofała się z nich. Nie wyglądała jednak na kogoś, komu rzeczywiście zrobiło się przykro.  Z tymi przeprosinami zresztą zachowywała się całkiem jak ci cali “zdolni do wszystkiego nastoletni chłopcy”. Powiedziała przepraszam i najwyraźniej uznała sprawę za zamkniętą. Czego jeszcze można od niej chcieć? No choćby na przykład: jeb się ze swoim eliciarstwem, nadymana snobko. Taka odpowiedź pasowałaby do jej narwaństwa i pewnie dotarłaby do niej szybciej, niż tłumaczenie jej co robi źle. Nie powiedział jednak nic. Miał gdzieś jej usposobienie. Jeśli własnym rodzicom nie udało się jej wychować, Maddox z całą pewnością nie zamierzał próbować. - Jestem najmilszym wilkołakiem na jakiego mogłaś dzisiaj trafić. Odrzucił z zaczepną przekorą. Jakby chciał sprawdzić, czy znowu prychnie z oburzeniem, czy tym razem po prostu przewróci oczami.

Im dłużej mówiła, tym bardziej miał wrażenie, że nie rozmawia z nim, lecz z własnym pomysłem. Każdy kolejny argumencik, każda nowa obietnica i zapewnienie, że “nic się nie stanie”, zamiast go przekonywać, oddalały go od tej rozmowy coraz bardziej. Helloise była całkowicie skupiona na tym, żeby doprowadzić do spełnienia swojej zachcianki. Nie zauważała przy tym, że w tych wszystkich planach właściwie nie było miejsca dla niego. Odnosił wrażenie, że jakby był jedynie środkiem do celu. Wilkołakiem, którego chciała zobaczyć. Patrzył na nią w karcącym milczeniu. Z każdym kolejnym zdaniem jego brwi marszczyły się coraz mocniej, a usta wykrzywiały w wyrazie narastającego niezadowolenia. - Mieszkam z nimi. I pełnię też przechodzimy razem. Odpowiedział krótko, jakby samo to zdanie powinno wystarczyć. W jego głosie nie było złości, jedynie zmęczenie. Nie miał szczególnej ochoty tłumaczyć jej wszystkiego od początku. Że jej pomysł był głupi na tylu poziomach, iż nie wiedział nawet, od którego zacząć. Że nie oglądała w nim człowieka, tylko zjawisko, które koniecznie chciała zobaczyć z bliska. Że jego brzemię zaczynało w jej oczach przypominać osobliwą ciekawostkę przyrodniczą. I wreszcie, że świat nie działał tak, jak najwyraźniej chciała myśleć. Nie każdą zachciankę dało się spełnić tylko dlatego, że wystarczająco mocno nalegała. Przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, po czym lekko przechylił głowę. - A jesteś na tyle doświadczona, żeby podać rękę komuś z kim potraktowałaś się jak wrogowie? Przeprosić i przyjąć przeprosiny? Nie pytał z przekory. Chciał jedynie sprawdzić, czy ciekawość, którą tak odważnie nosiła na sztandarach, sięgała dalej niż brak instynktu samozachowawczego. Czy starczyłoby jej odwagi na coś znacznie trudniejszego. Na zrozumienie.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#14
12.07.2026, 11:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.07.2026, 11:15 przez Helloise Rowle.)  
Refleksja Helloise nie docierała aż tak daleko, aby się zastanawiać, czy to wina tych dzieciaków, że są złe. Nie myślała o nich w ogóle w kategorii dobra i zła. Myślała kategorią swój czy wróg i oni zdecydowanie osadzili się po stronie jej wrogów. Na Maddoxa, który okazał jej sympatię, patrzyła tamtego dnia jako na swojego.
Tak samo jak ona wybaczyła mu szybko to, że się jej początkowo wyparł, tak samo wierzyła, że on wybaczy jej klasistowską odzywkę. Rzeczy ekspresowo traciły w jej świecie znaczenie. Ledwo Rowle przestała czuć się źle z tym, że powiedziała mu świństwo, sprawa była zamknięta. Nie miała potrzeby czegokolwiek w sobie zmieniać, żeby nie powtarzać błędu w przyszłości. Wszystko było już w porządku, trzeba iść dalej. Rozpamiętywanie przykrości było kompromitujące dla obu stron.
— Jesteś miły — potwierdziła bez zająknienia, lecz zaszyte było w tym niespełnione oczekiwanie bardzo konkretnych dalszych zachowań. Jak dziewczyna potrafiła to w sobie pogodzić? Widzieć go niżej od siebie, a jednocześnie tak bardzo chcieć jego sympatii? Mógłby być jej przyjecielem… ale tylko dopóki będzie przytakiwał jej słowom i zgadzał się na jej pomysły. — To jaki duży jest ten dom? Na pewno da się jakoś zorganizować… — zaczęła jeszcze, nie chcąc się poddawać.
Dziwnie przemieniła się jej twarz, gdy Maddox zaczął gadać o przepraszaniu. Przeszło przez nią jednocześnie niedowierzanie, rozczarownie, złość. Czarownica zmarszczyła brwi, zmrużyła zaskoczone oczy. Co to było za bajkowe pieprzenie dla dzieci? Morały o magii przebaczenia i wzajemnego zrozumienia gówno były warte w prawdziwym życiu. Nic nie znaczyły, gdy ludzie wokół byli podli i ułomni. Ludzie nie potrafili czegoś takiego docenić.
Gdy kluły się Heli na języku słowa odpowiedzi, przemknęło jej przez myśl, że jeśli się teraz nie pohamuje, straci swoją szansę na zobaczenie wilkołaka. Dokładnie tak jak straciła wcześniej w życiu setki innych szans, na których jej zależało. Gdy się ją jednak rozdrażniło, nie potrafiła opowiadać kłamstw ani manipulować. Nie potrafiła powstrzymać się od walenia prosto z mostu, nie potrafiła babrać się w przebiegłe intrygi i umizgi.
— Dlaczego ty mi opowiadasz takie rzeczy? — zapytała oskarżycielsko, z rozbrajającą szczerością kogoś, kto naprawdę nie wie, o co chodzi. — Dlaczego ja miałabym przepraszać?
Rowle odsunęła się od Maddoxa i niezgrabnie podniosła z ulicy. Niedowierzanie na jej twarzy jedynie się pogłębiało i przyjmowało odcienie coraz dobitniejszego szoku.
— Nie ja to zaczęłam. Kpili ze mnie. I kpili z ciebie! Nie powinieneś im na to pozwalać! — podniosła niebezpiecznie głos. — Co z tego, że mieszkasz z nimi? Mogą sobie być twoimi ludźmi! Co z tego? Nikt nigdy nie powinien mieć pierdolonego prawa cię tak źle traktować! — krzyczała słowa z furią, straciwszy nad sobą znów panowanie. — Nigdy! Nikt! Rozumiesz?! Nie mają prawa!
Patrząc na rozłożonego na bruku chłopaka, zaciskała pięści, powoli kręciła w oburzeniu głową. Dyszała gorącą pełną pasji wściekłością, nie tym płytkim zadziornym gniewem towarzyszącym ulicznej pyskówce o honor. Odzywała się w niej stara, śmierdząca nienawiścią rana.
— Jesteś miły. Jesteś miły, Maddox — zaczęła z histeryczną desperacją. — Dlaczego chcesz, żeby im podawać rękę na zgodę? Oni na to nie zasługują! Oni by czegoś takiego dla ciebie nie zrobili. Co dopiero dla mnie. Jesteś naiwny, jeśli myślisz, że byciem miłym ich zmienisz.
Dziewczyna zrobiła tyłem kilka kroków w głąb pustostanów. Nie chciała się z Greybackiem rozstawać tak szybko, a jednocześnie nie mogła już dłużej w to wszystko brnąć. Nie w taki sposób.
— Oni mogą mi podać rękę — burknęła tylko na koniec, zanim odeszła.

Koniec sesji


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (5101), Maddox Greyback (5430)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa