Słysząc jej podziękowanie, a zaraz potem przeprosiny, poczuł, jak coś w nim wreszcie odpuszcza. Balast, który od chwili, gdy powiedział tamto nieszczęsne nie w znaczeniu nie znam jej, siedział gdzieś pod mostkiem, nagle przestał istnieć. Jakby zdjęli mu z barków worek kamieni. Gdzieś tam w duchu pozdrawiał siostrę środkowym palcem. To było dziwnie egoistyczne uczucie. Bo w gruncie rzeczy najbardziej potrzebował właśnie tego. Przebaczenia może. Świadomości, że ona już go za to nie potępia. No bo skoro Helloise przestała go obwiniać, on sam również mógł wreszcie przestać to robić. Sumienie, które jeszcze kilkanaście minut temu gryzło go mocniej niż piegowaty, nagle ucichło. Zadowolone uznało, że dług został spłacony. Przez moment przyszło mu nawet do głowy, że chyba właśnie tak wyglądają przeprosiny między ludźmi, którzy naprawdę chcą zostawić coś za sobą. Bez licytacji win i wyciągania brudów. Jedno słowo z jednej strony, drugie z drugiej i sprawa przestaje istnieć. Nie miał wielkiego doświadczenia z podobnymi rozmowami. Na Ścieżkach łatwiej było dostać w nos niż usłyszeć zwyczajne przepraszam. Mimo to postanowił spróbować. Już otwierał usta, już zbierał w sobie odwagę na kilka niezręcznych słów, kiedy Helloise… po prostu popłynęła dalej. O Mateczko, ile ona gadała.
Maddox skrzywił się lekko, nie tyle z bólu, co z zakłopotania. Przez chwilę szukał w głowie czegokolwiek, co mogłoby zabrzmieć jak sensowna obrona tamtej bandy. Nie było tego wiele. Właściwie prawie nic. - Nie są tacy najgorsi. Zyskują przy bliższym poznaniu, trzeba ich tylko odrobinę zrozumieć. Sam nie był pewien, czy w to wierzy. Bardziej niż ich zachowanie próbował usprawiedliwić to, skąd się wzięło. Większość z nich nie pamiętała świata, który kiedykolwiek potraktowałby ich uczciwie. Dorastali, ucząc się, że jeśli sami nie ugryzą pierwsi, prędzej czy później ktoś ugryzie ich. Nie czyniło to z nich dobrych ludzi. Sprawiało jedynie, że ich okrucieństwo wydawało się mniej przypadkowe. I właściwie w cholerę z takimi przygodami. Wystarczyło jedno zdanie, żeby kącik jego ust drgnął w zupełnie inną stronę. Dobrze wiedział, co miała na myśli, choć próbowała się z tego wycofać niemal natychmiast. Wielkie panisko się znalazło. Jakby człowiek musiał mieć odpowiedni rodowód, żeby umieć składać połamane kości. Podrap bogacza, a wyjdzie dupek. Przez moment zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, po czym nabrał w dłoń garść sypkiego piasku zmieszanego z kurzem i bez większego zamachu cisnął nim w jej stronę. Bardziej z przekory niż z siły. Zresztą na nic więcej nie było go w tej chwili stać. - Powiedziałem, że się zna, nie że jest. Mruknął to z wyraźnym niezadowoleniem, po czym odwrócił wzrok. - Umyj uszy, jak masz problem…
Przyjął jej obietnicę bez słowa. Skinął tylko lekko głową, a ku własnemu zaskoczeniu naprawdę jej uwierzył. Nie potrafił powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że Helloise mówiła zbyt impulsywnie, żeby dobrze kłamać. Wszystko, co miała w głowie, prędzej czy później i tak wypływało jej na usta. Tacy ludzie rzadko bywali fałszywi. Parsknął od razu. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż śmiech wyrwał mu się z piersi pełnym głosem. Trwało to zaledwie kilka sekund, bo zaraz przerodziło się w gwałtowny kaszel, który przypomniał mu o poobijanych żebrach. Skrzywił się, złapał oddech i pokręcił głową z niedowierzaniem. Gangster. Piegusa gangsterem mogły nazywać co najwyżej ministerialne paragrafy. Do prawdziwego gangstera brakowało mu dobrej głowy wzrostu, kilku lat życia i przynajmniej tony charyzmy. - Mhm, gangster. Nie mógł się na nią dłużej gniewać, nie po takiej szczerej niewinności, wobec tego brudu Ścieżek. - Ura bura król podwóra. Zażartował sobie z kolegi zupełnie bez troski. Słuchał jej z wyraźnym zdziwieniem. Dziwnie było słyszeć, jak ktoś potrafi mówić o klątwie z takim zachwytem, splatając ją z pięknem magicznego świata. Dla Maddoxa wilkołactwo nigdy nie było fascynującym zjawiskiem. Było smutną codziennością. Uciążliwą i niebezpieczną. Zostawiało po sobie blizny, odbierało ludziom wolność, i spokojny sen. Nie dawało niczego, czego nie oddałby bez wahania. Słusznie zauważyła, że dla niego był to przede wszystkim problem. Z chęcią zamieniłby się z nią na życia. Mógłby zamieszkać w jej świecie, nosić do końca życia sukienki i zaplatać sobie warkocze. Byle tylko nie budzić się z myślą, że jest wilkołakiem. A jednak gdzieś pod tą całą niechęcią kryło się coś jeszcze. Miło było dla odmiany usłyszeć o hybrydach coś dobrego. Zwykłą, szczerą ciekawość i zachwyt. To było nowe. I zaskakująco przyjemne. Na jej ostatnie pytanie spojrzał na nią tak, jakby właśnie zaproponowała wspólny spacer po wybiegu Akromantuli. - Oszalałaś?! Nie było w tym złośliwości a bardziej szczere niedowierzanie. Przecież właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Nikt nie chciał być przy przemianie. On sam nie chciał przy niej być. A mimo to był na nią skazany od chwili narodzin. - Po pierwsze to boli jak cholera. Kości się łamią, mięśnie się… no boli w chuj! Podkreślił na koniec jeszcze mocniej by na pewno dotarło do panny ciekawskiej. - A po drugie, nie zawsze można się kontrolować. Tym razem powiedział już z odrobiną trwogi w głosie. Pokręcił lekko głową, wciąż nie mogąc uwierzyć, że naprawdę o to zapytała. Eliksir Tojadowy zostanie opracowany dopiero za parę lat, póki co przemiana podczas pełni wciąż była dla wilkołaków sporym problemem.