• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise

[27.09.1972] Everyone’s a stranger somewhere | Benjy, Geraldine, Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#21
08.11.2025, 19:25  ✶  

Być może można to było uznać za niepotrzebne, ale Geraldine nie zamierzała tego odpuścić. To, że znaleźli się w tym miejscu było ich wymysłem, no, może bardziej pomysłem. Tak, Benjy znał się na swojej robocie, ale nie oznaczało to wcale tego, że pozwoliliby mu być zdanemu samemu na siebie. Przyprowadzili go tutaj, byli obok, nie mogli mieć pewności, że tamta sytuacja się nie powtórzy, musieli czuwać i gwarantować wsparcie, jeśli będzie potrzebne.

Nie chodziło o to, że chciała podważać jego kompetencje, nie, wiedziała, że żadne z nich nie ma podobnego doświadczenia, był naprawdę świetnym klątwołamaczem, jednak nie oznaczało to, że zostanie tutaj pozostawiony sam sobie. Mieli poczekać, dać mu czas, żeby wszystko sprawdził, a gdy minie go zbyt wiele, gdy nie przyjdzie im się pokazać, lub się nie odezwie, że wszystko z nim w porządku, to będą mogli zareagować, wyciągnąć go stamtąd, jeśli pojawi się taka potrzeba. Całkiem proste rozwiązanie, które chyba mogło zostać uznane za kompromis. Nie będę mu wchodzić w drogę, gdy będzie dokonywał swojego rekonesansu, a oni będą wiedzieć kiedy ewentualnie mogą sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Prosty układ, zresztą miał dotyczyć tylko momentu, w którym coś  pójdzie nie tak, a póki co chyba nastawiali się na lepszą wersję.

Ostatnim razem iluzja pojawiła się ledwie po tym, jak znaleźli się w ogrodzie. Tym razem mogli podejść do domu bez żadnych rewelacji. Może faktycznie wtedy udało im się przerwać jakąś pętlę? Nie miała pojęcia, pewnie się tego dowiedzą, kiedy Benjy znajdzie się w budynku. Nie wątpiła to, że po tym czymś zostały jakieś ślady, być może nawet dowiedzą się jakichś konkretów, bo trudno jej było stwierdzić z czym dokładnie mieli wtedy do czynienia.

Ambroise oczywiście się z nią zgodził, nie żeby ją to zdziwiło, znała jego podejście na temat ryzyka, kiedy było potrzebne to je podejmował, tak jak i ona, jednak nigdy nie zostawiał swoich za sobą. Działali podobnie. - W porządku. - Mieli więc swój kompromis, Benjy nie kręcił nosem na ten czas, więc chyba nie było tak źle.

Wokół panowała praktycznie grobowa cisza, przez co każdy z ich kroków był bardzo wyraźnie słyszalny. Nie wydawało się Geraldine, że ktoś poza nimi znajdował się obok. Nie wyczuwała również żadnych bestii w okolicy, jednak jej zmysły nie reagowały na wszystko, duchy znajdowały się poza zasięgiem jej radaru, a i one mogły uznać ten dworek za atrakcyjny do zamieszkania.

Szła za nimi, na samym końcu tego korowodu, w ręce trzymała różdżkę, była gotowa do ewentualnego ataku, ale nie wydawało jej się, aby coś miało na nich wyskoczyć, przezorność jednak w przypadku takich miejsc była uzasadniona.

- Nawet trochę za bardzo spokojnie. - Odezwała się na słowa Fenwicka. Nie do końca ufała takim miejscom, cisza była bowiem dość ciężka, a spokój mógł być złudny.

Cisza została przerwana, zmrużyła oczy, aby zlokalizować źródło dźwięku, był przytłumiony. Nie do końca umiała go zweryfikować przez to, że nie był wyraźny. Benjy dość szybko stwierdził, że dochodził z piwnicy. W miejscach jak to zazwyczaj coś znajdowało się, albo w piwnicy, albo na strychu, nie wiedzieć czemu. - Przez to okno raczej nie dostaniemy się do środka. - Spojrzała na te malutkie okienko, żadne z nich nie dałoby rady się przez nie przecisnąć, trzeba było znaleźć wejście.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
10.11.2025, 20:27  ✶  
Wyjątkowo nie potrafił cieszyć się z tego, że postawił na swoim. Prawdę mówiąc, cała ta wyprawa od samego początku napawała go naprawdę mieszanymi uczuciami, nawet jeśli przecież był jednym z jej głównych inicjatorów. W obliczu ostrzeżeń wypowiadanych na głos przez Benjy'ego, to była dosyć...
...niefortunna świadomość. Czym innym było bowiem myślenie o potencjalnych plusach dokonywanego wyboru, mając na uwadze również wszystkie uświadomione minusy, ale nie słysząc ich aż tak wprost. Czym innym było natomiast rozważanie tego, czy przypadkiem nie powinni porzucić tej inicjatywy, zanim komuś przydarzy się coś złego.
Co prawda, Ambroise podzielał zdanie żony odnośnie tego, że klątwa najpewniej została zdjęta. Według jego logiki, w innym wypadku nie udałoby im się tak łatwo opuścić terenu posiadłości. Tym bardziej, że on był ranny i osłabiony, a przez to najpewniej wyjątkowo podatny na wpływy, natomiast Geraldine również nie znajdowała się wtedy w szczycie swojej psychofizycznej formy (kto byłby w niej po czymś, co najpewniej było opętaniem?).
Tymczasem udało im się wrócić do cywilizacji i nie cierpieć żadnych tragicznych konsekwencji, nie licząc jego zranionej nogi (może i trochę również dumy) i tego dziwnego wrażenia, w którym wtedy dopatrywali się, co prawda, działania przekleństwa albo rzuconej na nich klątwy, ale Florence bardzo skutecznie to wykluczyła. Oni również zresztą o wiele wcześniej przeszli do porządku dziennego z nową wersją łączącej ich relacji.
Gdyby cykl pętli nie został zakończony to...
...no właśnie...
...to co? W końcu nie wrócili tu później, żeby upewnić się, że wszystko wróciło do nieznanej I'm zresztą normy. Roise nie musiał być wprawionym klątwołamaczem, aby w tym momencie stwierdzić, że tak właściwie to nie zrobili niczego w celu zbadania swojej tezy. Po prostu założyli, że cykl został przerwany, a mógł tylko...
...przygasnąć? Zostać uśpiony?
Czy należało dopuszczać tę możliwość? Gdy tak się przelotnie zreflektował, doszedł do szybkiego, niekoniecznie przyjemnego wniosku, że mimo tamtego zimowo-wiosennego śledztwa, jakie prowadzili z Geraldine odnośnie ich sprawy, zupełnie nie wiedział, na jakiej zasadzie działały podobne zjawiska. Miał o nich bardzo mgliste pojęcie, w tym momencie bardzo mocno odczuwając swój własny brak kompetencji, bo...
...nie chciał nie tylko powtórki z rozrywki, prawda? Nie chciał niczego z tego, co było lekko prawdopodobne, z tego, co zrozumiał, ale na co wciąż istniały statystyczne szanse. Mimo to, rezygnacja z dalszej wędrówki również nie była dla niego zbyt dobrą opcją. Tu chyba po prostu nie istniało żadne szczególnie lepsze rozwiązanie.
W końcu, skoro podjęli ten cały wysiłek, fatygowali tu specjalistę i siebie, równie dobrze mogli przynajmniej spróbować doprowadzić sprawę do punktu, w którym byłoby względnie jasne i przejrzyste, czy powinni robić coś dalej. Szczególnie, gdy doszli do porozumienia.
Czterdzieści pięć minut brzmiało na tyle racjonalnie, że Roise kiwnął głową, podejmując drogę, tym razem za Benjym, który z wiadomych względów zaczął prowadzić całą ekspedycję.
Było...
...cicho i spokojnie, ale jego też niekoniecznie napawało to szczególnym entuzjazmem. Zdecydowanie wolał miejsca, w których dało się dostrzec oznaki życia. Świergot ptaków, odgłosy natury, szum wody. Tu było wyjątkowo bezgłośnie.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo zapeszał w momencie, gdy myślał, że coś jednak mogłoby przerwać otaczający ich bezgłos. Moment później odezwał się bowiem ten...
...ten...
...jęk? Zawodzenie? Niemalże nieludzki jazgot przeszywający uszy i napełniający ciało niepokojem.
- Poprzednio tak nie było - informacja, jaką obdarzył ich przyjacielskiego klątwołamacza też nie należała do zbyt odkrywczych, ale razem mieli już coś na kształt sensownego zarysu sytuacji.
To było nowe, niespodziewane i dochodziło gdzieś z wnętrza za przysypanym piwnicznym okienkiem, przez które, jak słusznie zauważyła Rina, żadne z nich za cholerę nie mogłoby się przecisnąć, nawet gdyby z jakiegoś powodu chciało iść tam same.
A Ambroise niespecjalnie miał ochotę rozdzielać się teraz z kimkolwiek ani komukolwiek pozwalać na samodzielne badania. Byli tu razem, więc szli razem. W...
- ...prawo? Wygląda na to, że budynek wzdłuż prawej ściany kończy się trochę szybciej, może znajdziemy jakieś zewnętrzne schody? - Zasugerował, rzucając nieprzekonane spojrzenie w kierunku głównego wejścia, którym też mogli podążać do budynku, szukając zejścia, ale on osobiście chyba wolał spróbować znaleźć jakieś bezpośrednio prowadzące pod ziemię.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#23
11.11.2025, 18:14  ✶  
Spokój tego miejsca był niemal podejrzany. Stałem na wilgotnej trawie, wdychając ciężkie, jesienne powietrze, które przesiąkło zapachem ziemi i gnijących liści. W oddali, na tle zsiniałego nieba, zarys nawiedzonej niegdyś posiadłości wydawał się mniej złowrogi, niż zapamiętałem. Nie lubiłem wracać w te okolice. Sam widok drzew na skraju miasteczka budził we mnie coś między niepokojem a niechęcią - pamięć zapachu dymu, skrzypienia starych podłóg, zbyt wielu szeptów z przeszłości, które wciąż nie ucichły. Teraz jednak, stojąc przed dawną posiadłością, z którą nigdy nie miałem osobistych doświadczeń, ale która wciąż była mi w pewien sposób znana z historii krążących po okolicy, czułem, że otoczenie było inne, cichsze, niż zazwyczaj w takich przypadkach, jakby przeszłość wreszcie pozwoliła temu miejscu odetchnąć. Powietrze wokół było chłodne, ale nieruchome, czasem wiatr przesuwał się po suchych liściach, które zalegały na ścieżce prowadzącej do frontowych drzwi - tak delikatnie, że brzmiało to niemal jak szept, jakby dom chciał coś powiedzieć, ale nie miał już głosu.
Pierwsza wieczorna mgła przetaczała się po polanie, ale nie miała w sobie tej lepkiej, chorobliwej gęstości, która wywoływałaby niepokój. Pachniało zwyczajnie - ziemią, korą, rozkładem biomasy, czymś staroświecko ludzkim. Machnąłem różdżką kilka razy, z przyzwyczajenia bardziej niż z potrzeby - ujawniło to jedynie resztki energii, rozmyte echa dawnego zaklęcia. Byłem coraz bardziej przekonany, że spokój, który teraz spowił te tereny, był - w miarę możliwości - dobry. Pozostałości zamigotały w powietrzu bladym światłem, po czym zgasły, rozpraszając się. Powidoki, które pojawiły się wcześniej, po pierwszym teście, przy początku trawnika, również zbladły, rozpłynęły się jak mgła w słońcu - to też był dobry znak.
- Cósz. - Mruknąłem sam do siebie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby rozmowy. - Wygląda na to, sze tym lasem naplawdę jest po wszystkim. - Słynne ostatnie słowa.
Właśnie wtedy to się stało - z głębi domu, z samego wnętrza ziemi, dobiegł dźwięk. Nieludzki, przeciągły. Zamarłem, czując, jak każdy włos na karku staje mi dęba. Nie był to skrzyp starych desek ani jęk wiatru przeciskającego się przez szpary. Od razu obróciliśmy się w stronę piwnicznego okienka. Geraldine miała rację - nawet gdybyśmy chcieli, nie byłoby, jak tam wejść. Było zasypane, wąskie, a i ja nie zamierzałem się wpychać w dziurę, w której ledwo zmieściłby się kot. Nawet dziecko by się tam nie przecisnęło, a co dopiero my. Uniósłem brwi, spojrzałem na nią przez ramię, powoli, z tym półuśmiechem, który pojawiał się, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Och, a jusz miałem plóbowaś. Wiesz pszeciesz, sze lubię, jak jest ciasno. - Odparowałem, starając się rozluźnić atmosferę, jak zwykle, gdy była za gęsta. - Dobla, niech będzie. - Mruknąłem, przyglądając się bocznej ścianie domu. Wszyscy mieliśmy podobne ambicje wobec tej wizyty, więc warto było spróbować. - Jeśli coś tam siedzi, wolę wiedzieś, co to takiego.
Ruszyliśmy wzdłuż omszałego muru, liście i żwir pod butami szeleściły zbyt głośno, a w oknach odbijał się nasz ruch - trzy sylwetki i nic więcej, na szczęście. Po chwili dostrzegłem coś, co mogło być zejściem, osadzone nisko przy gruncie, niemal wrośnięte w ziemię. Gdy tylko załapałem kątem oka rdzewiejące drzwi prowadzące w dół, wskazałem je głową.
- Tam. Mose to nasz szczęśliwy tlaf. - Powiedziałem, chociaż nie brzmiałem przekonująco. Schodki, które do nich prowadziły, były przysypane, ale dało się po nich zejść. Podniosłem różdżkę, jeszcze zanim zaczęliśmy schodzić, celując w starą, pordzewiałą klamkę. - Odsuńcie się tlochę. - Powiedziałem, zerkając na nich przez ramię, podszedłem bliżej i wykonałem krótki gest w powietrzu - zaklęcie testujące pułapki, klamka drgnęła, ale nic nie eksplodowało, nic nie zasyczało. Światło błysnęło krótko, a potem zgasło, czysto, żadnych pułapek, żadnych śladów klątwy.
- Ok. - Wziąłem oddech, przenosząc ciężar ciała do przodu i robiąc kilka kroków w dół, po schodkach. - Splóbujmy.
Nacisnąłem klamkę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
11.11.2025, 21:30  ✶  

Geraldine nie znała się szczególnie na klątwach. To nie były dziedziny, które ją najbardziej ciekawiły. Od najmłodszych lat miała raczej jasno ukierunkowane zainteresowania. Miała sporo szczęścia, bo odnalazła się w swoim rodzinnym dziedzictwie. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby zajmować się czymś innym. Być może miała przez to braki w innych magicznych obszarach, ale nie przejmowała się tym jakoś szczególnie. Nie dało się być przecież specjalistą w każdej dziedzinie.

Wydawało jej się, że ostatnio nie poradzili sobie tutaj najgorzej. W końcu wyszli stąd o własnych siłach, nikomu tak naprawdę nic się nie stało, no poza tą uszkodzoną nogą Ambroise'a, ale to i tak nie było, aż tak źle. No, do tego wtedy coś w nich jebło, a raczej otworzyły im się oczy na siebie nawzajem, z początku to też uznali za klątwę. Nie udało im się do końca wyjaśnić o co właściwie chodziło z tym dziwnym, bardzo silnym uczuciem, które ich tutaj połączyło, tą więzią, to znaczy, nie udało im się tego ustalić przez wiele lat, bo zmieniło się to w tym miesiącu. Rychło w czas.

Wrócili do dworku na oględziny, bo skoro stwierdzili, że dobrym pomysłem będzie zakup akurat tej nieruchomości to warto było zaangażować kogoś, kto znał się na klątwach bardziej od nich, na szczęście mieli pod ręką wyjątkowego specjalistę, nie miał nic przeciwko temu, by im towarzyszyć. Mogli zdać się na niego. Nie musieli korzystać ze swojej bardzo ubogiej wiedzy na temat klątw.

Miejsce wydawało się być spokojne, jakby faktycznie, to co w nim mieszkało kiedy ostatni raz tutaj byli zniknęło - przynajmniej częściowo. Okolica była cicha, może nawet nieco zbyt cicha, a może to aura tej rezydencji powodowała, że wszystkie odgłosy gdzieś się rozmywały.

Skoro Benjy stwierdził, że było po wszystkim... to chyba nieźle wróżyło. Nie warto było jednak chwalić dnia przed zachodem słońca, czyż nie? Właśnie mieli się o tym przekonać.

- Było inaczej, tak. - Skomentowała jeszcze słowa męża. Jakże byli zgodni. Poprzednio nie było tak, tylko inaczej. Naprawdę świetnie sobie radzili z opisywaniem tego, co ich wtedy spotkało. Faktycznie ostatnim razem nie było słychać w dworku takich dziwnych dźwięków, lamentu... wtedy wszystko wydawało się być ułożone i idealne, nic nie wzbudzało ich podejrzeń, zresztą, jak niby miałoby wzbudzać, skoro znajdowali się w jakimś dziwnym transie. Teraz czuła, że nadal tutaj byli i ciałem i duchem.

Prychnęła, gdy usłyszała słowa Fenwicka. - Wolałabym jednak nie wnikać w Twoje upodobania. - Najwyraźniej byli zgodni co do tego, że nie warto było tym razem wchodzić oknem... mogło się to zakończyć niekoniecznie najlepiej.

- Więc chodźmy. - W prawo, jak stwierdził Ambroise, nie miała ku temu żadnych obiekcji.

Dźwięk nie ucichł. Co jakiś czas lament znowu się odzywał, gdy zbliżali się od drugiej strony wydawał się być coraz głośniejszy. Najwyraźniej szli w dobrym kierunku, to był jakiś sukces, prawda?

Dotarli do zejścia, najpewniej właśnie do piwnicy. Oczywiście, że się odsunęła, kiedy ich o to poprosił, nie miała zamiaru przeszkadzać mu w pracy. Benjy wykonał jakieś swoje tajemne sztuczki. Geraldine przyglądała się temu z pewnym podziwem, dobrze było widzieć profesjonalistę podczas pracy. Poczekali, aż skończy, wtedy mogli mieć pewność, że nic im nie groziło.

Fenwick zakończył te swoje czary-mary, a później nacisnął klamkę od drzwi, które prowadziły do piwnicy. Mogli tam wejść. Geraldine nadal znajdowała się na samym końcu ich korowodu. Piwnica - jak to piwnica. W powietrzu można było wyczuć zapach stęchlizny i wilgoć. Schody po których schodzili były uszczerbione, warto więc było spoglądać pod nogi. Geraldine sięgnęła po różdżkę, by nieco ułatwić sobie poruszanie się w ciemnościach.

Gdy znaleźli się w środku, lament zaczął brzmieć coraz bardziej wyraźnie, można było odróżnić kilka różnych tonów, nie miała pojęcia, co tam znajdą, ale gotowa była właściwie na wszystko.

Dość szybko zrozumieli, że nie był to żaden nadprzyrodzony byt, a kocia mama ze swoimi dzieciakami, która najwyraźniej potrzebowała ludzkiego towarzystwa, a może drobnej pomocy, bo przy pierwszym liczeniu udało im się naliczyć, aż siedem kociąt. Dużo, a jeszcze kocia mama.

Geraldine nie miała pojęcia, jak to możliwe, że po raz kolejny na drodze jej i Fenwicka pojawiło się zwierzę w potrzebie, nie skomentowała tego nawet, ale wiedziała, że będzie musiała uważać. Być może ich trójka wyglądała na ludzi, którzy mogli bez momentu zawahania dać w zęby komu trzeba, jednak nie byli w stanie przejść obok zwierząt w potrzebie, mieli za miękkie serduszka. Po chwili dyskusji jasne było, że ich tak nie zostawią samych sobie. Zabrali więc ich kocie demony ze sobą, poupychali sobie do kieszeni, by zwierzaki czuły się bezpiecznie. Mężczyźni mieli jakiś pomysł co z nimi zrobią, bo wspominali coś o kocim azylu, przynajmniej nie skończą z kolejnym zwierzakiem w swoim własnym domu, nie była jednak przekonana, czy Benjy nie zabierze jednego z nich, patrzył na niego w ten sposób i wiedziała, co to oznacza. W sumie spowodowało uśmiech na jej twarzy, bo nie chciał wziąć psa, jeszcze dwa tygodnie temu, a teraz najwyraźniej zmienił zdanie, co do posiadania pupila, wiedziała, że to wiąże się z czymś więcej. Opuścili dworek, na pewno zamierzali jeszcze tutaj wrócić, być może żadne stworzenia w potrzebie wtedy nie odwrócą ich uwagi.



Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4829), Benjy Fenwick (4427), Geraldine Greengrass-Yaxley (4057), Pan Losu (29)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa