• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[3/1959] You don’t like me, but you’re still here | Aloysius, Prudence

[3/1959] You don’t like me, but you’re still here | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
01.12.2025, 23:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 14:42 przez Benjy Fenwick.)  
Chrząknąłem tylko raz, nawet nie po to, żeby zwrócić jej uwagę, raczej żeby ją sprowokować, ale oczywiście udawała, że tego nie słyszy - jej perfekcyjna gra. Nie spojrzała w moją stronę - udawała, że płomień jej świecy jest bardziej interesujący niż ja. Udawała, że moje słowa do niej nie trafiają. Udawała, że jej nie obchodzi. Udawała, że moje istnienie to tylko irytujący hałas w tle. A przecież widziałem, jak drgnęła, kiedy użyłem słowa „zawsze”, odpaliłem jej w głowie całą rolkę wspomnień, do których żadne z nas nie powinno wracać. Skąd to wiedziałem? Mnie też dopadły - wracała w głowie do tego samego, do czego ja wracałem, kiedy zamknąłem oczy na ułamek sekundy.
- Znam. A ty znasz takie pojęcie jak „odpowiedź na temat”? - Odbiłem automatycznie. Tak, byłem większy, chodziłem szybciej, robiłem większe kroki, ale ta rozmowa nie była o krokach, nie do końca, nie była też o wyścigu. Była o tym, że nigdy nie byłem daleko, chociaż udawałem, że jest inaczej, nasze ścieżki nieustannie się przecinały, nawet jeśli swobodnie mogłem ją wyprzedzić, i ona doskonale o tym wiedziała, gdzieś tam pod skórą na pewno, po prostu gardziła tą myślą - sugestią, że mogło być inaczej.
Dwa lata przyjaźni.
Najbardziej realne dwa lata mojego życia.
Bałwany, które budowaliśmy na błoniach, zanim zaczęliśmy zachowywać się jak dwa psy na krótkich łańcuchach.
Pamiętałem, jak siedzieliśmy nad jeziorem, jej nogi w trawie, moje ręce wyjęte z kieszeni, bo zawsze coś jej podawałem, guzik, kamień, liść. Ona udawała, że tego nie chce, a potem chowała wszystko do tej swojej maleńkiej kieszonki.
Małe, głupie rzeczy. Rysunek smoka. Magiczny kamyk. Miniaturowy kompas, który wskazywał najbliższy kominek.
Śnieg na jej włosach.
Zimne policzki.
Yule.
Dwa lata z rzędu.
Jezioro.
Błonia.
Te durne listy na początku trzeciego roku - krótkie, idiotyczne, zostawiane w podręcznikach, żeby chociaż raz zobaczyć jej mikro uśmiech.
A potem?
Potem zaczęliśmy udawać, że nic nigdy się nie wydarzyło.
Kiedy więc powiedziała, że wie, gdzie w moim mniemaniu, w moich oczach, jest jej miejsce, coś mnie ścięło, nie złością, bardziej tym, że tak cholernie się myliła. Podniosłem głowę powoli, zbyt powoli.
- Wiesz? - Powtórzyłem, testując to słowo na języku, chociaż tego nie potrzebowałem. Jej „to źle myślałeś” rzucone tak na przekór, tylko po to, żeby mi zaprzeczyć, jak zawsze, to była czysta Prudence, gdyby mogła, zaprzeczyłaby nawet własnemu imieniu, żeby tylko zrobić mi na przekór. Patrzyła w płomień, jakby próbowała w nim znaleźć jakieś odpowiedzi, których ja nigdy nie dawałem. Prychnąłem, ale nie dlatego, że było to śmieszne, raczej dlatego, że było zbyt blisko czegoś, czego nie chciałem dotykać.
- Chcesz, żebym powiedział, co o tobie myślę? - Zapytałem powoli. - Proszę bardzo. Myślę, że gadasz głupoty. - Przygryzłem policzek od środka, zanim powiedziałbym za dużo, ona miała dar otwierania drzwi, które zamknąłem dawno temu. - Słyszałem różne pieprzenia w życiu, Bletchley. - Powiedziałem cicho. - Ale to? To jest chyba największa bzdura, jaką kiedykolwiek z siebie wypuściłaś. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, nie spojrzałem na nią, bo to byłoby zbyt czytelne. Przewróciłem nożyk w dłoni i uniosłem brew, gdy rzuciła o dziewczynach i „głupich gęsiach”. No, pewnie, dobrze wiedziała, jak działał ten świat - widziała, jak reagowały na mój uśmiech, jak starały się przyciągnąć uwagę. A ona? Ona nigdy nie musiała nic robić, nigdy, wystarczyło, że była, dopóki nie przestała. Było coś w jej głosie coś znajomego - coś, co słyszałem kiedyś, zanim zaczęliśmy udawać, że nie potrafimy się już lubić. Odchyliłem się lekko i przesunąłem wzrokiem po jej dłoniach, po jej ramionach. Jej dłonie zacisnęły się na blacie, aż paznokcie wbijały się w drewno, zamrugałem, przez sekundę pokój jakby zamarł.
Odwróciłem wzrok, udając, że interesuje mnie moje własne dłubanie.
Cholerne drewno.
Cholerna ona.
Cholerne wspomnienia, które wracały dokładnie wtedy, kiedy najmniej ich chciałem, i wtedy... To jedno zdanie trafiło we mnie jak zaklęcie bez inkantacji. Odłożyłem nożyk, powoli.
- Nie wszyscy odchodzą, Pruey. - Powiedziałem cicho, zanim zdążyłem się ugryźć w język, to nie miało paść - nie tak, nie teraz, ale już padło, między nami, ciężkie, prawdziwe, niepasujące do naszej gry. - Nie wszyscy. -  Powtórzyłem, już chłodniej, żeby zamaskować to pierwsze. - Tylko ci, którym przestaje zależeć. - Wiedziałem, że ona usłyszy w tym coś innego niż chciałem pokazać, ale nie mogłem inaczej, nic by to już nie zmieniło - nie mogłem jej powiedzieć, że przecież zostałem, nadal tu byłem. Nożyk znów znalazł się między moimi palcami, musiałem czymś zająć ręce, zanim powiedziałbym coś głupszego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
02.12.2025, 01:20  ✶  

- Nie, nie znam. - Po raz kolejny odezwała się tylko po to, żeby usłyszał coś, co nie było prawdą. Ciągle robiła wszystko na przekór, w jego towarzystwie przychodziło jej to całkiem naturalnie, chociaż normalnie nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się dostosowywać. Jemu jednak nie mogła ulec, czuła to gdzieś pod skórą, nie mogła mu przytaknąć, musiała walczyć - zawsze.

Wiedziała o tym, że zawsze znajdował się gdzieś obok, chociaż tego nie chciała i chciała jednocześnie, to było popaprane i właśnie przez to musiała reagować w ten sposób, walczyć z tym, ze sobą, z nim, ze słowami, czasem miała wrażenie, że wręcz z całym światem, który się z niej naśmiewał, to wcale nie było takie proste.

Nadal miała niewielkie pudełko, ukryte w ostatniej szufladzie, w jej rodzinnym domu, w którym trzymała wszystkie rzeczy które od niego dostała. Nie potrafiła się ich pozbyć, tak właściwie to była pewna, że i te dzisiejsze zapałki trafią do tego pudełka, dołączą do liści, kamyków i innych przedmiotów, które wiązały się z nim, które były wspomnieniami bardzo skrupulatnie zbieranymi, nie miała pojęcia, czy kiedyś będzie w stanie wyciągnąć z nich coś więcej, wrócić do tych momentów, kiedy byli niewinnymi małolatami, które łaknęły swojego towarzystwa, zbierała je na wszelki wypadek, bo może kiedyś najdzie ją ochota, aby do tego wrócić chociaż na moment, na krótką chwilę.

Przed nim musiała jednak udawać, że to, co było wtedy nie miało znaczenia, bo czy faktycznie miało? Liczyło się przecież tu i teraz, a teraz? Byli ciągle gotowi skakać sobie do gardeł, i wypadało się z tym pogodzić, chociaż to wcale nie było takie łatwe. Zdecydowanie wolałaby to zawsze, które padło z jego ust, chociaż nie powinno.

- bo to pierwszy raz? - Miała wrażenie, że ciągle udowadniał jej, że się myliła, że nie miała racji, to nie było nic nowego. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co o niej myślał, a te słowa, które padły z jego ust były tego potwierdzeniem.

- Skoro to bzdura, to może mnie oświeć, podziel się prawdą. - Uniosła nieco ton głosu, chociaż nie powinna tego robić, powinna była korzystać z tego chłodnego tonu, który miała przygotowany specjalnie dla niego, korzystała z niego tylko kiedy dochodziło między nimi do spięć, nigdy się nie zwracała do nikogo w taki zimny sposób, wypracowała to specjalnie, z jednego, jedynego powodu. Musiała udawać, że nie rusza ją to, co miał jej do powiedzenia, tym razem jednak nie udało jej się zachować pozorów, sprowokował ją. Nie miała pojęcia dlaczego tak łatwo udawało mu się ją wyprowadzać z równowagi, a może wiedziała, i to denerwowało Prue jeszcze bardziej, nie była w stanie się przy nim kontrolować, a kontrola była dla niej naprawdę ważna.

Nie potrafiła pozbyć się sprzed oczu widoku tych wszystkich wspomnień, czasem w środku nocy, kiedy nie mogła zasnąć zastanawiała się nad tym, co by było, gdyby nie przestali wtedy ze sobą rozmawiać, gdyby nadal wymieniali ze sobą chociaż te listy, które może były namiastką tego, co mieli wcześniej, ale jednak powodowały, że nadal ze sobą rozmawiali. Teraz nie było już niczego, poza skakaniem sobie do gardeł. Szkoda, i najgorsze, że naprawdę jej było tego szkoda. Przełknęła głośno ślinę, na ustach poczuła smak goryczy.

- Dzięki za to, że mnie w tym uświadomiłeś. - Zabolały ją jego słowa, bardzo celnie trafiły w to miejsce, które chyba nie zdążyło się do końca zabliźnić. Zrozumiała aluzję, zrozumiała sugestię, przestało mu zależeć, dopiero teraz wszystko zaczęło wydawać się jej całkiem logiczne. Nagle zaczął mieć ją gdzieś, po tych dwóch, wspólnie spędzonych latach, dniach, tygodniach, kiedy razem plątali się po zamku, dziesiątkach wymienionych listów. Odchodzili Ci, którym przestawało zależeć, bardzo proste i dosadne to było przesłanie. Przymknęła na moment oczy, aby uspokoić emocje, które zaczynały rozdzierać ją od środka, nie mogła dać po sobie poznać, że uderzył w nią tak celnie, że bardziej się nie dało.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
02.12.2025, 14:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 14:41 przez Benjy Fenwick.)  
Przez chwilę słuchałem jej ciszy - tej, którą ona zawsze traktowała jak tarczę. Udawała, że moje słowa odbijają się od niej, ale widziałem, co dzieje się pod spodem, zawsze widziałem, może dlatego nigdy nie potrafiłem na to nie patrzeć. Byłem za dobry w czytaniu Prudence Bletchley i za kiepski w robieniu z tym czegokolwiek sensownego. I kiedy odpowiedziała „nie, nie znam”, nawet się nie zdziwiłem, to było jej zagranie - odpowiedzieć kłamstwem tylko po to, by nie oddać mi ani cala przestrzeni. W tej chwili, kiedy rzuciła mi to w twarz takim tonem, jakby mówiła „odczep się”, słyszałem pod spodem coś zupełnie innego. Słyszałem „nie zamierzam ci przyznać racji, nigdy, bo jeśli przyznam, to przegrałam”. Tylko że ona nie rozumiała jednego - nie zawsze chciałem, żeby ze mną przegrywała. Wcale nie chciałem mieć ją zawsze pod nogami, nie zamierzałem wygrywać tych potyczek, które sama prowokowała. Ja chciałem tylko, żeby do mnie wróciła, kiedyś, kiedy jeszcze było można. Przy kimkolwiek innym przyznałaby rację bez walki, ale przede mną musiała walczyć, choćby o najmniejszą drobinę przewagi, nawet jeśli ta walka polegała na wypowiadaniu zdań, w które sama nie wierzyła. Była chodzącym słownikiem metafor, symboli, rytuałów i wszystkiego, co wymagało myślenia bardziej skomplikowanego niż przeciągnięcie nożyka po drewnie, ale musiała odpowiedzieć wbrew sobie i logice, musiała się postawić, musiała mieć ostatnie słowo, choćby było kłamstwem tak przezroczystym, że aż świeciło w półmroku.
Chciałem się z nią pogodzić - oczywiście, że chciałem. Przecież o to chodziło przez cały ten czas - żeby przestać się z nią kłócić, przestać udawać, że nic mnie nie obchodzi, przestać napinać mięśnie, kiedy przechodziła obok, ale nie mogłem. Nie wtedy, nie nigdy. Sztywniałem wewnątrz, jak zawsze, gdy próbowałem powiedzieć coś, co nie pasowało do mojego tonu. Odruch, wyuczony jak zaklęcie. Zamiast odpuścić - atakowałem, to było prostsze. Znany schemat. „Ugryź, zanim cię ugryzą.” Zabawne, jak bardzo potrafiła mnie doprowadzać do gotowości bojowej jednym krótkim słowem, jeszcze zabawniejsze było to, że mi się to podobało - nikt inny nie potrafił we mnie tak uderzyć, dokładnie w to miejsce, którego nie pokazywałem nikomu, ona trafiała zawsze, i to bez patrzenia na mnie. Patrzyłem, jak wpatruje się w świecę z taką determinacją, jakby płomień miał jej zapewnić bezpieczeństwo przed mną. Takie głupie, a takie typowe dla niej - udawać, że mnie nie widzi, kiedy byłem jedyną rzeczą w tym pomieszczeniu, której naprawdę nie mogła ignorować. Udawała, że skupia się na tych cholernych knotach, jakby były najważniejszym punktem w tej sali, ale widziałem, jak napinała ramiona za każdym razem, kiedy mówiłem, jej szyja drżała przy drobnych, krótkich oddechach, próbowała udawać, że moje chrząknięcie to tylko dźwięk, a nie impuls, który szarpał nią od środka.
A ja… Cóż. Ja robiłem dokładnie to samo - najpierw bezczelnie na nią patrzyłem, potem udawałem, że jej nie zahaczam spojrzeniem, że tylko kątem oka sprawdzałem, jak wysoko paliła się ta jej świeca, byle tylko nie przyznać, że próbuję odczytać jej profil z odbicia w szkliwie jakiejś talizmanicznej tabliczki na ścianie.
Ona też pamiętała, mogła udawać, ale pamiętała, nawet jeśli teraz udawała, jak bardzo nie miało to znaczenia, i że wszystko, co było tamtego lata, zimy, na błoniach, w pociągu, nad jeziorem - to coś, co przestało istnieć tak samo jak dzieci, którymi wtedy byliśmy. Gdy byliśmy młodsi, potrafiłem dostosować krok do jej kroku, zwalniałem, zatrzymywałem się, kiedy ona się zatrzymywała, chociaż nikt na świecie nie wmówiłby mi, że robiłem to dla kogokolwiek innego. Teraz - teraz tylko przyspieszałem, żeby nas dzielił dystans, którego nie da się przeskoczyć, ale jej odpowiedź wywołała coś innego, czego nie spodziewałem się po sobie - ból. Tępy, głupi ból, który nosiłem od dawna i o którym nie mogłem jej powiedzieć, bo to ja się od niej odsunąłem. Nie dlatego, że chciałem, dlatego, że musiałem, a ona nigdy nie miała się tego dowiedzieć. Mój palec przesunął się odruchowo po bliźnie przy wardze - tej, której nikt nie widział, dopóki nie podszedł wystarczająco blisko. Kazano mi się odsunąć, kazano mi przestać się z nią widywać, pisać, zostawiać cokolwiek w jej torbie, kazano mi zamknąć usta, kazano mi udawać, że jej nie znam, nie szanuję. A kiedy pokazałem, że zamierzam robić po swojemu, dostałem pięścią w twarz. Nie spadłem wtedy z miotły, jak wszystkim powiedziałem. Stanął nade mną z tą swoją pieprzoną manierą, że wszystko wie lepiej, „Rookwoodowie nie bawią się w uczucia, my tworzymy sojusze”, a ja zrozumiałem, że coś się kończy. Nie powiedział mi „zerwij z nią kontakt”, nie użył tego sformułowania, ale jego dłoń na mojej twarzy i różdżka na gardle była wystarczająco jasnym komunikatem. Nie musiał mówić zbyt wiele, żebym zrozumiał. A ja, jak cholerny idiota, zrobiłem dokładnie to, czego chciał - odciąłem ją, bez słowa, bez wyjaśnienia, bo tak mnie nauczono - uczucia nie były zaletą, były słabością albo walutą. A Prudence Bletchley… Była uczuciem. Od początku. Przyjacielskim i ciepłym, trochę innym, bardziej miękkim i subtelnym, gorzkim, nerwowym, zimnym, jadowitym, smutnym, pełnym gniewu, żalu - wieloma na raz.
Nie mogła wiedzieć, że przez tydzień nie mogłem na nią patrzeć nie dlatego, że jej nienawidziłem, tylko dlatego, że każde spojrzenie przypominało mi o tym, jak łatwo można złamać coś, czego się nie potrafi naprawić. Potem rzeczywiście byłem wredny, naprawdę wredny. Miałem wtedy piętnaście lat, może trochę więcej, i wszystko, co we mnie zostało, to była furia, i ta głupia, dziecinna satysfakcja, że ją zabolało, skoro mnie też bolało. Potem mi przeszło, przynajmniej tak myślałem. Zamieniłem wrogość na coś perfidnie naszego, chłodniejszego, wygładzonego. Na uwagi, złośliwe półuśmiechy, na złudzenie, że to już nic nie znaczy, ale nic nie znaczyło tylko wtedy, kiedy jej nie było.
Jak mógłbym jej wytłumaczyć, że chciałem dobrze, że chciałem ją ochronić przed wszystkim, co we mnie było popsute? Jak mógłbym jej przyznać, że nigdy nie byłem dla niej bezpieczny? Poraniłem innych ludzi, raniłem się z nimi chwila po chwili, nieustannie. To nie było dobre, ale właśnie tak było.
Dlatego byłem kretynem - dlatego wbijałem jej słowa jak ostrza, bo w przeciwnym razie musiałbym przyznać, jak bardzo nadal chciałem spróbować coś naprawdę naprawić.
Głos jej się łamał pod tą powierzchnią, ale wiedziała, jak to maskować. Zawsze w tym była dobra, wyćwiczona, przy innych, tylko ja pamiętałem wersję Prue sprzed maski - tę, która zrzucała śnieg ze swoich włosów i robiła przy tym minę. Tę, której ręce drżały od mrozu, a ja udawałem, że nie widzę, a potem owijałem jej szyję swoim szalikiem. Tę, która nie gubiła rzeczy, ale gubiła palce w moich włosach.
Dlatego zareagowałem tak, jak zawsze - atakiem, sztywnością, zimnem.
Uniósłem głowę ostrzej, niż zamierzałem, może nawet za ostro. Prudence podniosła ton głosu - pierwszy znak, że coś naprawdę w nią uderzyło.
- Tak, pierwszy raz. - Słowa wyszły bardziej chropowato, niż tego chciałem. - Pierwszy raz, kiedy jakiekolwiek twoje założenie trafiło tak daleko od prawdy, że aż zrobiło się żałosne. - Oparłem się o blat, splótłszy dłonie na nożyku. Płomień jednej ze świec odbijał się w jego ostrzu, rozdzielając światło na cienkie, drżące linie, czasem wydawało mi się, że cała nasza relacja wyglądała właśnie tak, jak światło odbite od ostrza - ostre, nie do uchwycenia, ale ciągle wystarczająco blisko, żeby mogło przeciąć skórę.
Sprowokowała mnie świadomie, chciała wbić palec w ranę, nawet jeśli nie wiedziała, że tam jest, a ja, jak ten najgłupszy z głupich, prawie na to poszedłem. Czułem, jak we mnie rośnie to stare, paskudne coś - ta potrzeba, żeby powiedzieć jej wszystko, rzucić to na stół, między świeczki, między trociny i popękane drewno, by przestać udawać. Chciałem jej odpowiedzieć - chciałem powiedzieć, że prawda była bardziej skomplikowana niż jej przekonania, ale język przykleił mi się do podniebienia, jak zawsze, kiedy chodziło o coś, czego nie mogłem powiedzieć.
Jej słowa o odchodzeniu uderzyły we mnie mocniej, niż powinny. Zacisnąłem zęby, nikt w Hogwarcie nie miał pojęcia, ile razy słyszałem podobne zdania - od rodziny, od kuzynów, od ludzi, którzy twierdzili, że Rookwoodowie nie przywiązują się do nikogo, może dlatego najbardziej mnie to wkurzyło, że padło właśnie z jej ust. Ona myślała, że odszedłem, bo mi przestało zależeć, byłem jednym z tych, którzy po prostu odchodzą, bo stracili zainteresowanie, wybrałem inne towarzystwo, inne życie, inne rozmowy. Nie wiedziała, że każdego dnia, kiedy ją mijałem, czułem się jak zdrajca, a każde słowo, jakie do niej kierowałem, brzmiało jak półprawda, bo nie mogłem dać jej nic więcej. Zamiast „chronić”, wyszło jak zwykle „krzywdzić”.
„Ludzie zawsze odchodzą.”
Chciałem odpowiedzieć. Chciałem powiedzieć: Nigdy nie przestało mi zależeć, nigdy, „to nie było tak, jak myślisz”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Przełknąłem je jak truciznę, bo raz już próbowałem się wychylić i skończyło się tak, że nie mogłem nawet dotknąć jej ramienia bez ryzyka, że znowu za to zapłacę. Chciałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina, że ja…
„Dzięki za to, że mnie w tym uświadomiłeś”
uderzyło we mnie tak, jak samo zaklęcie Confringo. Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo to jedno zdanie rozcięło we mnie więcej, niż miało prawo.
- Prawda, Bletchley? - Odparłem lodowato. - Prawda jest taka, że jesteś mistrzynią dopisywania sobie historii i potem karania ludzi za to, że nie pasują do twojej wersji. To nie ja cię uświadomiłem. Ty sama zrobiłaś sobie z tego całą operę. Ty naprawdę myślisz, że mnie znasz? - Syknąłem. - Że masz wgląd w mój łeb, bo kiedyś razem zbieraliśmy pierdolone liście nad jeziorem? - Przysunąłem się do brzegu stołu, na tyle, by spojrzeć na nią wprost. Prawda była taka, że walczyliśmy z rzeczy, które powinniśmy byli zostawić w spokoju dawno temu.
Wstałem, nożyk zamknąłem jednym ruchem i schowałem do kieszeni.
- Nie muszę cię w niczym uświadamiać, Bletchley. - Powiedziałem jeszcze chłodniej, stłumionym tonem. - Jesteś wystarczająco dobra w ranieniu samej siebie swoimi irracjonalnymi oczekiwaniami, że ten świat kiedykolwiek będzie miły.
Nie obejrzałem się, ruszyłem do drzwi szybkim krokiem, jak ktoś, kto wie, że jeśli zawaha się choćby o sekundę, zrobi coś, czego nie ma prawa zrobić. Drzwi trzasnęły za mną - mocno, za mocno, dopiero wtedy - poza pomieszczeniem, poza jej zapachem świec, poza tym wszystkim, czego nie mogłem naprawić - wyrzuciłem z siebie jedno krótkie, wściekłe westchnienie. A potem odszedłem.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5737), Prudence Fenwick (3421)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa