• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[05.07.1972] W bocznej alejce | Lucy & Morpheus

[05.07.1972] W bocznej alejce | Lucy & Morpheus
Czarodziej
I won’t let you down
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziejka nie wysoka, może zginąć w tłumie, ale jej nie lekceważ. Gdy jednak zobaczysz jej pełen uroku, życzliwy uśmiech na pewno go nie zapomnisz! Aby poznać Lucy musisz ją spotkać!

Lucy Longbottom
#1
13.04.2024, 20:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2024, 20:27 przez Lucy Longbottom.)  
To był piękny letni dzień. Na szczęście lato w Londynie, również tym magicznym, nie było upalne i można się było delektować zapachem ciepłego powietrza, które zawiewał wietrzyk przez okno. Tak jak ostatnio i ten dzień minął Lucy w biurze. Nie było nawet specjalnie dużo do zrobienia. Dzień ciągnął się, aż zegar wybije tą godzinę popołudniu i będzie można opuścić mury Ministerstwa Magii.
W życiu Lucy nic się ostatnio nie zmieniało. Przygnębienie po śmierci ojca i poczucie winy robiły swoje. Na dodatek siostra wyjechała i nie wiadomo było kiedy wróci. Jeśli wróci. Ta mieszanka przykrych uczuć knębiła się Lucy w głowie cały czas, kiedy nie zajmowała się pracą i niewiele mogła na to poradzić. Jej charakter dobrej osoby nie pozwalał jej zapomnieć o rzeczach, które się wydarzyły i sprawiał, że ciągle się osądzała. Na szczęście miała wujka, który mógł choć na chwilę ją z tego poczucia wyrwać, bo dzisiaj po pracy umówili się, że pochodzą gdzieś po magicznej części miasta.
Wybiła równa godzina i praca na dzisiaj się skończyła. Lucy umówiła się z Morpheusem przy wyjściu z Ministerstwa. Drzwi mijali kolejni czarodzieje i po chwili pojawił się również on.
- Miło cię widzieć wujku. – Powitała oczekiwaną osobę Lucy. Właściwie to nie miała niczego do powiedzenia. Dni w posiadłości Longbottomów mijały monotonnie.
- Może wybierzemy się w jakieś miejsce, gdzie można spokojnie usiąść przy kawie? – Zaproponowała. I chociaż od czasu śmierci taty nie miała ochoty na długie rozmowy, to wujka zawsze kojarzyła pozytywnie, dlatego chętnie chciała spędzić z nim czas, doceniając, że komuś zależy na jej losie.
Udali się gdzieś w kierunku magicznego Londynu. Nie musiała to być ulica Pokątna, gdzie zawsze było gwarno, ale jakaś kawiarenka na uboczu byłaby w sam raz. Lucy chętnie by dała się poprowadzić. Szli mniejszymi alejkami, gdzie swoje sklepy mieli drobni sklepikarze. Lucy kojarzyła, że na sąsiedniej ulicy jest przyjemne miejsce, dlatego zaproponowała, aby skrócili sobie drogę małą uliczką między budynkami. Poszli więc między wysokimi ścianami. Nagle stało się coś dziwnego. W zupełnie zacienionym, wilgotnym zaułku uliczki zza kosza od śmieci zaszła im drogę mała dziewczynka. Lucy zapytała
- Co tu robisz dziecko? Gdzie twoi rodzice?
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#2
18.04.2024, 10:06  ✶  

Morpheus zawsze był w życiu młodszych Longbottomów. Bliżej mu było do nich niż do najstarszego rodzeństwa, więc bardzo często był ich furtką do pierwszych papierosów, łyków ognistej whisky oraz przykrywką, do robienia rzeczy, na które reszta dorosłych nigdy nie wyraziłaby zgody. Z czasem, wraz do dołączenia do Departamentu Tajemnic, stał się nieco bardziej cieniem, nadal jednak uśmiechał się blaskiem słońca i rozkładał dla nich karty, albo po prostu podawał bez słowa parasolkę, pomimo że dzień był słoneczny i nie zapowiadało się na deszcz.

Uścisnął Lucy na powitanie. Lubił chodzić gdzieś poza warownię z dzieciakami, natomiast teraz miał wrażenie, że to forma mówienia bratanicy przepraszam. Przepraszam, że mnie nie było, że nie mogłem przewidzieć, co się stanie, że nie mogłem go uratować. Podczas walk na Beltane, Morpheus znajdował się setki mil od Doliny Godryka, w ciepłej Grecji, studiując proroctwa, które już zapewne dawno się wypełniły lub nigdy nie stanowiły prawdy, będąc jedynie mugolskimi majakami pod wpływem narkotyków. Uciekł z Anglii, czując się odrzuconym, nie wiedząc, że starsi bracia po prostu chcieli go chronić. I obawiali się go, w pewnym sensie. W końcu był Niewymownym i mógł okazać się w każdej chwili szaleńcem, którego trzeba zamknąć w Lecznicy Dusz lub, co gorsza, zabić.

— Ciebie również. Jak praca? Mocno dała w kość? — zapytał. — Ja stawiam. I może rozłożę nam tarota na to lato, wcześniej nie miałem okazji — zasugerował. Morpheus i Lucy byli do siebie podobni, a idąc pod ramię, łatwo wnioskowało się pokrewieństwo, chociaż zwykle stawiano na sporo starszego brata, niż wujka. Zresztą, Longbottomowie mieli raczej dojrzały typ urody. Nigdy nie powiedziałby, że jest w podobnym wieku do takiego Isaaca Bagshota, czy raczej on w jej wieku. Duma i pewien rodzaj elegancji przemawiał przez sposób, w jaki wyglądali.

Wygodne milczenie towarzyszyło im w drodze, spokojna obecność drugiej osoby.

Ominął Norę Nory, o tej porze popularna kawiarenka przyjaciółki rodziny była zapchana klientelą, oczywiście dla niej tylko to na zdrowie, ale wolał nieco bardziej kameralną atmosferę miejsc na uboczu, nie aż tak obleganych, jak modne miejsca przy Pokątnej lub Horyzontalnej. Schodząc z głównych arterii miejskich, napotkali dziewczynkę. Obdartą, biedną, kogoś, kto wyglądał jak sierotka ze Ścieżek.

— Ja... ja sprzedaję zapałki — powiedziała dziewczynka, odpalając pierwszą o draskę, a płomień jakby zmienił się w mgłę i ujrzeli pierwsze wspomnienie Lucy.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Czarodziej
I won’t let you down
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziejka nie wysoka, może zginąć w tłumie, ale jej nie lekceważ. Gdy jednak zobaczysz jej pełen uroku, życzliwy uśmiech na pewno go nie zapomnisz! Aby poznać Lucy musisz ją spotkać!

Lucy Longbottom
#3
12.10.2025, 11:05  ✶  
Lucy nie miała pojęcia, że jej wujek nosi w sercu takie myśli. Nigdy nawet przez chwilę nie pomyślałaby, że może mieć do niego żal. W jej oczach Morpheus nigdy nie zawinił – nie mógł przewidzieć tego, co się wydarzy, tak samo jak ona nie mogła zatrzymać losu. Jeśli już ktoś tu zawiódł, to właśnie ona. Była na Beltane. Stała tam i mogła zrobić więcej. Mogła spróbować uratować ojca. Ten ciężar nie dawał jej spokoju. Wujek Morpheus zawsze był dla niej "ucieczką". Lubiła jego podejście do życia i że pozwalał jej na różne rzeczy, na które nie pozwoliliby rodzice.

Wokół dziewczynki, która nagle pojawiła się w ciemnym zaułku, panował przenikliwy chłód, jakby nagle przenieśli się w sam środek zimy. Lucy instynktownie objęła się ramionami, jakby w ten sposób mogła powstrzymać to lodowate zimno, które wpełzało pod ubranie i przeszywało do szpiku kości. Kiedy dziecko odpaliło zapałkę, błysk płomienia nie ogrzał niczego – wręcz przeciwnie, Lucy poczuła nagły, ostry ból w głowie, jakby ktoś ścisnął jej czaszkę żelazną obręczą. Świat zawirował.

A potem już nie stali w zaułku.

Znajdowali się w ciepłej kuchni rodzinnego domu w Dolinie Godryka. Za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, rozlewając pomarańczowe światło po starym stole, na którym stały dwie filiżanki herbaty z malinami. Lucy siedziała przy stole naprzeciwko ojca – Dervina Longbottoma. To był ich mały rytuał: po pracy zawsze parzył dla nich herbatę i rozmawiali, choćby przez chwilę, o wszystkim i o niczym.

– Wiesz, czasami czuję się… jakby mnie tu wcale nie było – powiedziała wtedy cicho Lucy, bawiąc się łyżeczką. – Jakbym tylko przeszkadzała.
– Lucy – ojciec odłożył filiżankę i spojrzał na nią łagodnie, jak zawsze. – Nie pozwól, żeby cudze spojrzenia określały, kim jesteś. Jesteś częścią tej rodziny tak samo jak każdy z nas. A w Ministerstwie? – uśmiechnął się lekko. – Tam też będziesz musiała się tego nauczyć. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że nie pasujesz. Ale to nie oni będą ratować ludzi przed czarną magią. Ty będziesz.

Te słowa jak zawsze dodały jej otuchy. W oczach ojca była kimś więcej niż aurorką – była kimś, kto ma w sobie siłę, by chronić innych, nawet jeśli sama w to nie wierzyła.

– Myślisz, że na Beltane będzie spokojnie? – zapytała po chwili, sięgając po filiżankę. – Czasem mam wrażenie, że ta wojna nigdy się nie skończy.
– Nikt nie wie, co przyniesie jutro – odparł spokojnie Dervin. – Ale dopóki stoimy razem, mamy przewagę. I pamiętaj… nie musisz wszystkiego robić sama.

Lucy spojrzała wtedy na ojca z troską i czułością.
– Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ciebie zabrakło – wyszeptała, a jej głos zadrżał.

Ojciec tylko się uśmiechnął. Ciepło, tak jak zawsze. I chociaż nic nie odpowiedział, w jego spojrzeniu było wszystko: duma, wiara i miłość.

To był ich ostatni wspólny wieczór.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#4
19.11.2025, 23:19  ✶  

Starszy z dwójki Longbottomów kojarzył historie o tym duchu, dziewczynce w odartej łachmanje zamiast szkolnej szaty, która zapala zapałki, z raportów archiwalnych Departamentu Tajemnic. Kilka osób złożyło skargę na rzeczoną zjawę, bardzo wstrząśnięci tym, co zauważyli. Najbardziej rozbawił go raport, gdzie małżeństwo szło na zakupy i przez wspomnienia męża, żona dowiedziała się o podwójnym życiu męża z mugolską kobietą. Miał tylko szczerą nadzieję, że trafią do wspomnień Lucy. Mniej wie o wujku, lepiej śpi.

Morpheus niemal zachłysnął się własną śliną, widząc na nowo żywego Darwina. Uścisnął dłoń bratanicy, w geście otuchy. Nigdy nie miał zobaczyć już tego wizerunku swojego brata, był wtedy tak daleko. Najgorsze zaś z tego wszystkiego było to, że owszem, mógł to przewidzieć. Mógł przewidzieć wszystko, płomienie i tragedię, powiedzieć komukolwiek. Mógł cofnąć czas. Dlatego los go wykluczył, wiedział o tym, że Bogowie dążą do różnych celów, przestawiając pionki odpowiednio do woli tego, co jest archetypem ich sprawczości.

Jakże okrutny był to dar, widzieć przeszłość, a nie móc jej dotknąć; odczuwać utratę na nowo, choć cień czasu powinien już dawno złagodzić ból.

Gdzież jesteś, bracie mój? pomyślał, choć wiedział, że żadne echo nie odpowie. Czyż twoje czyny zostały rozwiane pośród gwiazd, a twoje imię zepchnięte w otchłań zapomnienia? Morpheus chciałby wierzyć, że pamięć o bracie będzie trwać i trwać, ale były momenty, gdy stawał przed drzwiami jego dawnego pokoju w Warowni i miał wrażenie, że tylko on o nim pamiętał. Clemens w ogóle o nim nie wspominał, tak samo jak Jeremiah, chociaż Morpheus wiedział, że po prostu są pogrążeni w tym samym rodzaju żałoby. Jak to szło? Jeżeli masz rodzeństwo, jedno nie zobaczy żadnego pogrzebu i jedno zobaczy je wszystkie.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Czarodziej
I won’t let you down
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziejka nie wysoka, może zginąć w tłumie, ale jej nie lekceważ. Gdy jednak zobaczysz jej pełen uroku, życzliwy uśmiech na pewno go nie zapomnisz! Aby poznać Lucy musisz ją spotkać!

Lucy Longbottom
#5
20.11.2025, 16:25  ✶  
Płomień pierwszej zapałki zamigotał, drgnął… i zgasł.
Ciepła kuchnia rozsypała się jak szklana bańka. Powietrze znowu było lodowate, ciężkie, wilgotne – jakby ta nędzna alejka pożerała całe ciepło wspomnienia.

Lucy stała przez moment nieruchomo, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń, jakby jej ciało zostało tu, ale dusza ciągle była przy stole w Dolinie Godryka. Oczy jej nie błyszczały łzami – ale tylko dlatego, że wspomnienie już dawno wypłukało w niej wszystkie.

Dopiero po chwili odwróciła twarz ku Morpheusowi.
Jej głos był cichy. Drżący.
– Wujku… widziałeś to?

Nie musiał odpowiadać. Widziała po nim.

Chłód nagle zaczął narastać, szarpać ubraniami, gryźć w skórę, jakby znalazła się w samym środku grudniowej zamieci. Dziewczynka – duch, cień, albo coś gorszego – spojrzała na nich tym samym nieobecnym wzrokiem, który mieli ci, którzy nie wiedzą, że umarli.

I odpaliła drugą zapałkę.

Ból uderzył w skronie Lucy jak cios. Zapałka buchnęła bladym światłem, a świat wokół nich gwałtownie rozpłynął się w mlecznej mgle.

Była noc. Jej sypialnia w posiadłości Longbottomów.
Lucy nie potrafiła zasnąć, choć Ministerstwo kategorycznie zabroniło jej jechać na Beltane.
„Jesteś potrzebna w rezerwie, panno Longbottom.”
„Jeśli coś się stanie, wezwą panią.”


Nic nie wołało.
A mimo to coś ją dławiło w piersi jak kamień.

Przewracała się na łóżku. Raz za razem.
Śniły jej się urwane obrazy – twarz ojca, wilgoć lasu, krzyk, którego nie potrafiła zidentyfikować, siostra biegnąca w stronę czegoś, czego Lucy nie widziała.

W pewnym momencie poderwała się gwałtownie. Serce biło jej jak oszalałe. Było jeszcze ciemno, przed świtem.

– Coś jest nie tak! – wyszeptała do pustego pokoju.

Wstała. Ubrała się w panice, byle szybciej. Złapała różdżkę. Nawet nie pomyślała. Po prostu wiedziała, że musi tam być. Że musi coś zrobić.

Chwyciła powietrze do teleportacji.

Nic.

Jakby magia nawet nie drgnęła.

– Nie… nie, nie, nie – szepnęła, próbując jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.

Nic. Ministerstwo musiało zablokować teleportację z okolic posiadłości, albo coś jeszcze gorszego działo się w samej lokacji Beltane.

Ruszyła biegiem. Przez hol. Przez ogród. Przez furtkę. Nie myśląc, że wygląda jak ktoś, kto uciekł z własnych koszmarów.

Kiedy dotarła na miejsce…

Zatrzymała się gwałtownie.

Ziemia była spalona.

Drzewa – powalone, czarne, jakby piorun przeszedł przez każdy pień. W powietrzu unosił się gryzący zapach spalenizny, krwi i czegoś jeszcze – czegoś ciemnego, złego.

Namioty ratowników, lewitujące nosze, krzyki, płacz, trzask zaklęć leczniczych. Trupy, których nikt jeszcze nie zdążył okryć.

Lucy pobladła.

– Danielle… gdzie jesteś, Danielle… – szepnęła sama do siebie i rzuciła się w tłum.

Szukając, wypytując, zaglądając pod każdy namiot.
Aż w końcu – jakby wyrwana z koszmaru – zobaczyła siostrę. Umorusaną ziemią, spoconą, ale żywą. Leczącą kogoś na brudnym materacu.

Przez ułamek sekundy wszystko w Lucy się rozluźniło.
Tylko przez ten moment.

Bo zaraz potem pojawiła się kolejna myśl. Bezlitosna.

"Gdzie jest ojciec?"

Oczy Danielle rozszerzyły się na jej widok – zaskoczenie, ulga, strach – ale nim zdążyła coś powiedzieć, Lucy już biegła dalej.

W lesie towarzyszył jej Philip, gwiazda Quidditcha, który dołączył do poszukiwań z widoczną tremą i koszulą podartą przez gałęzie. Razem wchodzili coraz głębiej, w obszar spalonego boru, gdzie ziemia parowała od resztek czarnomagii.

W pewnym momencie Philip zamarł i wydał z siebie rozdzierający krzyk.

Coś ruszyło się między drzewami. Wysokie, ciemne, smukłe – sylwetka, której oboje się przestraszyli.

Lucy podniosła różdżkę.

Płomień. Drżenie światła.

A potem… nic.
Nic, co mogłoby być człowiekiem. Może zjawa. Może echo zaklęcia. Może tylko ich lęk.

Philip odmówił iść dalej. Drżał.
Lucy nie mogła zostawić go samego. Wyprowadziła go z lasu.

Wtedy pojawił się patrol aurorów.

Spojrzeli na nią tym spojrzeniem, które zna każdy auror.
Tym, które mówi prawdę, zanim padną słowa.

– Panno Longbottom… proszę usiąść.
– Nie. Powiedzcie mi gdzie on jest.
– Lucy… bardzo nam przykro. Auror Dervin Longbottom…


Świat zgasł.

Jak zapałka.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#6
30.11.2025, 19:05  ✶  

Pokiwał głową i zaraz zaczął żałować, że świat nie wybrał jednak jego wspomnień.

To uczucie wracało jak echo po cudzym wołaniu, ciche, lecz natarczywe, wwiercające się w myśl jedną jedyną nutą: mogłem być bliżej, a nie w dalekiej Grecji. Wina nie miała kształtu ani twarzy, była raczej ciężarem zawieszonym tuż pod mostkiem, czymś, co kurczyło oddech, jakby każdy ruch klatki piersiowej był zbyt śmiały, zbyt żywy. Bycie gdzieś indziej stawało się grzechem samym w sobie, choć tak naprawdę nie wybrało się niczego złego, tylko pozwoliło światu toczyć się swoim biegiem. A jednak to wystarczało, aby w myślach odtwarzać setki niemożliwych wariantów, ścieżek nigdy niepostawionych kroków, słów, które mogłyby, a przecież nie musiały, cokolwiek odmienić.

Wina była więc nieustającym powrotem, zaciętym ruchem myśli, które krążyły po jednym zdaniu: nie było mnie tam, gdzie mnie potrzebowali i dlatego Derwin umarł. To moja wina. I nawet jeśli to nieprawda, serce i tak wierzyło w nią z brutalną konsekwencją.

— Przepraszam, że mnie nie było, Lucy. Przepraszam — głos mu się lekko zawahał. Złapał bratanicę za dłoń i mocno ją uścisnął. W sumie nie wiedział sam, co chciał tym przekazać, oprócz tego, że po raz pierwszy zobaczył Beltane tym, czym było, ujrzał jego tragedię w pełnej krasie i wstrząsnęło to nim do szpiku kości.

Kolejna znajoma twarz, jedna za drugą, pojawiały się we wspomnieniu, wcierając mu w twarz jego nieobecność jeszcze bardziej. Człowiek pozostawał z tym uczuciem jak z cierniem, zbyt głęboko wbitym, by go usunąć, zbyt drobnym, by przestał uwierać.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Czarodziej
I won’t let you down
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziejka nie wysoka, może zginąć w tłumie, ale jej nie lekceważ. Gdy jednak zobaczysz jej pełen uroku, życzliwy uśmiech na pewno go nie zapomnisz! Aby poznać Lucy musisz ją spotkać!

Lucy Longbottom
#7
04.12.2025, 11:00  ✶  
Lucy nawet nie zdążyła odsunąć dłoni ani odpowiedzieć na słowa wujka. Nie zdążyła powiedzieć, że to nie jego wina. Że w ogóle nie myśli o nim w ten sposób. Że to jej serce obwinia ją samą.

Ale ten moment został jej brutalnie odebrany.

Dziewczynka z zapałkami uniosła trzecią draskę. Odpaliła ją bez wyrazu, jakby wykonując bezsensowny rytuał, którego sama nie rozumiała. I zanim Lucy zdążyła wziąć oddech, znów poczuła ten przeszywający ból w głowie – ostrze chłodu, które szarpało ją od środka.

Świat po raz kolejny rozprysł się w świetle płomienia.

Zapadła cisza. Głęboka, uroczysta.
Lucy stała obok Danielle. Obie ubrane w czarne żałobne stroje, które wydawały się zbyt ciężkie, zbyt sztywne i zbyt wilgotne od łez, których nie dało się powstrzymać.

Kaplica w Dolinie Godryka była wypełniona ludźmi, których ledwie widziała przez mgłę bólu. Dźwięki były przytłumione, jakby ktoś zatopił świat pod wodą. Zapach kadzidła mieszał się z zapachem drewna i zimowego powietrza wpadającego przez uchylone drzwi.

Lucy drżała. Naprawdę drżała.
Próbowała być silna dla siostry. Próbowała nie płakać.
Ale kiedy wnieśli urnę jej ojca, wszystko pękło.

Łzy spływały jej po policzkach jedna po drugiej – ciche, niechciane, wstydliwe w jej oczach, ale niemożliwe do powstrzymania. Danielle zacisnęła jej dłoń. Lucy oddała ten uścisk, bo gdyby go puściła, pewnie rozpadłaby się całkiem.

Dobrze, że byli inni.
Patrick, który podszedł jako pierwszy, wyściskał ją mocno, z tą swoją łagodnością, która zawsze kojarzyła się jej z bezpieczeństwem.
Brenna – oficjalna, formalna, ale jej obecność miała w sobie coś stabilnego, konkretnego, jak kotwica, która trzymała ich rodzinę przy ziemi.
I Erik. To on wziął na siebie pierwszą przemowę, choć nikt mu tego nie kazał. Po prostu wiedział, że ona nie da rady zacząć.

Lucy była mu za to wdzięczna bardziej, niż kiedykolwiek zdołała powiedzieć.

A potem przyszła kolej na nią.
Powinna była czytać z kartki, tak jak planowała. Ale w chwili, gdy stanęła przed wszystkimi, kartka stała się tylko papierem – bezwartościowym, zimnym, obcym.

Powiedziała kilka słów. O tym, kim był dla niej ojciec. O tym, czego ją nauczył. O tym, jak jej życie wyglądało dzięki niemu.
Ale miała wrażenie, że każde zdanie ucieka w pustkę, że nic nie ma znaczenia wobec tego, co się stało. Żadne słowa nie mogły zmienić śmierci. Żadne słowa nie mogły zwrócić go z powrotem.

Kondukt ruszył powoli na cmentarz.
Złożono urnę ojca w rodzinnym grobowcu Longbottomów. Kamień był zimny jak los, który ich do tego miejsca doprowadził.

Ludzie zaczęli odchodzić. Jedna twarz po drugiej, jeden cień po drugim.
Szept kondolencji. Klepnięcie po ramieniu. Uścisk, który niczego nie naprawił.

W końcu została już tylko ona.
Ona i Danielle.

Lucy stała przed grobowcem z dłonią na zimnym kamieniu. Chciała powiedzieć coś siostrze – że zawsze będzie z nią, że się nią zaopiekuje, że nigdy jej nie zostawi.

Nie wiedziała wtedy, że to ostatni moment, w którym naprawdę były razem.
Nie wiedziała, że Danielle zniknie.
Tak po prostu.

Czy na zawsze?
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#8
08.12.2025, 01:31  ✶  

Los był przewrotny, bo wspomnienia Lucy, pokazane przez dziewczynkę z zapałkami, były raniące dla ich oboje. Wszystkie dotyczyły śmierci Derwina. Dziewczynka zaśmiała się w sposób, którego nie dało się nazwać ani dziecięcym ani serdecznymi i zniknęła, nie biegnąc, ale rozpływając się w powietrzu. W końcu była jedynie jakimś rodzajem poltergeista, który zamiast animować przedmioty, zakradał się do głów swoich ofiar i animował ich wspomnienia. Tak okrutnie, jak sama umarła, tak okrutnie czyniła sobie z tymi, których nawiedzała.

Nie pokazała wspólnych wakacji, gdy młodszy brat Derwina wylegiwał się w słońcu z książką o zaawansowanych procesach astrokartograficznych, dzieciaki bawiły się nad jeziorem, a jej ojciec przynosił im dzbanki z lemoniadą oraz kanapki z twarogiem i rzodkiewkami i przestrzegał przed wirami wodnymi. Ani wspólnych świat, ani wycieczek na Pokątną po wyprawkę do szkoły.

Jedynyn pocieszeniem teraz było to, że Derwin nie nawiedzał nikogo, odszedł w spokoju do Limbo. Do Bogów.

— Wracajmy do Warowni — zaproponował wujek cicho. — Pewnie czekają na nas z obiadem.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Czarodziej
I won’t let you down
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziejka nie wysoka, może zginąć w tłumie, ale jej nie lekceważ. Gdy jednak zobaczysz jej pełen uroku, życzliwy uśmiech na pewno go nie zapomnisz! Aby poznać Lucy musisz ją spotkać!

Lucy Longbottom
#9
19.12.2025, 07:56  ✶  
Gdy dziewczynka z zapałkami zniknęła, a chłód zaułka zaczął powoli ustępować zwyczajnej wilgoci londyńskiego powietrza, Lucy przez chwilę stała nieruchomo, jakby świat zapomniał o niej na moment. Wspomnienia wciąż pulsowały w jej głowie — obrazy, zapachy, głosy — zbyt żywe, zbyt świeże, zbyt bolesne.

To było za dużo.

Jej oddech urwał się nagle, jakby ktoś ścisnął jej gardło niewidzialną dłonią. Kolana ugięły się pod ciężarem emocji, których nie była w stanie już dłużej dźwigać. Z jej piersi wyrwał się cichy, zdławiony szloch, który w jednej chwili przerodził się w płacz — gwałtowny, niekontrolowany, długo tłumiony.

Lucy zrobiła krok w stronę Morpheusa i wtuliła się w jego płaszcz, kurczowo chwytając materiał, jakby był jedyną rzeczą, która trzymała ją jeszcze w rzeczywistości.

— Wujku… proszę — wyszeptała przez łzy, głosem drżącym i zupełnie bezbronnym. — Zabierz mnie stąd.

Nie podniosła głowy. Nie musiała. Wiedziała, że on jest obok.

Gdy ruszyli w stronę Warowni Longbottomów, chłodny zaułek pozostał za nimi, pusty i cichy, jakby nigdy nic się tam nie wydarzyło. A jednak Lucy niosła to wszystko w sobie — każdy obraz, każdą stratę, każde słowo, którego nie dało się cofnąć.

Tym razem jednak nie szła sama.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lucy Longbottom (2113), Morpheus Longbottom (1060)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa