Desmond Malfoy & Deirdre Malfoy & Oleander Crouch
Czekał. Z dzbankiem herbaty w ręku - czekał. Bez cienia uśmiechu wpatrywał się w tarczę magicznie wygłuszonego zegara, aż dłuższa jego wskazówka spoczęła na dwunastce. Ósma zero-zero, ósma rano, ósma w zroszoną szarą mżawką niedzielę. Starannie, niemal ceremonialnie postawił imbryk w centrum zastawionego do śniadania stołu. Przeciągnął spojrzeniem po usadzonych na swoich miejscach uczestnikach rytuału, na którym obecność pozostawała kategorycznie obowiązkowa.
Cienie pod jego oczami nabrały już bogatej barwy purpury, tak podobnej do skórki skrojonych w pół winogron, które czekały na nich nieopodal świeżo upieczonego Gâteau opéra. Ciężki, słodki zapach brandy z kawą prężnie walczył z siarkowym smrodem gotowanych jaj i solą chrupiących pasków smażonego boczku, wraz z delikatnie przyrumienionymi tostami stanowiących dzisiejsze danie główne. Dzisiejsze i wczorajsze. I przedwczorajsze. Zawsze przygotowywał to samo, z wyjątkiem słodkości, których rozmaitość zdawała się nie mieć końca.
- Cóż za pogodę dzisiaj mamy jak... - Zaczął, usiadłszy szeptem na jedynym krześle, które nie pasowało do jadalnianego kompletu. Zmrużył oczy, znów czując ten paskudnie znajomy opór. Pił już dzisiaj, ale z miesiąca na miesiąc odurzenie zdawało się coraz mniej mu pomagać z tymże oporem. - Ja-ja-jak wam się spało. Po. Tym Balu nie słyszałem. Jak wracaliście.
Oczywiście również żadnego z nich nie widział aż do dzisiejszego poranka. To był fakt niepodważalny. Bezgłośnym zaklęciem rozlał im wszystkim herbaty. Świadomie zrezygnował z pojawienia się na czystokrwistym przyjęciu i dlatego też nie było w nim ani grama zazdrości.