Dlatego uciekła.
Ucieczka było takim wielkim słowem, bo przecież ona nigdy nie uciekała. Stawiała dzielnie czoła przeciwnościom losu, rozpracowując je z należytą uwagą i rzucając wyzwanie wadom charakteru. Nie ważne jednak, jak chłodna i wykalkulowana starała się być, emocje wciąż niespokojnie grały gdzieś w środku, wzburzając krew - wzburzając uśpione w niej morze. Czuła czający się gdzieś w środku szkwał, czekający na jakiś ostateczny moment, po którym ciężko będzie go powstrzymać.
A potem wróciła do kraju. Ciężkie miesiące pracy we włoskim Ministerstwie miały przynieść ukojenie, a przede wszystkim - dać im obojgu czas na oddech. Desi liczyła zwyczajnie na to, że czas spędzony daleko od siebie, bez chociażby cienia szansy na przypadkowy kontakt, doprowadzi ich do jakieś punktu gdzie zdolni będą na nowo nawiązać nić porozumienia. Ale Anglia wcale nie przywitała jej ciepłym uśmiechem narzeczonego i spragnionym jej obecności spojrzeniem. Nie, zamiast tego dostała plotki.
Plotki, plotki, cholerne plotki. Plotki były tylko plotkami i obijały się o uszy leniwie, szybko jednak wprowadzając nieprzyjemne napięcie, pod wpływem którego kwestionowała wszystkie swoje ostatnie wybory. Nie powinna go zostawiać samego. Powinna była zostać na angielskiej ziemi, blisko niego i nie dawać mu spokoju. Zgodzenie się na wyjazd do Włoch był ogromnym błędem.
Matka próbowała ją uspokajać, spychając krążące na salonach słowa na zwykłą ludzką nudę. W końcu socjeta miała to do siebie - przędła nici niestworzonych historii, byleby tylko poczuć w życiu cokolwiek. Zabawiali się cudzymi uczuciami, nie biorąc pod uwagę prawdy i faktów.
Ale jaka faktycznie była ta prawda?
Szukała jej wszędzie, tylko nie tam gdzie powinna. Bal maskowy w posiadłości Lestrange'ów natomiast, tylko podsycał jej niezadowolenie. Noszone przez gości maski rozwiązywały języki i sprawiały, że te szeptały więcej, głośniej, jakby nikt nie mógł ich usłyszeć. Kiedy znowu usłyszała imię swojego narzeczonego, tym razem gdzieś przy drinkach, miała kompletnie dość.
Musimy porozmawiać, brzmiało niemal ostrzegawczo, kiedy złapała go na moment za nadgarstek i spojrzała w górę, w miejsce gdzie powinny znajdować się jego oczy, ale zamiast tego toczył się tylko czarny dym, pełniący funkcję maski. Jej własna przypominała wypolerowane szkiełko, na które misternie splatały się srebrne, drobniutkie niteczki. Kiedy się z nią rozmawiało, patrzyło się na siebie samego. Reszta jej ubioru była taka sama i wręcz nudna na pierwszy rzut oka; czarna sukienka, wyjątkowo na tę okazję ciemne włosy, gładko zaczesane do tyłu i ciemne paznokcie, wbijające się w jego skórę.
Nie czekała na jego odpowiedź, tylko poszła na górę, do pomieszczeń przeznaczonych dla rodziny, bo przecież rodziną była, prawda? Spędziła wystarczająco dużo czasu, zapoznając się z domownikami i zaskarbiając sobie ich przychylność, nawet jeśli Louvain preferował swoją własną posiadłość w Little Hangleton. Chyba gdyby któryś z ochroniarzy odmówił jej wstępu, to wydrapałaby mu oczy.
Pokój był idealny do złapania oddechu i odcięcia się od panującej na parterze wrzawy. Dziewczyna usiadła w fotelu, zdjęła maskę i zastygła, kolejny już raz podejmując się rozrachunku wszystkiego, co doprowadziło ją do tej chwili. Aż w końcu drzwi skrzypnęły i krótkie spojrzenie w tamtą stronę potwierdziło tylko, kto wreszcie postanowił się zjawić.
- Żartujesz sobie ze mnie?! - poderwała się z miejsca, łapiąc za stojący na stoliczku wazon i rzucając nim. Przedmiot przeleciał przez pomieszczenie i uderzył w ścianę koło drzwi, rozpadając się na kawałki i rozbryzgując dookoła wodę, a także rozrzucając klasyczne dla Lestrang'eów róże. - Nie było mnie. Tyle mnie nie było, a ty postanowiłeś za moimi plecami, znaleźć sobie jakąś wywłokę?! Kim jest ta kurewka, co? Przyprowadziłeś ją sobie też dzisiaj?
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.