12.12.2022, 00:42 ✶
12 kwietnia 1971, wieczór
Piękny, ciepły, wiosenny wieczór, został zniszczony przez kolejny wybuch. Alastor biegł ile sił w nogach, ramię w ramię z Harper, ale ciemny dym i tak ich dogonił. Chociaż słońce dopiero zachodziło i jeszcze przed chwilą mogli podziwiać rozpościerające się nad nimi jego ostatnie promienie, teraz docierała do nich kompletna ciemność. Kolejne rzucone w nicość zaklęcie rozpraszające nie przyniosło żadnego rezultatu.
- Co to jest kurwa za inkantacja?
W tej sytuacji nawet on był zdezorientowany - miał wrażenie, że jego znajomość czarnomagicznych sztuczek była wysoka, ale czuł jak mimo wyćwiczonej oklumencji, ten cholerny dym robił mu coś z głową i... z Harper działo się to samo. Jego kuzynka oddychała coraz ciężej, rozglądając się wokoło. Wreszcie zakryła się chustą przewieszoną przez szyję i chwyciła go za ramię, próbując wyprowadzić z zasięgu klątwy. Kiedy udało im się wydostać z jej okowów, kobieta szarpnęła za rękę i powiedziała: Al, spróbuję rozproszyć to zaklęcie, ale ktoś musi wyprowadzić z dzielnicy resztę ludzi. Zakryj usta i nos. Wycelowała różdżką w stronę Ministerstwa i krzyknęła: Expecto Patronum. A potem zniknęła tak szybko... za szybko, zniknęła, zanim zdążył się odezwać i powiedzieć, że nawdychał się tego o wiele więcej, niż powinien. Cokolwiek to było, powoli z niego uchodziło i nie wątpił w to, że za moment powróci całkowicie do normy, ale...
Ale teraz...
Teraz nie wiedział, co robić. Wszystko wokół się kręciło, a on sam czuł taki przerażający strach. Sztuczny strach. Nie wiedział, czego się bał, ale pobladł niesamowicie, zlało go zimnym potem. Wlepił zwężone źrenice w szary bruk mugolskiej ulicy i zaczął się trząść. Słyszał krzyki i piski uciekających ludzi. W głowie miał pustkę. Nie myślał o tym ilu amnezjatorów będą tutaj potrzebowali ani o tym ile w tym cholernym dymie mogło znajdować się już ofiar zawalonego budynku. Czuł tylko strach, strach i strach, rozpościerający się po zmęczonym ciele. Potarł dłońmi twarz, a później poczuł ciepło. Ciepły dotyk kobiecej dłoni zaciśniętej wokół jego nadgarstka. Stała przed nim jego była dziewczyna, a on nie miał już pojęcia - czy to się działo naprawdę, czy było jedynie halucynacją.
- Mavelle?
Jego głos brzmiał inaczej. Ciszej. Zakrawał o błagalny ton, o ile można było błagać, wypowiadając czyjeś imię. Postawa niegodna kogoś noszącego z dumą mundur Aurora, a jednak - to wszystko działo się naprawdę.
fear is the mind-killer.