Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I
- 1969 -
Londyn
Londyn
Stanley kończył właśnie ostatni raport, który miał dzisiaj dostarczyć do swojego przełożonego. Nie obchodziło go czy jest napisany dobrze czy też nie. Jak będzie trzeba to poprawi go później albo napisze jeszcze raz. Zresztą nie raz już tak było, że całe sprawozdania szły do śmieci bo kilka rzeczy w nich nie pasowało. Ale tym będzie się już martwił jutrzejszy Stan albowiem dzisiejszy wieczór był już przez kogoś zarezerwowany. Andrew nie wiedział jednak jeszcze, że ten wieczór miał spędzić na pilnowaniu jakiegoś marszu zamiast ze Stellą.
Dopisał ostatnie zdanie i zatarł ręce z zadowolenia. Odłożył dokumenty na kraniec swojego biurka i ruszył szybkim krokiem aby się przebrać. Już tylko kilka minut dzieliło go od opuszczenia murów ministerstwa. Humor dopisywał mu w najlepsze.
- Dobra robota Stanley. Dzisiaj dałeś z siebie 120%. Oby tak dalej - sam siebie komplementował, a następnie poprawił włosy w lustrze - Jeszcze tylko chwila i zostaniesz aurorem. A potem to już prosta droga - zacisnął krawat na szyi i wypuścił powietrze ustami. Podszedł do wieszaka z którego zgarnął swój płaszcz, a następnie jeszcze na chwilę do biurka aby zabrać raport. Zanim wyszedł, upewnił się, że na pewno wszystko zabrał co powinien, a następnie skierował się do pokoju Marka aby z uśmiechem na ustach wręczyć mu protokół
Wszedł pewnym krokiem bez patyczkowania się do pokoju swojego przełożonego i przekazał mu dokumenty. Lekko zdziwił się kiedy jego przyjaciel spojrzał się na niego zaskoczony.
- A ty to gdzie się wybierasz Stanley? - zapytał się go, odbierając plik papierów
- Jak to gdzie? To do domu. Już późno jest - odpowiedział całkowicie poważnie. Przecież nie było na dzisiaj zaplanowanych żadnych dodatkowych ćwiczeń czy zadań
- Nikt ci nie przekazał? No popatrz. Nigdzie nie idziesz. Wracaj się przebierać. W Londynie jest jakiś wielki marsz charłaków i potrzebne jest wsparcie - Mark oznajmił mu to ze stoickim spokojem. A co gorsza nie widział nic nadzwyczajnego w tej sytuacji. Mark jako służbista zawsze stawiał dobro ministerstwa ponad swoje własne przekonania - Samuel już na ciebie czeka, także się pośpiesz. No już. Znikaj.
Stanowi to się nie spodobało. Czy jakiś śmieszny marsz miał tu teraz pokrzyżować plany? Jak najbardziej. Bo z tego co mu jeszcze przekazali inni brygadziści na miejscu miało dojść do jakichś zamieszek. A skoro o nich mowa, to była potrzebna interwencja ministerstwa aby uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi… Albo chociaż zniwelować jej ilość.
Jak na dobrego pracownika przystało, cofnął się z powrotem w głąb ministerstwa, aby się przebrać. Założył ciężkie buty, a swoje ubranie cywilne zamienił na swój mundur. Po kilku chwilach był gotowy aby wyruszyć z odsieczą swoim kolegom z departamentu.
Nie minęła długa chwila kiedy wraz z Samuelem znalazł się na ulicy i doszedł do niego cały harmider tego wydarzenia. Ludzie przekrzykiwali się w skandowaniu swoich postulatów. Część się przepychała, a inni walczyli z brygadzistami. Stanley stał tak przez chwilę i przyglądał się całej sytuacji, aż nagle usłyszał tylko przy swoich uchu - WIĘCEJ PRAW DLA CHARŁAKÓW! WSZYSCY JESTEŚMY RÓWNI! Sekundę później, młody Borgin trzymał się za pokrzywdzone ucho, ponieważ było tutaj za głośno.
W tej całej kolumnie starał się dojrzeć jakieś poszkodowane osoby albo rażące akty łamania prawa. Nie byli w stanie zapanować nad całą grupą, która była po prostu za duża. Całkowity brak zorganizowania tego przedsięwzięcia też nie pomagał w ogólnym rozrachunku. Bardzo ciężko było odróżnić grupki kontrmarszu od głównej grupy, a na tym im w tym momencie najbardziej zależało.
- Proszę się uspokoić. Już! - Stanley interweniował i przeszkodził dwójce młodzieży w zaczepianiu kilku protestujących - Rozejść się albo będę zmuszony wszcząć kolejne kroki! - zagroził młodym chłopakom, którzy na całe szczęście odpuścili. Mieli trochę farta. Zatrzymujący ich brygadzista nie miał w ogóle siły ani chęci aby tutaj dzisiaj być. Gdyby jednak nie mieli zamiaru aby zostawić tych ludzi, musiałby użyć środków przymusu bezpośredniego. I zapewne by się w tym w ogóle nie powstrzymywał. Musiał na czymś… Albo na kimś rozładować swoją złość, która kumulowała się w nim od momentu jego przybycia na ten marsz.
- NIGDY W ŚWIECIE DO MINISTERSTWA SIĘ NIE DOSTANIECIE! - rozległo się z bocznej uliczki. Nie był to jeden czy dwa głosy, a cała grupa. Co najmniej kilka tuzinów ludzi, jak nie lepiej. Ta cała zgraja zmierzała właśnie w kierunku głównego tłumu. Stan wraz ze swoimi kolegami z ministerstwa za wszelką cenę nie mógł pozwolić aby dotarli oni do swojego celu.
Jednak było za późno. Kontrmarsz wyłonił się zza rogu niczym mgła i wbił się z impetem w bok protestujących. Nie było nawet czasu na reakcję. Sprawy przybrały tak szybkiego obrotu, że nie szło się nawet zorientować kogo należy powstrzymywać, a kogo nie. Nie czekając dłużej na żadne rozkazy z góry, Stanley ruszył do przodu aby rozdzielić te dwie znienawidzone ze sobą grupy.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972