Rozliczono - Stella Avery - osiągnięcie Piszę, więc jestem
- Czerwiec 1969 -
Londyn
Londyn
Stanley jak to zwykle miał w zwyczaju siedział w Ministerstwie i zajmował się uzupełnianiem dokumentów. Nigdy nie był za dużym pracoholikiem, jednak kiedy wymagała tego od niego sytuacja to nie widział żadnego problemu, aby zostać trochę czasu po pracy. Ewentualnie kilka bądź kilkanaście godzin. Tak jak to miało miejsce podczas niedawnego marszu Charłaków. Na tej dokładnie manifestacji, gdzie wszystko poszło nie tak jak powinno. Odkąd doszło do małego nieporozumienia ze Stellą, nie odzywali się do siebie. Chociaż, jakby ktoś chciałby być dokładny to musiałby zauważyć fakt, że to raczej ona nie dawała żadnego znaku życia pomimo wielu prób Stana. W samym zeszłym tygodniu próbował się z nią skontaktować przez różne media co najmniej kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Wszystko jednak całkowicie bezskutecznie. Po dziewczynie nie zostało nic. Jedynie może żal, który męczył go codziennie za to jak się wtedy zachował. Czy to nie była już wystarczająca kara?
Od momentu tego feralnego spotkania poza poszukiwaniem dziewczyny zajmował się tylko i wyłącznie pracą. I to w nałogowym stopniu, którego wcześniej w swoim życiu nie doświadczył. Podejmował się każdego dodatkowego zadania, które był w stanie tylko znaleźć. Próbował udowodnić coś swoim przełożonym? Nie. Nic nie musiał pokazywać Markowi. Jego nienaganna służba, ponad wymiarowy czas pracy i ogólnie pozytywny sprawunek powodowały, że nie musiał czuć się zagrożonym w departamencie.
Dopiero po którejś zarwanej nocce, nie związanej z jego bezsennością, a nadgodzinami, zorientował się, że ten cały wysiłek to była jego próba pogodzenia się z tym co miało miejsce kilka tygodni temu. A może tak naprawdę było próbą wypełnienia pustki, która powstała po tamtym dniu? Stanley nie zakładał nawet takiej możliwości. Przecież nie było to możliwe. Znali się dopiero kilka miesięcy. Z drugiej strony serce nie sługa.
Harmider myśli po uświadomieniu sobie niektórych rzeczy, spowodował w jego głowie jeden wielki huragan, który bezlitośnie powywracał wszystko do góry nogami. Siedział nad dokumentami niemal w stanie hipnozy, trzymając pióro w prawej dłoni i wpatrując się w prawie skończony raport przed sobą. Nie wiedział ile czasu spędził tak “ślęcząc”, jednak wielka plama po środku kartki wskazywała na to, że trochę mu zeszło zanim się ocknął. Tak naprawdę to nawet nie on sam, co Samuel, który akurat przyszedł do niego z pytaniem. Nie usłyszał jednak tego pytania i powrócił do świata żywych dopiero kiedy tamten go potrząsnął.
- Stanley żyjesz? - zapytał go, a następnie pomachał mu przed twarzą.
- Tak, tak. Ciężki tydzień po prostu - odparł odkładając pióro do kałamarza aby następnie przetrzeć swoje zmęczone oczy. Po chwili zajrzał do swojego kubka i pociągnął trochę lodowatego napoju. Jego kawa była zimna niczym trupy leżące w biurze koronera obok. Przysiągłby, że robił te lurę jakieś dwadzieścia minut temu.
- Jesteś pewny, że wszystko jest okej? Nie byłeś w domu już chyba z trzeci dzień - upewniał się jego zaniepokojony przyjaciel.
- A skąd Ty możesz takie rzeczy wiedzieć?! - spojrzał na niego oburzony. Czy Samuel nie miał co robić w departamencie, tylko chodził i go szpiegował? Zaraz mu znajdzie dodatkową robotę jak mu się tak nudzi i brakuje mu zadań. No już zaraz da mu popalić za te krzywe akcje.
- Nie. Nic z tych rzeczy - zaprzeczył słowom Stana - Przewiesiłem Twój płaszcz do swojego biura we wtorek i nadal tam wisi, a wiem, że w życiu byś bez niego nie opuścił ministerstwa - wytłumaczył mu. Co gorsza w tym wszystkim, miał całkowitą rację. Borgin nigdy nie wyszedłby z budynku ministerstwa bez swojego ulubionego odzienia.
Teraz, kiedy zdał sobie z tego sprawę, schował twarz w dłoniach. Sytuacja sprzed kilku, bądź kilkunastu tygodni właśnie się powtarzała. Ktoś przychodził, coś chciał, a na koniec okazywało się, że mówi jak jest. Dokładnie tak jak to miało miejsce ze Stellą.
- Dlatego się o Ciebie martwię - położył dłoń na plecach przyjaciela - Przemęczasz się strasznie. Ja to wszystko widzę. Od dłuższego czasu tracisz ludzkie barwy z twarzy, a twoje oczy są coraz bardziej podkrążone. Jeżeli mogę coś dla ciebie zrobić to powiedz… - Samuel próbował przemówić mu do rozsądku - Albo jak nie chcesz mówić to idź do szpitala. Do Munga. Tam tobie pomogą fachowcy
Stanley poczuł jak po jego dłoniach spłynęło kilka łez. Nie miał pojęcia dlaczego. Do tej pory nie zdarzało mu się płakać prawie w ogóle. Nigdy nie potrafił znaleźć żadnego powodu aby uronić chociaż najmniejszą z kropel. A teraz to się właśnie stało? A może z tego wszystkiego było to po prostu fata morganą? Prawda była jednak inna. Chłopak pozwolił aby ta cała sytuacja go przytłoczyła. Nie potrafił sobie z nią poradzić samemu pomimo, że żadne ze znanych mu metod nie pomagały. Jego duma i honor nie pozwalały mu jednak prosić o pomoc. Kto to widział, aby niezłomny Borgin miał iść do kogoś i prosić o pomoc?
- Tak. Tak właśnie zrobię. Pójdę później do Munga - zbył swojego druha, zapewniając go o czymś czego nie miał zamiaru zrobić. Nie był to jednak pierwszy raz kiedy coś takiego robił. Zawsze kiedy ktoś kazał mu zrobić coś, na co ten nie miał ochoty, ten spławiał danego osobnika w ten sposób - Dzięki, że się przejmujesz ale to przez tę bezsenność. Muszę pójść po jakiś specyfik i wszystko będzie w porządku - przetarł oczy, aby jego rozmówca nie zobaczył, że jeszcze chwilę temu miał przeszklone oczy.
- Ta, jasne. Rozumiem - odpowiedział mu zrezygnowany i ruszył powoli do swojego biura. Znał się ze Stanleyem nie od dzisiaj i wiedział, że była to jego stara śpiewka. Już w czasach pobierania nauki w Hogwarcie mógł się o tym przekonać - Jakby coś się działo to pamiętaj, że jestem w biurze obok na każde twoje zawołanie - doszedł do progu drzwi i odwrócił się jeszcze na chwilę - Odwiesiłem Twój płaszcz na miejsce. Idź też się przespać może trochę w domu, bo te biurka u nas są strasznie niewygodne - dodał i po chwili zniknął na korytarzu. Drzwi zamknęły się kilka sekund później.
Zdenerwowany zrzucił szybkim ruchem ręki wszystkie papiery, które znajdowały się na jego biurku na podłogę, a następnie uderzył z całej siły pięścią w stół. Wiedział, że to pora do wzięcia się w garść. Nie po to pracował w Ministerstwie Magii aby nie wykorzystać go do swoich niecnych celów. Nie miał zamiaru przecież nikogo mordować ani robić krzywdy. Potrzebował tylko dowiedzieć się od swoich drogich współpracowników gdzie mieszka niejaka Stella Avery.
Cel uświęca środki taki motyw właśnie przyświecał całej jego operacji. Wstał od biurka, zgarnął swój płaszcz i udał się do swojego przełożonego o wolne. Ten widząc jego stan niemal od ręki zgodził się wypuścić go domu. Stanley nie zamierzał jednak skierować swoich kroków w stronę mieszkania. Najpierw musiał zahaczyć o kilku znajomych w ministerstwie, aby uzyskać interesującą go informację.
Kilkadziesiąt minut później po dosyć twardych negocjacjach i zapewnieniach, że potrzebuje ten informacji na potrzebę prowadzonego śledztwa, uzyskał tę wiadomość. A więc ulica Pokątna pomyślał. Stelli musiało się całkiem nieźle przelewać jak posiadała gniazdko w tak przyjemnej miejscu.
Wychodząc z ministerialnego budynku podszedł do swojego kompana Samuel i umówił się z nim na wieczór na piwo. Potrzebował z kimś porozmawiać, a kto będzie do tego lepszy niż jego oddany druh i przyjaciel z którym trzyma się od czasów ślizgońskich?
Na całe szczęście Sam zawsze był chętny aby wyskoczyć do pubu na kilka piwek. Tak było też tego dnia. Stanley w ciągu dnia zdążył trochę odespać i ogarnąć się ponownie do życia. Doprowadził się stanu ładu i ubrał świeże ubrania. Założył swój ulubiony outfit - koszulę z krawatem, a na to długi, czarny płaszcz bez którego nie wyobrażał sobie życia.
- No, czas wychodzić - powiedział do samego siebie widząc, że na zegarze wybiła 7 po południu - Jeszcze tylko odrobinka wody i wszystko gotowe - tak jak powiedział, tak też zrobił, a następnie opuścił mieszkanie.
Po kilku minutach siedział już w pubie z Samuelem. Nie byli w klubie najwyższych lotów. Raczej można by to nazwać pewnego rodzaju meliną albo bardzo niskiej klasy restauracją. Im jednak do szczęścia nie było potrzeba więcej. Tanie piwo to remedium na wszystko.
- I jak sądzisz… Powinienem do niej pójść… Hhiik? - zapytał przyjaciela o poradę. Bił się sam ze sobą czy powinien wykorzystywać w ten sposób zdobytą wiedzę. Z drugiej strony wiedział, że jak nie teraz to nigdy. To była jego jedyna szansa jak i nadzieja.
- Powiedz mi tak… - złapał jedną ręką głowę Stanleya, a następnie przyłożył mu palec do czoła - Zale… Hiik.. Zależy ci na niej? - odpowiedział.
- To nie tak, że wiesz… - próbował odpowiedzieć.
- Nie ma tak, że wiesz czy nie wiesz… Zależy czy nie? Odpowiadaj! - uderzył pięścią o ich stolik - Tu i teraz! Oskarżam cię o okłamywanie przyjaciela! - Samuel zaczął naciskać aby wyciągnąć odpowiedź na swoje pytanie.
- No… Hh-rochę może.. A co? - przyparty do muru odpowiedział.
- Widzisz. Tak Ci zależy, a siedzisz ze mną i pijesz jakiegoś taniego mamrota. Masz ty w ogóle rozum w głowie? - dopił swoje piwo - Słuchaj. Idź do niej. Musi Ci wybaczyć. Jesteś złoty chłopak. Pracownik miesiąca według mnie - dodawał otuchy kompanowi - Ja ci tu zaraz fryzurkę poprawnie i wygląd. Zobaczysz. Padnie jak cię ujrzy - wstał i podszedł do Borgina. Przeczesał mu niechlujnie włosy i pociągnął za krawat, poluźniając go trochę. Przy okazji rozpiął dwa górne guziki.
Teraz wygląd Stanleya idealnie odwzorowywał jego stan. Stan upojenia alkoholowego.
- I jak wyglądam? - zapytał kończąc swoje piwo.
- Przepięknie! - odparł bez spoglądania na niego - Dobra, leć już bo jeszcze się rozmyślę i nie pozwolę Ci iść!
Druhowie zrobili misiaczka na pożegnanie i Andrew ruszył w miasto na poszukiwanie Stelli. Lekko zataczającym krokiem kierował się ku mieszkaniu na ulicy Pokątnej. Po drodze zabrał nawet jakiś kwiatek w doniczce, który znalazł na czyimś parapecie. Nie obchodziło go co to za kwiat. Ważne, żeby nie przychodzić z pustymi rękoma. Ot taki był z niego romantyk.
- A więc to tutaj - stanął przed jednym z budynków i rozejrzał się za Stellą. Ku jego niezadowoleniu nie było jej nigdzie wokół - Gdzie Ty jesteś? - zapytał sam siebie. Kątem oka dojrzał, że sąsiadka akurat wchodziła na klatkę. Wykorzystał tę okazję aby zwiększyć swoje szanse na odnalezienie Avery.
Próbował czytać tabliczki z nazwiskami przy kilku pierwszych drzwiach. Jednak bez większych sukcesów. Żaden z ciągów liter nie wskazywał aby gdziekolwiek na parterze miała mieszkać jakakolwiek Stella. Tak to ja jej nigdy nie znajdę. Potrzebuję bardziej radykalnej metody pomyślał. Na całe szczęście wpadł na genialny pomysł. Problem w tym, że ten pomysł był genialny tylko w jego zamroczonej i zmęczonej głowie.
- STELLA! GDZIE JESTEŚ?! - zaczął się wydzierać wchodząc na pierwsze piętro - POROZMAWIAJMY PROSZĘ! - kontynuował nawoływanie dziewczyny - PRZECIEŻ WIESZ, ŻE JA NIE CHCIAŁEM ŹLE!
- A kto tu się tak drze o tej porze! Wie pan, która jest godzina?! - zapytała zdenerwowana sąsiadka, która właśnie otworzyła drzwi od swojego mieszkania - Już dawno po 23! Za chwilę północ jest. Cisza ma być
- Droga pan… H-hikk… Pani. Przepraszam. Będę ciszej - zapewnił staruszkę.
- No ja mam taką nadzieję! - odparła i trzasnęła drzwiami.
- STELLA! WIEM, ŻE TU JESTEŚ! - kontynuował nawoływanie jak staruszka zniknęła. Domagał się spotkania z panną Avery, tu i teraz. Tak jak mała dziecko. Stanley też chciał dostać w tym momencie to, o co prosił, a wręcz wymagał - DAJ MI JEDNĄ SZANSĘ! BŁAGAM CIĘ! - zaczął pokonywać schody na drugie piętro.
Dotarł na przedostatnie piętro i zabrakło już mu sił aby dalej iść. Usiadł na schodach, a obok postawił kwiatka w doniczce.
- Stella… - wypowiedział ostatkiem sił, a następnie oparł głowę o poręcz od schodów i zaczął lekko przysypiać.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972