Co prawda, to prawda, nie wszyscy byli w stanie zrozumieć, ile pracy, uwagi i samozaparcia potrzebował człowiek, aby osiągnąć optymalną kontrolę nad własnym ciałem. Mordercze treningi w terenie, jak i w ośrodkach sportowych to jedno, ale dieta? Opieranie się pokusie spędzenia każdego weekendu w lokalnej kawiarni, napychając się ciastkami, pączkami, rurkami z kremem i innymi rarytasami? Tylko osoby o naprawdę dużej sile woli potrafiły osiągnąć wewnętrzny spokój, aby doprowadzić do takiego stanu rzeczy. Najwidoczniej zarówno Erik, jak i Ger potrafili nad sobą panować... kiedy im się to opłacało.
— Gdzie tam — parsknął przekornie. — Jedynie logicznie wyciągnięty wniosek.
Biorąc pod uwagę, co wydarzyło się chwilę później, być może nie powinien być taki zuchwały. Ewidentnie zaczepiał Geraldine, nie chcąc przyznać, że faktycznie ma na myśli pełnoprawny komplement, nawet jeśli nie wypowiedziany wprost. W momencie, gdy oboje naparli na swoje szpady, zdał sobie sprawę, że chyba nie był to najlepszy pomysł. Okej, może chciał wywołać reakcję, ale czy zależało mu na skłonieniu Ger do użycia pełnej siły i pokonania go? Gdzieś tam w środku, pomimo tego, że wyzwanie padło z jego strony, sądził, że wygra. I to bez większych problemów. Przecież to był tylko jeden pojedynek. Nie powinien mieć problemu z tym, aby...
Mężczyzna zamarł, a jego uszy wypełnił dźwięk brzęczącej szpady, która została wyrwana mu z rąk i spadła z podwyższenia, na którym walczyli. Przez chwilę nie miał pojęcia co powiedzieć i po prostu patrzył się przed siebie, jak krowa w malowane wrota, a w tym przypadku wrotami była twarz Geraldine, być może równie mocno zszokowanej tym, jak potoczył się finał tego starcia. Erik zamknął usta i wypuścił powoli powietrze z płuc. Dopiero wtedy jego spojrzenie powędrowało na podłogę, gdzie bez problemów dostrzegł swoją szpadę.
— Cóż, nie mogę powiedzieć, że miałem to w planach. — Cofnął się o dwa kroki, drapiąc się po głowie. Spojrzał kwaśno na Yaxley, chociaż jego twarz poznaczona była lekkim uśmiechem. — To chyba oznacza, że czeka mnie bardzo długie kilka godzin, w których streszczę Bren, co się stało. — Zacmokał, siląc się na niezadowolenie. — Moje gratulacje, panno Yaxley. Wygląda na to, że znalazłem kogoś równego sobie. Lub lepszego. Przynajmniej spoza grona mojej rodziny.
Skłonił przed przyjaciółką głowę w geście szacunku, starając się przybrać maskę stoika, który w ogóle nie został urażony swoją porażką. Ego bolało i cierpiało, ale na wylanie swojego niezadowolenia pozwoli sobie w liście do siostry. Dawno nie dostała od niego bardzo długiego elaboratu na temat niezwiązany z pracą lub... innymi obowiązkami. Najwyższy czas, żeby wymienili się paroma wypracowaniami na temat jednego z ich licznych hobby.
— Myślę, że zasługujemy na coś pożywnego po tym wysiłku — rzucił, siadając na krawędzi magicznego podwyższenia, machając nogami w powietrzu. — Może skoczymy do jakiejś sokarni na Pokątnej? Powinni już mieć świeże owoce. Co pani na to, panno Yaxley?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞