Byłam w tak fatalnym stanie, że nawet niewidomy był w stanie to stwierdzić. Cóż za przypał. Otwarłam twarz raz jeszcze i założyłam okulary. Czas się ewakuować z tego smutnego miejsca.
— W kawiarni... Hm... Tej ze stolikami na zewnątrz?
Widziałam ją, gdy szłam do Ministerstwa, ale chciałam się upewnić. W dużych miastach było kawiarenek jak mrówek. Nie chciałam kolejnej akcji pod tytułem "czekałam na niego pięć godzin, a on na mnie też — każdy w innym lokalu".
Nie wiedziałam nawet co odpowiedzieć na resztę jego słów. Czułam, że się rumienię. A nie powinnam! Chciał być po prostu miły. Nie przyzwyczajona jeszcze byłam do tych potężnych, brytyjskich uprzejmości. Jak to mówią, człowiek wyjdzie ze wsi ale wieś z człowieka nigdy.
Dałam się odprowadzić i migusiem opuściłam Ministerstwo, które teraz wydawało mi się jeszcze mniej przyjemne niż wcześniej. Tłoczno tu i duszno. Po zaczerpnięciu oddechu na zewnątrz, rozejrzałam się za kawiarenką. Weszłam do środka, przejrzałam wystawę i na początku skoczyłam do łazienki. Musiałam umyć twarz. I popłakać raz jeszcze.
Zajęłam stolik na zewnątrz i zamówiłam najtańszą herbatę. Gdy w końcu pojawił się Dellian, zgubiłam język w gębie, po czym udało mi się wydukać proste "Cześć", które okazało się wystarczające.
Chłopak zamówił porządne śniadanie, a ja wzięłam tylko kawałek tego samego sernika z jagodami. Mój żołądek był wielkości ziarnka grochu, a zawartość portfela niewiele większa, ale sytuacja tego wymagała.
— Uhm... Dziękuję za pomoc w Ministerstwie... — zaczęłam mówić. Nie miałam pojęcia, jak pociągnąć rozmowę. Nigdy nie byłam w tym dobra. Splotłam dłonie na kolanach. Moje oczy wędrowały wszędzie, tylko nie na twarz Delliana. Chociaż czasami trafiały również i tam — tylko po to, by się upewnić, że na pewno nie mógł mnie widzieć.