• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
Wiosna 1971, 12 kwietnia - Pierwsze ataki Śmierciożerców

Wiosna 1971, 12 kwietnia - Pierwsze ataki Śmierciożerców
your new trauma
unbothered. moisturized. happy. on diagon alley, killing innocent people. focused. flourishing.
wiek
39
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
szmalcownik
Ścigany przez prawo, lecz nie każdy czarodziej od razu skojarzy jego twarz. Błękit intrygująco pięknych oczu, tak jasny jak wiosenne niebo, zdaje się skrywać pod sobą coś innego - ciemność, jakiej nie da się uchwycić słowami. Jego postura, choć nie wykazuje nadmiernego umięśnienia, emanuje przekonaniem o własnej wyższości. Niezbyt wysoki (mierzy 175 centymetrów wzrostu), ale z pewnym nieuchwytnym urokiem, nosi ze sobą aurę tajemniczości, której źródło ukryte jest w zakamarkach przeżartej melancholią duszy. To, co sprawia, że spojrzenia przylgną do niego jak dźwięki do ciszy, to nie tylko atrakcyjność zewnętrzna, ale coś w nim, co przyciąga i odpycha jednocześnie. Nie jest stary, ale jego oblicze nosi na sobie wyraźny ciężar czasu.

Umbriel Degenhardt
#1
22.12.2023, 15:18  ✶  
12 kwietnia 1971
Umbriel, Diana & Alexander
Pierwsze ataki Śmierciożerców

Nokturn nieodłącznie kojarzył się wszystkim z ciemnością. To wtedy na ulicy tętniło życie - w cieniu chowały się przecież najgorsze z upiorów, zaś w blasku dziennej łaski nocne opowieści musiały ustąpić miejsca światłu słońca. Wczesnym rankiem nie było tu absolutnie nikogo. Na Pokątnej wszyscy szli pewnie teraz do pracy, a może bardziej - szliby, gdyby nie dźwięk wybuchu, który zwabił patrolujących miejsce Brygadzistów gdzieś daleko pod Kocioł. Wszyscy pochowali się w czeluściach swoich domów, pozasuwali rolety, jedyne odgłosy stanowiły szumy, jakie wiatr przemycał przez zacienione bramy. I szepty. I ten charakterystyczny dźwięk kojarzący mu się ze strachem - kiedy do uszu człowieka nie docierały żadne dźwięki z zewnątrz, zadziwiająco dobrze słyszał własne tętno.

W alejce, jaką zamieszkiwali z Lavinią, wszystkie okna były zamknięte. Ludzie reagowali na dźwięk wybuchu w prosty oczywisty sposób - zaszywali się w tych norach, bo coś niewiadomego zszargało równowagę ich magicznej enklawy, pozostawiając po sobie ślad grozy. Nikt tu życiem nie będzie ryzykował, wyściubiając nosa poza bezpieczne schronienie, nikt z ich sąsiadów nie chciał ginąć bez sensu w imię ideałów jakiegoś losowego człowieka, który urządzał na ulicach Londynu rebelię w imieniu niewielu. Umbriel też ginąć za niego nie chciał, bo dopiero co wchodził w ten jakże pasjonujący świat, w którym nie dostrzegał w ogóle wartości godnych poparcia, ale coraz mocniej cenił go sobie za koncepcję wzbudzenia w cudzej duszy emocji tak silnych, tak trwałych, że potrafił napisać poświęcone im melodie jeszcze długo po tym, jak przestały trząść mu się nogi. Tak, był szalony. Był coraz mocniej pierdolnięty w głowę - żona pewnie dostrzegała to coraz mocniej, ale on sobie mówił, że lepiej było być jebniętym, niż być kompletnym idiotą jak niektórzy - jeżeli obłąkanie było ceną za geniusz, był gotów poświęcić mu się tu i teraz.

Dlatego słysząc wybuch, kontynuował palenie papierosa, wsparty plecami o fasadę kamienicy, w której mieszkali. I zamierzał palić go tak długo i tak spokojnie, jak dalece pozwoli mu na to otaczająca go rzeczywistość.

Był ciekawski. Chciał wiedzieć, co się działo, ale nie miał zamiaru iść pod Kocioł. Poza tym, patrząc prawdzie w oczy z perspektywy kogoś, kto miał przynajmniej odrobinę oleju w głowie - hałas zwabiający Brygadzistów był dosyć oczywistym sposobem na odwrócenie uwagi, a sama akcja, jej serce i ogniwo musiały dziać się gdzieś indziej. W miejscu, do którego nie miał dostępu z wielu względów. Tak przynajmniej myślał, bo jak się okazało - przypadkiem stał się częścią tej historii, chociaż w nie do końca oczywisty sposób.

Pan Morune uciekał alejką ile sił w nogach, ale ledwo już oddychał. Briell znał dobrze irytującego sklepikarza, wielokrotnie zdążył już zagrać mu na nerwach. Nawet dobrze patrzyło się na to, jak mężczyzna zatacza się po śmierdzącym, ciemnym bruku i skowycze, nie mogąc dobić się do żadnego z zaryglowanych od wewnątrz domostw. Nikt nie chciał mu pomóc i nikt nawet nie chciał patrzeć na niego - nikt oprócz Briella, dogaszającego papierosa o ceglaną ścianę. Nie wiedział, cóż takiego pan Mourne musiał uczynić Voldemortowi, że po niego posłali taką obławę, ale z całego serca życzył mu śmierci.

- Błagam cię, pomóż mi B-

Degenhardt zakrył jego usta palcem, uciszając go prostym gestem, zanim tutaj wykrzyczy jego imię. Nie chciał wiedzieć, ile oczu i uszu może śledzić tę historię zza zasuniętych firan, po prostu założył, że być może kilka par - więc niech będzie cicho. Machnięciem różdżki otworzył klapę prowadzącą do znajdującej się przy jego domostwie piwniczki, a Mourne naiwnie wskoczył tam, robiąc minę, jakby miał mu do końca życia być wdzięcznym za ratunek. Szwed w to ani trochę nie wierzył. Westchnął ciężko, widząc siwiejącą czuprynę znikającą w objęciach czerni. A później usłyszał zbliżające się kroki.

Nie pomylił się - Śmierciożercy mieli go gdzieś. Szukali konkretnej osoby i spieszyli się, bo im pewnie czas umykał już przez palce, zanim Brygadziści rozleją się mocniej po magicznych dzielnicach, szukając prawdziwego powodu, źródła tego chaosu. Nie znał ich, nie rozróżniał, nie miał prawa kojarzyć tożsamości skrywanych za maskami, oni jednak mogli znać jego - jego muzyka ozdobiła jedno z zeszłorocznych, triumfalnych przyjęć, chociaż ani on, ani Lavinia najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z tego, w jak gęste zamieszanie się tym wpletli.

Kiedy go mijali, zagwizdał prostą melodię i skinął na tę klapę od piwnicy, teraz już zamkniętą, ale nie na kłódkę. Kłódka leżała obok. Degenhardt nie powiedział nic. Bo wiedział, jak łatwo było odczytać takie słowa z niepozornych przedmiotów - one pamiętały i nie powinny zapamiętać w tym wszystkim jego głosu.


they should be
t e r r i f i e d
of me
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#2
06.01.2024, 04:57  ✶  
— Umbriel Degenhardt? Ten... — zapytała Alexa, który z niespodziewanym refleksem zahartowanego w konspiracyjnych bojach szpiega, przyłożył jej grubego, jak na jej własne gabaryty, palucha do ust. Wywróciła oczyma, w duchu przyznając, iż jej echujący na cały korytarz Ministerstwa, głos, nie był wystarczająco subtelny do prowadzenia tego typu konwersacji, i chociaż oboje byli skończonymi kretynami, to stosując zamienny system ostatniej szarej komórki, udawało im się do tej pory jakoś przetrwać bez zamknięcia w Azkabanie i soczystej Avady w plecy.
— A to gagadek — zaśmiała się chwilę później, już w ciasno zamkniętej windzie — a tak pięknie grał... nie podejrzewałabym wrażliwego muzyka o takich rozmarzonych błękitnych oczach, o podobne... straszne, straszne rzeczy. Kto wie— uśmiechnęła się pod nosem — może nasze drogi kiedyś się przetną.

***
Rozłożona na tapczanie niczym osmańska konkubina, łypała wzrokiem na Donalda, który z jakiegoś głupiego powodu kręcił się po salonie jak tępa mucha w maśle. Zastanawiała się czy to starcza demencja nakręcała go do ciągłego zapominania po co i dlaczego w pokoju się zjawiał, czy też może wrodzone spierdolenie, z którym nic nie dało się zrobić.
— Usiądziesz w końcu na tyłku? — fuknęła spod zmiętego, różowego magazynu plotkarskiego, na okładce którego okazała się ruchoma postać ciemnowłosej malarki, podejrzanie wręcz podobna do Loretty Lestrange.
POD LUPĄ: CZY ARTYSTKI SĄ BARDZIEJ ROZWIĄZŁE i WYUAZDANE?
Ofuknięty Donald zatrzymał się w pół drogi z pokoju i już zmierzał ku niej z zaciśniętą piąstką, łypając spojrzeniem zrodzonym z burzy, gdy Diana zasłoniwszy się odruchowo gazetką, wyjękała pojednawcze:
— To do Alexa przecież, uspokój się — mrugnęła do szwagra, który siedział na przeciwko niej, na bliźniaczym tapczanie i apatycznie wpatrywał się w ścianę. Nie do końca zareagował na jej oskarżenia, ale na Donalda zasłaniającego mu obraz pustej ściany, już tak.
Zmrużył gniewnie oczy.
OKIEM EKSPERTA: NAJŁADNIEJSZE PŁASZCZE TEJ WIOSNY - JAK ZWRÓCIĆ JEGO UWAGĘ
— Pierdolone lenie z was. Jakoś udało wam się zapracować na znak. Wiecie, że macie mu dużo więcej do udowodnienia, prawda?
Rzuciłby czymś w zarówno jego i nią, ale niczego oprócz kapcia z puszkiem doklejonym na czubku, pod ręką nie miał. Biedny Donald.
Żadne z nich nie odpowiedziało niczym na jego słowa; wymienili jedynie spojrzenia, niechętne, niespieszne, buźki zajęte grymasem zniesmaczenia. Niechęci.
Strachu?
***

Jeszcze nie świtało.
Żyły ukryte pod pergaminem skóry uwypukliły się wstęgami zarazy, przygaszone spojrzenie nabrało świecistego blasku, płomienia, za którym tak goniła. Jej źrenice, wyglądające jak dwie szpilki, zwrócone ostrzem w stronę rozmówcy, nagle przemieniły się w bezkresną otchłań pożerającą wszystko co dobre i złe.
Była gotowa.
—Śmierdzi tu — zajęczała, zjawiwszy się już na Nokturnie; osowiała i ewidentnie smutna, że buciki, które specjalnie założyła na tę okazję, schowane były pod paskudnym płaszczem, który zakrywał wszystko, co powinien. Czarne, długie płaszcze z głębokim kapturem po założeniu wydawały się okalać wszystkich Śmierciożerców dymem i zarówno ona jak i Alex nie mieli być wyjątkami. Ich zadaniem było ukrycie sylwetek śmieciojadów, a także mylenie postronnych osób, nawet w kwestiach tak szczegółowych jak model chodu, gestykulacja. Głos.
W tej postaci Alex nie wydawał się już być gigantem, był człowiekiem takim samym jak ona, zupełnie zwyczajnym, bezosobowym. Ktokolwiek skonstruował ich stroje, doskonale wiedział do jakich intencji jego dzieło będzie eksploatowane. Do tych najgorszych.
Diana żałowała, iż nie pojawił się z nimi Donald, po części podejrzewając, iż facetowi tak naprawdę nie chciało się siać chaosu w imieniu Czarnego Pana i jego obecność w szeregach takiego złola, była niczym innym jak kolejną wizerunkową zagrywką. Moi fajni koledzy dołączyli, to czemu ja również miałbym nie dołączyć? Kurwa, a teraz to ona musiała zrywać się o świcie z łóżka i torturować szlamy. Nie żeby nie sprawiało jej to jakiejś sadystycznej przyjemności, ale osłonięta brzydkim płaszczem, w brzydkiej dzielnicy i o brzydkiej porze dnia, trochę traciła zapał do całego przedsięwzięcia.
— Wolę kiedy nie uciekają — rzuciła w eter, gdy ich cel ruszył w bezzwłoczną ucieczkę, tak jak każdy zdrowy na umyśle człowiek by postąpił. I to żmudne, paskudnie irytujące dreptanie... które nagle przerwał melodyjny gwizd.
Otwarta klapa. Piwnica. Kłódka? Brak.
Och, i piękny pianista, Briel Degenhardt, u stóp którego ta kłódka jednak leżała...


Chwasty trzeba wyrywać.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#3
14.01.2024, 02:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.01.2024, 04:01 przez Alexander Mulciber.)  
Dobudzenie Diany było najtrudniejszym etapem stosunkowo krótkiej, acz nieco upierdliwej misji, którą otrzymali z ramienia śmierciożerców: zabić Jasona Mourne, jednego ze śliskich nokturńskich cwaniaczków, którego niepozorny, acz wcale dobrze prosperujący sklepik, okazał się być sprytną przykrywką dla mniej legalnych interesów - takich wymykających się oficjalnym rekordom ksiąg ewidencyjnych - zupełnie przypadkowo kolidujących z interesami ugrupowania skupionego dookoła Czarnego Pana.

Normalnie nikt nie zawracałby sobie głowy jakąś społeczną wszą, pragnącą dorobić tych parę knutów na pośrednictwie w handlu magicznymi artefaktami, a przy okazji - wyssać trochę krwi (dalece lepszej krwi, niż ta lurowata mieszanka płynąca w żyłach Mourne, co należy podkreślić) ze zwalistych cielsk lokalnych baronów, którym na porządku dziennym usłużnie lizał dupy - jak pijawka, która postanawia przyssać ci się do tyłka - tak to już chyba wyglądało w łańcuchu troficznym Nokturnu, każdy kogoś wykorzystywał, i nikt się specjalnie o to nie gniewał, dopóki pieniądze w odpowiedniej ilości wpadały do odpowiednich kieszeni w odpowiednim czasie a hierarchia połświatka pozostawała niezaburzona... W tej skomplikowanej siatce powiązań, Mourne'a zgubiła pospolita chciwość.
Mógł siedzieć cicho; skupić się na rozwijaniu własnego biznesu i dalej zapewniać dogodne miejsca na wymianę towarów; urywać knut po knucie z powierzanych mu zleceń, tak, że albo nikt by tego nie zauważył, albo machnął ręką, i po prostu policzył to w poczet spodziewanych kosztów dodatkowych... Mógł siedzieć cicho i pasożytować, i może nawet stałby się kiedyś kimś, tak jak teraz był nikim, ale postanowił, nader ambitnie (i nader głupio), opuścić ograniczające go ramy klasowe, i zawalczyć o swoją pozycję na rynku handlu artefaktami magicznymi.
Zaczął od kradzieży jednego z transportów organizowanego przez Donalda.

Normalnie, Alex i Diana uznaliby to za wspaniały żart - i to taki z przytupem. Może nawet stwierdziliby, że z tego Mourne'a to dobra morda, i opiliby jego plan biznesowy... Już wymieniali nawet porozumiewawcze spojrzenia: ona, leżąca na futonie, jakby czekała na sesję z Freudem w buduarze, albo żeby ktoś namalował ją jak jedną z tych francuskich dziewczyn, znudzona i z trudem powstrzymująca się od ziewnięcia... dopóki nie zobaczyła, że mąż wykazuje wszelkie objawy opętania, bo wtedy jej oczy rozświetlił dziwny blask, jakby obecność innych demonów wyjątkowo silnie rezonowała z diabelskimi podszeptami w jej głowie, i wsparła się gwałtownie na ręku, jakby miała wstać; on - wcześniej rozwalony w fotelu przed biurkiem brata, jakby nie siedział w gabinecie, którego wnętrze przewijało się w jego koszmarach, tylko odpoczywał w wakacyjnym kurorcie o nazwie wóz cygański na wybrzeżu Francji z ukochaną kobietą u boku, zaciskając mocno dłonie na oparciach siedziska, trochę dlatego, że nie chciał, by Donald zobaczył, że drżą od nadużywania alkoholu, a trochę dlatego, że miał cholerną ochotę na wypróbowanie nowej sztuczki z kartami, którą wczoraj wymyślił; teraz wyprostował plecy, jakby pierdolenie brata było jakimś fascynującym zagadnieniem z dziedziny wróżbiarstwa...

Bo okazało się, że artefakt sprowadzony do kraju przez Donalda, specjalnie przewożony był w tajemnicy - z zachowaniem tylko niezbędnych środków ostrożności, aby nie wzbudzać zbytniego szumu i niepotrzebnego zainteresowania wśród konkurencji - miał być bowiem podarkiem dla samego Czarnego Pana, który wyraził zainteresowanie podobną usługą.

Czym właściwie był tajemniczy podarek od starszego z Mulciberów? Skąd Mourne wiedział, że niepozorny transport okaże się najcenniejszym, na jaki mógł trafić? Czy jego postępowaniem kierowało coś więcej niż czysty przypadek? Alex nie wiedział, i prawdę mówiąc, nie chciał wiedzieć, chociaż Donald wyjaśnił to wszystko jemu i Dianie - a raczej wykrzyczał, rozwalając przy tym swój elegancki gabinet - brat do śmierciożerców przynależał od niedawna, więc jasnym było, że chce pokazać swoją przydatność dla sprawy i zrobić na Czarnym Panu dobre wrażenie: poruszył niebo i ziemię, by w możliwie najkrótszym czasie przejąć artefakt z powrotem, jednak nie zrobił tego na tyle szybko, by ukryć swoją niekompetencję, na co Czarny Pan stwierdził, że chce od razu dostać z prezentem także głowę Mourne na talerzu. Ten jednak, okazał się trudniejszym celem niż jakiś magiczny staroć, bo przez ostatnich kilka dni ukrywał się bogowie wiedzą gdzie...

Kto więc został wyznaczony, by posprzątać bagno starszego z Mulciberów? Nie Donald, wbrew jegu ogromnego oburzeniu, a Diana i Axel, oczywiście, jakby nie mieli wystarczająco dużo własnych problemów. Na przykład zakup gustownego płaszcza na wiosnę i sprawdzenie, czy artystki są rzeczywiście bardziej rozwiązłe niż inne kobiety.

Alexander mógł myśleć tylko o tym, jakim jebanym dupkiem jest Donald, kiedy ten nieustannie zatruwał ich niespieszną domową rutynę na przemian to groźbami, na przemian to pasywno-agresywnymi tekstami o ich niekompetencji, tchórzostwie, lenistwie i ogólnie bezsensowności ich istnienia.

Razem z Dianą najchętniej przygotowywaliby tę akcję według swojego ulubionego modus operandi: siedząc na dupach i czekając na cud (wizję albo głos Slutherina), ale brat łaskawie odwalił część roboty za nich - jako że Czarny Pan przyzwoilił mu na działanie zza kulis (i słusznie, to była tylko i wyłącznie jego wina) - i wynalazł wszystkie potrzebne informacje, w tym lokalizację aktualnej kryjówki Mourne'a, i jeszcze piromana-bombowca do pomocy.

Tylko, kurwa, zaplanował całą akcję na jakąś horrendalnie wczesną godzinę, co miało być chyba jakimś niesmacznym żartem, i niesłychanie prowokowało młodszego z braci Mulciber do zapytania, kto tutaj chce coś komuś udowadniać, co, ale ostatecznie zdecydował, że lepiej zamknąć mordę, odwalić robotę, i mieć problem z głowy.
Donald go wkurwiał, ale czasem jeszcze bardziej przerażał.

Zwłaszcza, że Axel nie miał takiego znowu problemu z czasową organizacją przedsięwzięcia - on po prostu wcale nie kładł się spać. I tak by nie zasnął, nie, kiedy miał tyle spraw na głowie... Ale Diana.

Och, Diana.

Prawie przewrócił się, zanim dotarł do jej królewskiego łoża, uginającego się pod ciężarem poduszek, kocy i najmiększych materaców z pierza jakichś zagrożonych wyginięciem gatunków ptasząt, bo na ziemi leżały porozrzucane ubrania; dostrzegł w kącie śmierciożerczą pelerynę, ale najpierw zamiast niej podniósł jakiś satynowy szlafrok. Śpiąca z Dianą, wytarta maskotka, która wyglądała jak jedna z tych wyciąganych wielkimi szczypcami z festynowych albo cyrkowych maszyn z zabawkami, patrzyła z wyrzutem na Alexa, kiedy próbował wybudzić szwagierkę ze śpiączki. Pajęczyna snu zlepiała jej rzęsy, tak samo jak pozostałości mascary z wczorajszej imprezy, kiedy w końcu wyciągnął śpiącą królewnę z łóżka, pomimo wszystkich: "Alex, dlaczego mnie tak nienawidzisz, co ja ci zrobiłam", i litanii karalnych gróźb, ktore przyjmował z absolutnym spokojem - ale kiedy Diana ofuknęła go, że nie wyjdzie z domu, nie wykonawszy przedtem wszystkich kroków ze swojej skincare morning routine, poczuł że jednak traci cierpliwość.
O czym ona w ogóle mówi?, pomyślał. "Diana, przecież program 12stu kroków nigdy na nas nie działał", jęknął, sam już dawno gotowy do drogi.

- Bo to slumsy - rzucił już w ferworze działania, na komentarz szwagierki, której wrażliwy arystokratyczny nosek buntował się wobec odoru pospólstwa i smrodliwych demonstracji biedy nokturńskich podwojów... Zanotował w myślach: następnym razem budzić ją za pomocą soli trzeźwiących. Widać takie pierwotne doznania zmysłowe działały na nią bardziej niż zdroworozsądkowe argumenty. Ale bądź co bądź, Diankę kochał szczerze is the smell bothering you, queen, więc podsunął jej chusteczkę, żeby przyłożyła ją do noska i nie cierpiała bardziej, niż to było konieczne.

Tak, morderstwo jakiejś kapitalistycznej świni, która podeszła do niewłaściwego koryta, było najłatwiejszą częścią tej misji, zwłaszcza, że wybuch bomby pozbawił ich cel kryjówki, w której spędził ostatnie trzy dni, i spowodował, że wieprz wyskoczył ze swojego bunkru jak szynka z wędzarni. Alexander zgodził się z Dianą, że "trzeba mu było połamać nogi", choć i tak poszli skrótem, bo Alex był zdecydowany zaufać swojej wizji, w której wybrali taką, a nie inną trasę... Jak zwykle, nie mylił się, choć akurat widok Degenhardta był dlań zaskoczeniem.
Kiedy mógł go ostatnio widzieć? Dawno temu, choć na pewno zdarzyło się kilka okazji do spotkań, po tym, jak zapoznali się na weselu brata Rosie z siostrą Umbriela, przed laty. Teraz niespecjalnie chciał ufać temu degeneratowi, po pierwsze dlatego, że ostatnimi czasy aspirował widocznie do zaszczytnego grona zabijaków chcących jakoś skorzystać na współpracy z Czarnym Panem, skoro bywał w takich a nie innych miejscach i robił takie a nie inne rzeczy, po drugie, był artystą, i to dobrym, a jak wiadomo, każdy prawdziwy artysta skrywa w sobie jakąś nutę szaleństwa, po trzecie dlatego, że był Degenhardtem. A z tego rodu to Axel życzył dobrze co najwyżej Persefonie, której to wróżył na jej weselisku z Hadesem razem z Rosie u boku, bo od kiedy dowiedział się, że Ambrosię łączą z bratem Umbriela stosunki bliższe aniżeli te czysto biznesowe, to - mimo że łączący ich romans nigdy nie był taki sam po ich kłótni i po tym, jak zapoznał się z Lorettą - jakoś Otta nie mógł przetrawić, i gdzieś tam głęboko w środeczku życzył mu, żeby upadł na ten swój głupi ryj i wybił sobie oba wampirze kły naraz.

Czym zresztą zawinił Umbrielowi Jason Mourne? Czym pospolity sklepikarz mógł zasłużyć na gniew mrocznego muzyka? Sprzedać mu samogrający fortepian? Stojak na nuty, który o dwa takty za wcześnie przerzuca kartki partytury? Batutę, która zmienia się w pejcz, jeżeli machnie się ze zbytnim uczuciem?

Na szczęście, Diana, ze swoją zdolnością legilimencji, była niezrównana w sekcjonowaniu zawartości męskich umysłów, i mogła znaleźć odpowiedzi na te pytania szybciej niż zrobiłby to Alex, dlatego to właśnie jej postanowił zostawić Umbriela na pożarcie: przecież widział, że w jej zaspanych oczęta po raz pierwszy dzisiaj obudziła się ciekawość, a poza tym, w drodze do domu nie chciał słuchać narzekań, że jucha Mourne'a zabrudziła jej fikuśne buciki. Dzięki prekognicji wiedziałby zresztą wcześniej, gdyby szwagierce groziło realne niebezpieczeństwo, dlatego zdecydował się zostawić ją samą, z nadzieją, że uniknie trochę niezręcznego spotkania po latach. Skinął tylko głową Degenhardtowi, kiedy podeszli wystarczająco blisko. Szkoda, że nie stał tutaj ten drugi degenerat - wtedy nawet ucieszyłby się, gdyby Diana rozpierdoliła mu mózg legilimencją, bo akurat Umbriel zawsze wydawał się raczej równym ziomkiem.
- Zaczekaj - mruknął więc, ledwo słyszalnie. Jednym machnięciem różdżki otworzył drzwi piwnicy, i zamknął je za sobą, znikając w ciemnościach.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
your new trauma
unbothered. moisturized. happy. on diagon alley, killing innocent people. focused. flourishing.
wiek
39
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
szmalcownik
Ścigany przez prawo, lecz nie każdy czarodziej od razu skojarzy jego twarz. Błękit intrygująco pięknych oczu, tak jasny jak wiosenne niebo, zdaje się skrywać pod sobą coś innego - ciemność, jakiej nie da się uchwycić słowami. Jego postura, choć nie wykazuje nadmiernego umięśnienia, emanuje przekonaniem o własnej wyższości. Niezbyt wysoki (mierzy 175 centymetrów wzrostu), ale z pewnym nieuchwytnym urokiem, nosi ze sobą aurę tajemniczości, której źródło ukryte jest w zakamarkach przeżartej melancholią duszy. To, co sprawia, że spojrzenia przylgną do niego jak dźwięki do ciszy, to nie tylko atrakcyjność zewnętrzna, ale coś w nim, co przyciąga i odpycha jednocześnie. Nie jest stary, ale jego oblicze nosi na sobie wyraźny ciężar czasu.

Umbriel Degenhardt
#4
06.02.2024, 01:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2024, 11:11 przez Eutierria.)  
Alexander odrobinę się w ocenie Degenhardta pomylił. Owszem, był artystą i to takim wysokiej klasy, do tego nie można było odmówić mu idącej z tym w parze głośnej nuty obłąkania, która nawet mając na uwadze jego geniusz muzyczny, naciskana była tak maniakalnie i do porzygu, że przywodziła na myśl bardziej skowyt zarzynanego psa, a nie trel rudzika. Mówiąc mniej poetycko: no po prostu było coś złego już w samej jego mordzie, kiedy się tak patrzył na te dwie odziane w ciemne płaszcze postacie. Oczy miał tak jasne, że wielu powiedziałoby: puste. Ale one nie mogły być puste, nic co było odbiciem duszy Degenhardta nie mogło świadczyć o pustce - tam się działo aż za dużo, za mocno, zbyt intensywnie. Tam wszystkie trybiki były naoliwione, on podejmował decyzje świadome i był całkiem niezłym szachistą, nie pozostawał w tyle kiedy przychodziło co do czego, po prostu... Było w nim coś okrutnie, dusząco wręcz złego. Kiedy się na niego patrzyło z pozycji widza, muzyk musiał uchodzić po prostu za ekscentryka, a kto znał pianistę, co nie był ekscentrykiem? Ludziom sztuki się pewne rzeczy po prostu z góry wybaczało - no bo przecież, żeby tworzyć dzieła godne pokazywania ich na wielkich arenach, to trzeba było przeżywać. No właśnie - przeżywać. A skoro błękit jego oczu nie był pusty, to czy mógł być chłodny? Też nie. Bo ktoś chłodny, zdystansowany nigdy by nie stworzył żadnego utworu, co by w sobie nosił zapis emocji, a Degenhardta nie zapraszano na tak ważne uroczystości, żeby grał o niczym, albo o tym jak niewiele bodźców do niego dociera.

Za błękitem tych tęczówek, za tą woalką czarnych jak smoła, gęstych rzęs, pod tymi przydługimi, ale elegancko ułożonymi włosami, krył się umysł człowieka podłego z czystej, ludzkiej ciekawości. Alexander się pomylił - Degenhardt wcale nie opowiedział się nigdy po stronie Czarnego Pana. On się na tym występie pojawił z przypadku. Wybrał go pan Pinns. Pan Pinns w gruncie rzeczy też nie spodziewał się chyba, że tego dnia w Luminares kolację zjedzą akurat Śmierciożercy. I on i Lavinia domyślili się prawdy tego samego dnia rano, trzymając w dłoni poranne wydanie Proroka Codziennego, pijąc pierwszą i ostatnią kawę przed wyjściem. Oczywiscie - mogli zrezygnować, nikogo by to pewnie nie zdziwiło. Trochę się wtedy bał, że nienawiść zwolenników Voldemorta stanie się szersza - rozciągnie się na imigrantów, na czarodziejów niby czystej krwi, ale jednak przyjezdnych, z naleciałościami z dalekich stron. Pewnie gdyby się kogokolwiek z tych angielskich ciołów zapytał gdzie konkretnie leży Bergslagen, to nikt by nie wiedział, a przy pierwszym strzale pokazaliby palcem Niemcy. No to... czemu tam poszli? Bo on chciał. Bo coś poczuł. Wreszcie poczuł coś tak intensywnego, ten stres, strach, tak mu to zmąciło w głowie i oh tak (!) coś wzburzyło go na tyle, aby tak mocno czuć, że żyje. Żył tak intensywnie jak tego potrzebował.

Intensywność płynęła w jego żyłach, pragnął emocji, inaczej wolałaby nie oddychać. Zakochał się w pannie Moreau i ożenił z nią tylko i wyłącznie dlatego, że ona też potrafiła to docenić, poczuć, zrozumieć, a później ubrać w coś, co potrafił uznać za piękne. Może nie muzykę, ale muzyka to była jego dziedzina, a te plamy barwne...

Zaspokajały go na tyle, aby mogli spokojnie i szczęśliwie koegzystować. Może i żyliby tak długo i szczęśliwie, gdyby Degenhardt nie złapał dzięki bliźniakom Lestrange okazji do stania się kompletnym szaleńcem. Potworem. Chyba można już go było tak nazwać, chociaż to dopiero jedno z pierwszych wspomnień na drodze, jaką pokonał, aby się nim stać?

Stojąc naprzeciwko Diany Mulciber czuł dużo rzeczy. Jego twarz pozostała jednak niewzruszona. Nie był byle grajkiem, występował już na oczach tak wymagających sal gości, że zawiódłby się na sobie, gdyby teraz pękł.

Morderca z przypadku. Jednocześnie przyszły najlepszy nabytek ich szeregów, człowiek właśnie od tak brudnej roboty, jakiej nie chcieli wykonywać. Nieruchomy, ale nie ze strachu. Nie wiedział czego się spodziewać i nie wiedział też co zrobić z rękoma, więc sięgnął po drugiego papierosa. Kobiecie, chociaż w tym odzieniu nie miał pojęcia, że była kobietą, również zaoferował paczkę. Tylko jak miała zapalić w tej durnej masce? Pokracznie wzruszył ramionami, bo to jednak było kompletnie bez sensu.

W wyobraźni usłyszał krzyk pana Mourne. Tylko i wyłącznie w wyobraźni. No bo do diabła - czyj dom miałby być tu najlepiej wyciszony, jak nie dom pianisty? Sąsiedzi waliliby mu w ściany codziennie, gdyby nie nałożył na niego szeregu stosownych zaklęć. Cokolwiek wrzeszczał teraz Mourne, odbijało się echem tylko i wyłącznie po przestrzeni tejże piwnicy. A poza nią było tak cicho, cichutko jak nigdy. Nikt się jeszcze na Nokturn nie odważył wychylić, bo na Pokątnej wciąż wrzało. Po co mieli ryzykować życiem? Nawet tutaj, w tej pozbawionej bogów dzielnicy, niewielu znalazło się tak stukniętych w dekiel jak durny Degenhardt.


they should be
t e r r i f i e d
of me
Księżniczka Ćpunów
stworzono mnie ostrym, bezlitosnym gestem:
nie z żebra twojego, a z ciosów jestem
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niziutka, mierząca sobie 158cm, kobieca figura, którą zawsze podkreśla fantazyjnymi i naprawdę drogimi kreacjami. Krótkie blond włosy zawsze nosi rozpuszczone. Z uśmiechem przylepionym do warg, wygląda jakby pływała w obłokach, choć gdy się jej dłużej przyjrzysz, w piwnych oczach dostrzeżesz burzę.

Diana Mulciber
#5
05.06.2024, 01:30  ✶  
Powietrze przecinał ostry zapach uryny zmieszany z wonią zakrzepłej niegdyś krwi. Nie należała do tego miejsca i to miejsce nie należało do niej. Wiedziała, że Donald robił im na złość i że Czarny Pan miał głęboko gdzieś o której i kiedy wykonują swoje misje, wszak lojalności nie zaskarbiało się pobudkami o parszywym świcie. Bo do jasnej cholery, gdzie byli ci wszyscy piekarze i inny plebs tego świata, który pracował na jej arcywygodną egzystencję?
W głęboką irytację obracał ją fakt, iż mężowi nie wystarczała władza nad jej bytem i egzystencją — popychając ją, świeży i nieopierzony narybek w ramiona organizacji, stawał się jej seniorem również i w jej szeregach. Bo jemu jakoś wciąż było mało i jeśli tylko stawała przed nim nowa okazja by mieć nad nią więcej władzy, to po nią sięgał. A ona z każdej tej okazji próbowała się wyślizgiwać, jak mała, zwinna glista.
Wymieniła z Alexem nieme spojrzenia, nie racząc się o komentarz. Na Nokturnie o tej porze było przeraźliwie, głucho cicho. Żadnego ulicznego dziecka, żadnej kobiety o kusząco odsłoniętym kolanie i wyrysowanym udzie pod materiałem spranej spódnicy, żadnych naganiaczy do klubów i szemranych pseudo kasyn. Tylko widma Donalda spoglądającego na nią karykaturalnie z odmętów pamięci. Musiała się skoncentrować, bo z zepsutą krwią myślało jej się dużo gorzej.
Obserwowała wejście szwagra do piwnicy, ale papierosowy ruch mężczyzny skutecznie odwrócił jej uwagę od pochłaniającej ciemności. Brew drgnęła ku górze, ostro zakrzywiona, zdradzająca pełne zaintrygowanie.
W ocenie Degenhardta nie pomyliła się za to Diana.
Pomyślała o mętnym skrawku chwili w którym go po raz pierwszy usłyszała. Tak jak dziś, bezmiennie, spotkał ją bezkresny błękit przywodzący na myśl wiosenne niebo, który niczym zaszronione lustro, zdawało się skrywać mroczną, podłą tajemnicę. Tajemnicy Degenhardta nie znała, ale być może było coś we stwierdzeniu swój swojego pozna — bo przecież ze złudniczo anielskiej buźki nie można było wyczytać intencji kryminału, ale Mulciber jakoś potrafiła, albo tak jej się wydawało.
— Dołączysz? — skierowała pytanie do Umbriela. Czy właściwie było to pytanie? Chciała zabrzmieć drapieżnie, może nieco dziko, jako iż matrycę jej twarzy, jedyną kartę przetargową w chorym flircie jaki chciała uprawiać, zasłaniała obrzydliwa maska.
Z środka nie dochodziły żadne zdławione dźwięki przestraszonego, niezrozumiałego błagania zza knebla. Cokolwiek znalazł tam Axel, cokolwiek tam na niego czyhało, musiało oddać tam swe ostatnie tchnienie. Po prostu zdechnąć.
Nie bywała sentymentalna, nie marnotrawiła energii na myślenie o dawnych ofiarach, o truchłach, których krew na jej rękach dawno temu wystygła, o twarzach wykrzywionych w wiecznej agonii. Podobno powinna pamiętać obraz ich ostatnich minut oraz cierpienia, ale coraz częściej łapała się na tym, że już tego nie potrafiła.
Coś jej podpowiadało, że znajdujący się tuż obok mężczyzna nie spojrzałby na nią osądniczym spojrzeniem.


Chwasty trzeba wyrywać.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
15.09.2024, 17:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2025, 21:40 przez Alexander Mulciber.)  
Otworzył kopniakiem drzwi piwnicy, wyłaniając się z powrotem na powierzchnię: czarna szata Śmierciożercy była wciąż podejrzanie czysta, ale maskę zdobiły teraz rozbryzgi krwi. W wolnej ręce ściskał niewielkie zawiniątko. Obrzucił krótkim, oceniającym spojrzeniem Degenhardta. 

– Nie baw się jedzeniem – rzucił w stronę Diany, znudzenie przebrzmiewające w głosie stłumionym przez maskę. Z lekkim niesmakiem zaczął wycierać brudną różdżkę o skraj czarnej szaty.

Trigger Warning: brutalny opis ostatnich chwil pana Morune (Odkryj)
Wieprz miał w sobie zadziwiająco dużo krwi, choć był tak przerażony, że nie zdążył nawet kwiknąć, zanim Mulciber odciął mu głowę. Szkoda, pomyślał, splatając zaklęcie jakby od niechcenia, w innym życiu mógłbym uścisnąć ci rękę i pogratulować, że zrobiłeś z Donalda głupca. W tym życiu nie miał jednak współczucia – w tym życiu mógł mu zaoferować tylko szybką śmierć, choć wątpił, by handlarz sobie na takową zasłużył: wystarczyło jedno pociągnięciem nosem, by zrozumieć, że zmoczył się ze strachu, jedno spojrzenie w te przerażone prosiakowate oczka, by Alexander oskórował go w myślach z resztek człowieczeństwa. Głowę zachował, ale ciało przetransmutował w kawałek mięsa. Zamierzał rzucić je bezdomnym psom błąkającym się na peryferiach Londynu. Wiedział, że zaklęcie nie będzie działać długo, więc prędzej czy później ktoś znajdzie rozwleczone przez zwierzęta członki Morune’a, ale wtedy nie będzie to już jego problem. Z zadowoleniem skonstatował, że krew nie wycieka z woreczka ze skóry wsiąkiewki, gdzie schował swoje trofea. Machnął niedbale różdżką, sprzątając najgorsze zabrudzenia. Nie przyłożył się za specjalnie, więc wprawne oko szybko dostrzegłoby drobne rozpryski krwi na gratach zapełniających piwniczne półki, w załamaniach sufitu, a bliższa inspekcja ujawniłaby, że plamy na etykietach, których użyto do oznaczenia domowych przetworów, to nie jest bynajmniej dżem truskawkowy.

Krew, która oblepiła cisowy trzonek, nie zdążyła jeszcze porządnie zakrzepnąć. Wystarczyło przetrzeć. Tyle lat używania, a na drewnie nie było ani jednej rysy – w przeciwieństwie do ciała Alexa, które składało się niemal wyłącznie ze skaz, obrośniętych nową skórą starych blizn i niechlubnych szram. Nigdy nie opuściły go stare przyzwyczajenia z klubu pojedynków: traktował swoją różdzkę z taką samą rewerencją, z jaką traktował karty tarota – najważniejsze instrumenty jego pracy – szanował je tak, jak nie szanował samego siebie.

– Patrole będą najpierw przeczesywać wschodnią dzielnicę – stwierdził, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Skinął głową Umbrielowi, posyłając spod maski ironiczny uśmieszek Dianie – pozwolił jej nacieszyć się nieco mniej krwawą, ale z pewnością bardziej satysfakcjonującą zdobyczą – odszedł kilka kroków, zanim teleportował się, by rzucić głowę Morune'a prosto na biurko brata. 

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1995), Diana Mulciber (1114), Umbriel Degenhardt (1521)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa