Nie widział żadnej szkody w tym, że nikt nie nosił tego nazwiska.
Szkodą było co najwyżej to, że ktoś zdołał się rozmnożyć i zapewne spłodzić Voldemorta.
– Sądząc po tym, że duch spadkobierczyni szuka drogi do domu jakąś godzinę marszu stąd… nie wydaje mi się, aby umarła od jakiejś choroby we własnym łóżku – rzucił tylko odnośnie samego rodu Cape, przemieszczając się powoli po parterze. Przystanął przy jednej ze ścian i powiódł po niej dłonią: wciąż pozostały na niej ślady zdobień, ale zatarte przez czas. – Pewnie służba i miejscowi rozkradli, co się dało, a potem dworek popadł w ruinę, kiedy właściciele zginęli – stwierdził z pewnym zamyśleniem po chwili milczenia. Szukał w głowie wzmianek o nazwisku Cape, a nawet czekał, czy przypadkiem Salazar nie zechce podrzucić jakiejś wskazówki, ale Slytherin milczał uparcie.
– To jej słowa, nie moje. Zobaczyła oczy. W szkolnej łazience. I umarła. Jeżeli cię to pocieszy, to było kilkadziesiąt lat temu – oświadczył, odwracając się go Ginewry. Nie, nie wierzył, że to metafora. Myśl o wężach, o dziedzicu Slytherina, o Komnacie Tajemnic i opowieściach matki nie dawała mu spokoju w tamtych dniach, tuż po rozmowie z duchem. – Jak sądzę czternaście – stwierdził, po szybkich przeliczeniach. Mógł mieć błędne informacje, w końcu nie wypytywał Marty o takie szczegóły: wiedział tyle, ile mu powiedziała, strzępy zaledwie, bo i sam nie chciał wtedy zbytnio rozmawiać, i potem tyle, ile znalazł, próbując się upewnić.
– Jeśli miałbym zgadywać… strach, zawziętość i niechęć. Podobno później straszyła jedną ze szkolnych koleżanek, ale nigdy nie poznałem szczegółów – rzucił.
Cathal przypatrywał się Ginny, trochę zaintrygowany, co takiego chodziło jej po głowie, gdy rozglądała się w milczeniu i zdawała się coś kalkulować. Nie odzywał się już, pozwalając jej na to, sam w końcu na tyle często wpadał w stan zamyślenia, że nie powinien krytykować tego u innych. A gdy zamieniła się w sokoła, uśmiechnął się tylko, spoglądając, jak ta wzlatuje na górę i zadarł głowę, patrząc za nią. Druga forma animagiczna. Nie, nie wiedział o tym, nigdy się nie zastanawiał – a jednak nie czuł się zaskoczony.
– Jesteś pełna niespodzianek, Ginny – stwierdził tylko, z uśmiechem błąkającym się po ustach.
Kobieta – czy też sokół – znalazła się w pomieszczeniu bez wątpienia mieszkalnym, podniszczonym, ogołoconym niemal z mebli. W rogu poniewierały się tylko jakieś szczątki, które sugerowały, że kiedyś były chyba koniem na biegunach – być może znalazła się w pokoju nieszczęsnej Fiony? Gdyby zaś zadarła ptasią głowę, dostrzegłaby wieżę, ku której też mogłaby wzlecieć, częściowo z rozwaloną ścianą – i tam też znajdowała się ta dziwna, zaskakująco dobrze zachowana, kamienna żaba.