• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[8 czerwca 1972] Posiadłość Mulciberów, Robert & Margaret

[8 czerwca 1972] Posiadłość Mulciberów, Robert & Margaret
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
01.01.2024, 20:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.01.2024, 23:21 przez Robert Mulciber.)  

8 czerwca 1972
Robert & Margaret


Niewiele ponad miesiąc. Dokładnie tyle czasu minęło, odkąd opuścił Londyn. Pośpiesznie. O niczym nie informując z wyprzedzeniem. A przecież zawsze tak robił. Mimo dystansu, który wyczuwalny był w relacjach łączących Roberta z bliskimi, nie zwykł znikać bez choćby jednego słowa. Wcześniejszych przygotowań. Opracowania jakiś planów.

Nie było to w jego stylu.

Pozostawiony list, nie mówił wiele. Na co dzień staranne pismo ojca, tym razem nosiło ślady pośpiechu. Łatwo było to dostrzec. Wystarczyło nieco dłużej zawiesić spojrzenie na kolejnych linijkach tekstu. Wiadomość nie była z tych bardziej konkretnych, niewiele wyjaśniała, choć to raczej nie powinno budzić większych wątpliwości. Robert przecież nie zwykł tłumaczyć się ze swoich decyzji. Działań. Był człowiekiem wydającym polecenia. Oczekującym, że bez zadawania zbędnych pytań zdołasz wywiązać się z powierzonych zadań.

Zadowolenie go nie przychodziło łatwo.

O ile w ogóle było możliwe.

W pozostawionej wiadomości nie określił jak długo będzie nieobecny. Zaznaczył jedynie, że oczekuje iż wszystko będzie funkcjonować względnie normalnie; Margaret nie zapomni o swoich obowiązkach. Od domowej skrzatki, Selar, można było jednak dowiedzieć się czegoś więcej. To właśnie ona - o ile młoda Mulciber zdecydował się zapytać - zdradziła, że Robert i Henrietta udali się w krótką podróż do Szkocji. Młode małżeństwo (byli nim zaledwie od stycznia 1972 roku) postanowiło spędzić kilka tygodni razem. Tylko we dwoje.

Ciężko było w to uwierzyć, ale... czy istniały jakieś przesłanki, aby tą wersje wydarzeń kwestionować?

Tak samo jak zniknął, bez słowa pojawił się na powrót w rodzinnej kamienicy. Miało to miejsce 8 czerwca. Przed południem. Wraz z Richardem - jego obecność mogła wydawać się zastanawiająca - odprowadzili Henriette do jej pokoju na piętrze. Ta była dziwna, nieswoja. Może chora? Niewątpliwie wyglądała na dość wyczerpaną. Była też trochę blada. Moment nie był jednak odpowiedni na zadawanie pytań.

Przez następne godziny każdy zajmował się swoimi sprawami. Powrót do Londynu, do rodzinnej kamienicy, nie zmienił tego, że Robert w dalszym ciągu pozostawał nieosiągalny. Niedostępny. Wpłynął jedynie na panującą w posiadłości atmosferę.

Choć może to tylko takie wrażenie?

Z córką zdecydował się spotkać w godzinach wieczornych. Za pośrednictwem Selar poprosił ją o to, aby zjawiła się w jadalni. Wspólne posiłki nie stanowiły ich codzienności. Odkąd w roku 1967 zmarł Francis (ojciec Roberta), wszyscy domownicy żyli jakby obok siebie. Nikomu nie zależało jakoś mocniej na tym, aby dbać o rodzinne więzy. Zachowywać choćby pozory bliskości.

W przestronnym pomieszczeniu przebywał sam. Siedział przy długim stole, nakrytym tylko dla dwóch osób. Cierpliwie czekał, przeglądając kolejne strony Proroka Codziennego. Przed sobą miał jedynie w połowie już pusty kubek kawy. Talerz nie został niczym zapełniony, choć jedzenie znajdywało się na miejscu. Wystarczyło tylko nałożyć.

Prezentował się jak zwykle. Gładko ogolony. Starannie ułożone siwe włosy. Prosta, biała koszula, której rękawy podwinął. Niekoniecznie pasowała do tej pory roku, ale nie wyglądało na to, aby Robert jakoś szczególnie się tym przejmował. Całości dopełniały, na pierwszy rzut oka niewidoczne, jasne spodnie. Dało się je zauważyć, kiedy podeszło się bliżej. Widoczność była ograniczona z powodu stołu.

- Poprosiłem Selar, żeby przygotowała na kolacje Twoje ulubione faszerowane pomidory. - odezwał się, w pierwszej chwili nie odrywając wzroku od artykułu, którego nie skończył jeszcze czytać. Zostało kilka ostatnich zdań. Na spokojnie dokończył, z niczym się nie śpiesząc. Dopiero kiedy dobrnął do ostatniej kropki, zamknął gazetę, złożył na pół, następnie na cztery. Odłożył na stół. - Usiądziesz? Długo się nie widzieliśmy. - padło pytanie, które w zasadzie takowym nie było. Prędzej poleceniem, do wydawania których Robert wydawał się być przyzwyczajony.

Wskazał na wolne miejsce. Jedyne, które wcześniej polecił przygotować. Nie zaprosił na kolacje Richarda. Czy wuj nadal przebywał na miejscu? Nie zjawiła się również Henrietta. To drugie w zasadzie jakoś tak nieszczególnie dziwiło. Z Robertem żyli raczej obok siebie niż razem. Dlaczego zdecydowali się na ślub? Można było jedynie podejrzewać.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Margaret Mulciber
#2
02.01.2024, 01:11  ✶  

Czy można mówić o rozłące, gdy nawet nie było mocnego połączenia? Czy można mówić o tęsknocie, gdy nawet nie ma za bardzo, do czego tęsknić... Ostatni miesiąc dla Margaret był stosunkowo dziwny. Z jednej strony dostała to, czego tak bardzo chciała. Nieco spokoju od ojca i jego oceniającego spojrzenia, z drugiej strony niezwykle jej brakowało tego, że ktoś dyktował jej to, jak ma wyglądać jej życie.

Usłyszawszy wieść o podróży ojca z jego nową żoną, przyjęła ją cichym westchnieniem, zakończonym równie chłodnym podziękowaniem w kierunku skrzatki, która przez cztery przyszłe tygodnie była jej najbliższym towarzyszem, z którym mogła spędzić czas w tym domostwie. Choć towarzyszem to za dużo powiedziane. Wymieniały raczej pojedyncze zdania, gdy Selar próbowała zadbać o to, aby Margaret cokolwiek zjadła każdego dnia. Można powiedzieć, że to dzięki niej jakoś się trzymała i to przetrwała.

Dni jednak przemykały. Na tym samym, co zawsze. Zamówienia były wydawane, zioła odpowiednio suszone, a kadzidełka przygotowywane na przyszłą sprzedaż. Dzień w dzień zgodnie z ustalonym już wcześniej terminarzem, którego Margaret się trzymała. Nie zawsze chętnie, bo sama miewała czasy ludzkiej słabości, gdy nieznana siła powstrzymywała ją od wstania z łóżka, lecz zawsze na tę myśl przypominał się jej wzrok ojca. Niby beznamiętny, chłodny, pozbawiony duszy, a jednak przepełniony emocjami. Niekoniecznie tymi dobrymi. Wśród tych emocji Margaret zawsze odnajdowała siłę do tego, aby nie zawieść go. Sprostać jego oczekiwaniom. Można byłoby nawet powiedzieć, że pozostawienie na miesiąc biznesu pod okiem Mulciber było dla niej pewnym testem. Może ujrzał w niej dziecko, którego zawsze pragnął? Nie zastanawiała się nad tym. Straciła nadzieję już dawno i dopóki nie usłyszy tego z ust ojca, to w to nie uwierzy.

Siedząc przed lustrem w swym pokoju, raz ostatni spojrzała na swoje odbicie. Nieco zagubione, jakby nieobecne. Poprawiła swe rozpuszczone ciemne włosy, zarzucając je jednym ruchem do tyłu, odsłaniając równie ciemną bluzkę, spod której lekkiego okrągłego dekoltu przebijały się wyraźnie obojczyki. - Zimno. - Rzuciła sama do siebie, chwytając po chwili kontemplacji za beżowy kardigan, który narzuciła na ramiona i mocniej się owinęła. Wziąwszy oddech, wstała wreszcie i ruszyła spokojnym krokiem do drzwi, zmierzając w kierunku jadalni, gdzie czekała ją konfrontacja.

- Muszę jej podziękować. - Odpowiedziała dopiero po chwili, gdy zrozumiała, że siedzący przed nią ojciec nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Stojąc wciąż we framudze drzwi, przypatrywała się z uwagą każdemu jego ruchowi, śledząc oczami nawet tak prostą czynność, jak zwijanie gazety. - Tobie również dziękuję, Ojcze. - Skłoniła nieznacznie głowę, wyprostowując się zaraz.

Usiadła na wskazanym miejscu i choć jedzenie rzeczywiście byłoby dla niej wsparciem, bo uczucie zimna być może potęgowane było zjedzeniem jedynie lekkiego śniadania, tak przez pierwsze kilka sekund wpatrywała się w ojca, chcąc zebrać myśli. Czuła się jednak z tym dość nieswojo, przenosząc wzrok w wypchane warzywami danie. - Jeszcze gorące. Poczekam chwilę. - Szczerze to chyba w jej brzuchu kotłowało się na tyle, że nie chciała nic jeść. Czemu tak się czuje? Przecież to nie ona uciekła na miesiąc... - Słyszałam. - Zaczęła w końcu, przenosząc wzrok na ojca. - Słyszałam, że w Szkocji jest niezwykle pięknie. Ponoć formacje skalne tworzą tam zjawiskowe pejzaże, a łąki rozciągają się za horyzont. - Zwykła rozmowa trochę o niczym. Przecież nie liczyła na to, że ojciec zacznie opowiadać o tym, jak piękne struktury widzieli z Henriettą na północy kraju. Z drugiej strony przez ułamek sekundy poczuła smutek, że sama nigdy z ojcem się tam nie wybrała, a poznawanie Szkocji ograniczyło się do Hogwartu. - Henrieccie się podobało? Nie było mi dane jeszcze z nią porozmawiać. - Odpowiedź na to pytanie tak interesowała Margaret, jak samopoczucie swojej żony interesowało Roberta. W ogóle.

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
03.01.2024, 21:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2024, 12:46 przez Robert Mulciber.)  

Szkocja. Odrobine zdziwiło go pytanie, dotyczące tej części kraju, ale nie dał tego po sobie poznać. Dopiero po krótkiej chwili przypomniał sobie, że przecież dokładnie taka wersja została pierwotnie przedstawiona Selar przez Henriette. Może jednak służąca ich rodzinie skrzatka nie była tak głupia, jak to uznawał do tej pory? Z pewnością takie przedstawienie spraw było lepszym rozwiązaniem niż poinformowanie Margaret o tym, że ojciec ruszył na poszukiwania własnej małżonki. O pewnych rzeczach córka nie powinna była wiedzieć. Nie było to jej do niczego potrzebne.

Nie śpieszył się z udzieleniem odpowiedzi. O ile wspomniane faszerowane pomidory były wciąż zbyt ciepłe dla Margaret, sam Robert nie widział w tym większego problemu. Nałożył sobie odpowiednią porcje. Napełnił też szklankę, przelewając sok ze stojącego nieopodal dzbanka. Dawało mu to kilka dodatkowych chwil, potrzebnych do tego, aby wszystko odpowiednio poukładać sobie w głowie.

- Nie można tego przyrównać do irlandzkiego Ring of Kerry. - jeśli nie jesteś w stanie udzielić odpowiedzi na dane pytanie, postaraj się to jakoś sensownie obejść. Owszem. Robert w Szkocji bywał, ale ostatni raz obecny był w tym miejscu... dobry kawał czasu temu. Raczej nie byłby w stanie przedstawić teraz w wiarygodny sposób swoich wspólnych wakacji z Henriettą. Zwłaszcza, że takowe w rzeczywistości nie miały miejsca. - Szkocja jest oczywiście urokliwa, ale hrabstwo Kerry zawsze będzie miało u mnie pierwszeństwo, z czym niekoniecznie zgadza się Henrietta. - na ile był w stanie, na tyle sprawnie pociągnął całą wypowiedź w stronę kolejnego pytania. Dotyczącego Henrietty oraz jej wrażeń z podróży. Nie miał wątpliwości, że tą konkretną wycieczkę kobieta powinna zapamiętać na długo. O ile tylko ostatecznie pozwolą jej na zachowanie tych wspomnień. Ich choćby niewielkiej części. - Zapewne pamiętasz, że posiada w tamtych okolicach niewielką posiadłość? Odziedziczoną jeszcze po rodzicach. Cała ta wyprawa była jej pomysłem. Zgodnie uznaliśmy, że kilka tygodni spędzonych tylko we dwoje, powinno pozytywnie wpłynąć na nasze relacje. - powiedział zarazem dużo, jak i niewiele. Typowy Robert, starający się sprowadzić rozmowę na tory, które bardziej mu odpowiadały. - Niestety w ostatnich dniach poczuła się słabiej, medyk jednak zapewnił nas, że to przejściowe. Na razie musi odpoczywać i nie powinniśmy jej w tym przeszkadzać.

W zasadzie, to nie powinna robić tego Margaret. Tego jednak córka powinna była się domyślić. W końcu Robert nie poruszałby tej kwestii bez powodu. Jeśli o czymś mówił, to z reguły wiązały się z tym jakieś konkretne oczekiwania. Tylko czy faktycznie musiał oczekiwać w tym przypadku czegokolwiek? Tak samo jak obok Roberta, Henrietta żyła dotąd obok jego córki. Nie zależało jej na tworzeniu z dziewczyną jakichkolwiek więzi. Mijały się, jedna drugiej nie wchodziła w drogę.

Zaczął powoli jeść. Składający się z kaszy, rozdrobnionych orzechów, mozzarelli oraz dodatku w postaci niewielkiej ilości pietruszki, farsz niekoniecznie trafiał w jego gusta. Nie narzekał jednak. Świadomie poprosił o to, aby te konkretne danie zostało przygotowane na kolacje. Właśnie z myślą o Margaret. Na ogół trzymał wobec córki dystans, ale teraz, świadomy ryzyka jakie wiązało się z jego powrotem do Londynu i zaplanowanym na kolejny dzień spotkaniem, odczuwał coś na kształt potrzeby spędzenia z nią czasu.

Ostatecznie byli przecież rodziną. Pozostawał wciąż za nią odpowiedzialny.

- Radziłaś sobie ze wszystkim przez ostatnie tygodnie? - przełknąwszy kolejną porcje, zadał pytanie. Chciał pokierować rozmową tak, żeby jak najmniej mówić o podróży. O tym, czym zajmował się przez ostatni miesiąc. - Nie pojawiły się żadne problemy?

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Margaret Mulciber
#4
05.01.2024, 02:32  ✶  

Mocniej ścisnęła za duży kardigan w obrębie pasa, przyciskając go do brzucha, chcąc zagłuszyć ewentualne burczenie, które mogłoby się spotęgować pięknymi zapachami docierającymi do jej nozdrzy. Zje, na pewno, ale... za chwilę. Może jak zostanie sama w kuchni. Ojciec z pewnością nie zamierza siedzieć więcej niż czas, jaki zajmie krótka wymiana zdań zakończona zjedzeniem kolacji i udaniem się do gabinetu. Tak, jak było zawsze. Ring of Kerry. Hmm... Słyszała o tym miejscu. Trudno zresztą, aby nigdy jej się ta nazwa nie przewinęła w rozmowach zasłyszanych tu i tam, patrząc na to, że było to jedno z popularniejszych miejsc w Irlandii. Nawet w rodzinnym domu nazwa hrabstwa przewijała się w rozmowach. Być może będzie jej dane ujrzeć na własne oczy piękno tego miejsca już niedługo.


- Tak, pamiętam. - Wyszeptała, odpowiadając na raczej retoryczne pytanie ojca. Właściwie to nie do końca pamiętała, ale nigdy nie przejmowała się rozmowami o posiadłościach, pieniądzach, ich umiejscowieniu na świecie czy koneksjach rodzinnych. Poczuła się gorzej... Z zawieszonego, umiejscowionego na pomidorach wzroku, przeniosła go na ojca, chcąc zobaczyć, jak czuje się z tą wiadomością o gorszym stanie żony. Sama nieco się zmartwiła, ale przecież nie mogło być aż tak źle, skoro ostatecznie wrócili do domu, a nie pozostali w posiadłości, do której medyk z pewnością ma dostęp. - Przykro mi, że musieliście zakończyć wcześniej wyjazd. Miły gest z jej strony. Z pewnością jej na Tobie zależy, Ojcze. - Wyjazd, który miał polepszyć ich relacje. Jest aż tak źle? Choć... jak ma być.


W czasie, gdy ojciec przystąpił do jedzenia swojego dania, Margaret, po krótkim namyśle i kuleniu na krześle, wyglądając raczej jak nieszczęście niż córka Roberta, wyprostowała się w końcu, puszczając trzymany kurczowo kardigan i chwytając za sztuciec, którym powoli zerkała do środka pomidora, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nie było tam mięsa. Wzięła niewielki kawałek i zjadła, czując twardość niewielkiego kawałka orzecha, który akurat trafił pod jej zęby, gdy ojciec postanowił kontynuować rozmowę. Chcąc skupić się na odpowiedzi, mimowolnie, wciąż trzymając widelec, włożyła go do dania. - Nie był to nasz najlepszy miesiąc względem dochodu. A przynajmniej jego początek, gdzie Twoja podróż, Ojcze, nieco mnie zaskoczyła i musiałam lepiej się przeorganizować. Z początku zakładałam, że szybko wrócicie, dlatego nie chciałam ingerować w Twoją część pracy. - Zastanowiła się przez chwilę, jak mogła brzmieć ta odpowiedź. - Nie straciliśmy stałych klientów, a przynajmniej nic o tym nie wiem, aby nasze comiesięczne zamówienia zostały wstrzymane. Zdaje się... dwa z nich były mniejsze niż zazwyczaj. Może trzy... Wszystko odnotowywałam w swoim dzienniku, nie chcąc zrobić bałaganu w papierach. - Czy coś jeszcze jest istotnego... - Na początku czerwca poprosiłam o nową dostawę surowców zielarskich. Powoli się kończyły, co nadszarpnęło dochód, ale miały być po niższej cenie, więc wzięłam więcej. Z suszem nic się nie powinno stać, jak będzie zabezpieczony. Zajmę się tym, jak zostanie dostarczone. Powinniśmy ostatecznie wyjść na plus. - Zdała raport. Wszystko na temat pracy, co miała powiedzieć, bo to, jak i dach, pod którym się znajdowali, to obecnie dwie główne rzeczy łączące siedzącą przy jadalnianym stole dwójkę. Nie mając nic sobie do zarzucenia, poza tym, że ich biznes obecnie jest raczej w gorszym stanie niż był przed ubiegłym miesiącem, wzięła kolejny kawałek farszu. Tak to już przecież jest. Jeden miesiąc jest lepszy, drugi miesiąc jest gorszy. Nie są na skali bankructwa... Po prostu... Ojciec pewnie chciałby, aby biznes rozkwitł. Na pewno.


- A... Jeżeli mogę. - Skierowała wzrok ponownie na ojca. - Jak to teraz... będzie wyglądać? Wracacie do domu na stałe? Wyjedziecie, jak Henrieccie się poprawi? I ten posiłek... - Przeniosła wzrok na nakryty stół i przygotowaną kolację. Co prawda przygotowaną przez skrzatkę, ale z pewnością na polecenie ojca lub jego żony. - To jej pomysł? Wspólny wyjazd, teraz kolacja. Z niewiele ponad tydzień temu ujrzałam... Przepraszam, to mało istotne co mówią wróżby. Po prostu niezwykle się cieszę, że zgodziłeś się Ojcze wyjechać na wyjazd z Henriettą i że wyjdzie Wam to na dobre. - Uśmiechnęła się. Lekko, ciepło i szczerze. Bo czasami to, co zostaje, to nadzieja, że będzie lepiej. Może i Robert nie może dostać tego, co oczekuje od dziecka, ale przynajmniej majętna żona, to już połowa sukcesu. Druga połowa to spłodzenie potomka. A co jak... - Jadła?

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
06.01.2024, 14:11  ✶  

Ring of Kerry było jednym z ulubionych miejsc Roberta. Za młodu spędzili tam razem z Richardem kilka, naprawdę miłych tygodni. Wiązały się z tym okresem liczne wspomnienia, do których Mulciber wracał bardziej niż chętnie. W swojej sypialni, posiadał nawet wiążący się z tą okolicą pejzaż. Był to jeden z nielicznych obrazów jego autorstwa. Przedstawiał wodospad Torc, będący jedną z bardziej popularnych miejsc, na szlaku Kerry.

Mieszkając w rodzinnej kamienicy, Margaret z całą pewnością o tym miejscu mogła usłyszeć raz, dwa, albo nawet - pięćdziesiąt razy. Zdarzało się, że spotykając się ze sobą, bracia wspominali o tej swojej wspólnej, młodzieńczej wyprawie. Wracali do niej zdecydowanie częściej niż do innych wspomnień, które dzielili.

Łatwo było dojść do wniosku, że chciałoby się to miejsce ujrzeć na własne oczy.

Skinął głową na pierwsze słowa Margaret. W rzeczywistości skupił się jednak dopiero na tych kolejnych. Dotyczących rodzinnego biznesu. Ten musiał działać również podczas jego nieobecności. Zapewniał im wszak stały dopływ gotówki. Dzięki sprzedawanym świecom oraz kadzidłom, byli w stanie związać jeden koniec z drugim końcem. Ich sytuacja nie była równie dobra, co przed laty, ale na biedę narzekać nie mogli.

Przynajmniej na ten moment.

- Powinnaś być odpowiednio zorganizowana zawsze, nie tylko podczas mojej nieobecności. - zauważył, odkładając widelec oraz nóż. Na talerzu, nie chciał, aby sztućce pozostawiły jakiekolwiek ślady na obrusie. - Te dwa zamówienia, były on... - chciał zapytać, uzyskać od niej więcej informacji. Przerwał jednak, kiedy Margaret raz jeszcze zabrała głos. Chciała coś dodać? O coś przy okazji zapytać?

Odpuścił. Poczekał. Gestem dał jej znać, aby wszystko powiedziała. Zareagował kiedy skończyła.

- W najbliższym czasie nie planuje kolejnych podróży. - poinformował córkę. O tym, że swojej ostatniej podróży również nie planował, wspominać nie zamierzał. Margaret pewnych rzeczy nie musiała wiedzieć. W zasadzie, to nawet nie powinna była być ich świadoma. Dla dobra ich obydwojga. - Przynajmniej nie na tyle długich. - doprecyzował po chwili. - Mam w planach kilka spotkań, dlatego mogę być przez dwa, trzy dni trochę... nieosiągalny. Na miejscu będzie jednak Richard. Zostanie z nami jeszcze chwilę, także gdybyś czegoś potrzebowała, możesz zwrócić się do wuja. - sięgnął po szklankę, którą napełnił wcześniej sokiem pomarańczowym. Uniósł do ust, przechylił, upił kilka łyków. Pozwoliło mu to zyskać nieco czasu. Poukładać sobie w głowie to, co jeszcze powinien powiedzieć. - Nie powinnaś się nią przejmować. Henrietta znajduje się obecnie pod opieką Selar. Ma zapewnione wszystko czego potrzebuje. Dojście do zdrowia zajmie jej trochę czasu i nie powinniśmy jej obecnie przeszkadzać. - zapewnił córkę, licząc zarazem na to, że ta nie będzie się tym interesować. Jeśli będzie nadal dopytywać, zdecyduje się postawić sprawy jaśniej. Tak aby nie było miejsca na dalsze wątpliwości.

Wróżby, przepowiednie, nigdy na tym nie polegał. Widział w tym przede wszystkim stratę czasu i pieniędzy. Tym razem jednak... tym razem zwrócił uwagę na to, że Margaret coś zobaczyła. Choć w pierwszej chwili zignorował to jak zwykle, ostatecznie ciekawość wygrała. Zanim o to zapytał, pozwolił sobie umieścić w ustach kolejną porcje faszerowanego pomidora. Przełknął.

- Widziałaś coś wartego uwagi? - padło z jego strony. Pierwszy raz od dawna. Zarazem może... pierwszy raz odkąd Margaret odkryła swoje szczególne zdolności? Zawsze temu umniejszał. Zawsze to bagatelizował.

Teraz zaś pytał - tylko dlaczego? Co takiego nim kierowało?

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Margaret Mulciber
#6
07.01.2024, 20:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 20:34 przez Margaret Mulciber.)  

Zawsze była zorganizowana. Każdy wieczór kończyła przemyśleniem planu na kolejny dzień, a każdego poranka przypominała go sobie, rozpisując w swoim dzienniku konkretne punkty z ułożonego sobie wcześniej programu dnia. Pobudka, dotarcie do pracowni, przygotowanie konkretnej liczby świec i kadzideł. Niegdyś wyliczyła nawet, ile świec w ciągu tygodnia wychodzi wadliwych. Nie było to wiele, wszak starała się skupić swoją uwagę jak mogła, odganiając wszystko, co mogłoby zakłócić jej koncentrację. Zawsze kończyła pracę przygotowaniem materiałów i narzędzi na kolejny dzień, aby nie marnować czasu. Mimo to nic w pracy z klientem nie może być idealne. Zawsze pozostaje ten moment, ta nieznana, która pojawia się w ciągu dnia w nieoczekiwany sposób i wywraca plany do góry nogami. Dla jednych dodawało to adrenaliny i pozwalało żyć, dla innych przysparzało cierpienia, bo tak idealnie ułożony plan sypie się. O minutę, dwie, godzinę. Powinnaś być odpowiednio zorganizowana. Byłam. Po prostu... Nie, nie ma żadnego po prostu. Przełknęła ślinę z resztkami pierwszego kęsa, jaki wzięła do buzi. Mimo wszystko kontynuowała wypowiedź, skoro ojciec jej pozwolił.


Z głową zawieszoną już w stronę stołu, z oczami bezwiednie patrzącymi na dekorację talerza, wsłuchiwała się w wypowiedź ojca, zapamiętując każde słowo. Musiała przyznać, że nawet nie tyle zachowanie ojca było dla niej męczące, co fakt, że musiała zawsze zachować stuprocentowe skupienie. Wychwytując i analizując kierowane do niej zdania. Kiwnęła dwukrotnie głową. Raz na wieść o podróżach i drugi, gdy ojciec ponownie powtórzył jej na temat nieprzeszkadzania Henreccie. Rozumiem, mam się z nią nie kontaktować. Nie żeby Margaret nagle chciała się zaprzyjaźniać z Henriettą, ale chciałaby odwdzięczyć się jej dobrym gestem za jej pomysł wyjazdu. Z pewnością zrobiłoby się jej miło, wiedząc, że ktoś o nią dba i stara się jej pomóc w ciężkim okresie choroby, a młoda wróżbitka nie liczyła na to, że Robert wykaże się czułością wobec swojej żony. Próżno też szukać byłoby tej czułości wynikającej z dobroci serca u Margaret, lecz ta chociaż starała się zrozumieć zachowania ludzi i ich potrzeby natury emocjonalnej. Poza tym kobieta ponoć zawsze lepiej zrozumie kobietę, choć zdania są tutaj podzielone. A może po prostu nie chce, abym ingerowała w jego lepszą relację z żoną... Jeszcze mogę je pogorszyć. Jakie intencje by nie były, przekaz był jasny, a ona nie zamierzała w to ingerować. - Rozumiem. Liczę po prostu na to, że szybko się jej poprawi. - Skończyła, choć w zasadzie to ojciec skończył tę rozmowę, ona tylko sobie dopowiedziała z jedno zdanie raczej dla samej siebie.


Zaskoczyło ją natomiast drugie pytanie. Z oczywistych względów pierwsze, co przeszło jej przez myśl, to fakt, czy Margaret widziała coś niepokojącego w kontekście biznesu. Nikt podejrzany się nie kręcił. Nie było też sytuacji, jaką zapamiętałaby jako dziwną. Zresztą zdała już pełen raport z miesiąca, co jeszcze może dodać? Chyba że... No tak. Wymsknęło się jej, że coś widziała. Tylko to nie było w ogóle istotne, ale wiedziała, że jak nic nie powie, to wyjdzie na kogoś, kto coś ukrywa. - Nie wiem, czy Ciebie to zainteresuje ojcze. O ile pytasz w kontekście przyszłości... - Dopowiedziała, nieco ciszej, spoglądając na reakcję ojca i szukając jego aprobaty, czy jest w ogóle sens kontynuowania tego tematu. Szczerze mówiąc to nawet go nie chciała podejmować. Nie ma nic smutniejszego od tego, że ktoś całkowicie nie podziela twoich zainteresowań. Szczególnie ktoś, kto powinien być tak bliski. Z drugiej strony jak nie teraz, to kiedy? Być może Henrietta naprawdę go zmieniła na lepsze... - Nie zajmowałam się przesadnie wróżbiarstwem w ostatnim miesiącu. Chciałam skupić cały swój czas na rzeczach przyziemnych i funkcjonowaniu biznesu. Po ostatnich wydarzeniach zresztą bałam się zerkać w przyszłość. Czasami lepiej nie wiedzieć, co nas czeka. - Zaczęła od swojej standardowej śpiewki, uwłaczając sztuce wróżbiarstwa. - Ale... to może głupie i dziecinne, ale kiedyś, z dwa tygodnie temu, pojawiła mi się cesarzowa w rozkładzie. Znak dobry dla rodzin, szczególnie kobiet. Symbol opieki, lepszych relacji z bliskimi, zacieśniania więzi z otoczeniem. I tak... widząc Wasz wyjazd, wujka Richarda w domu i... - Ciebie. - Być może ta karta oznaczała nowy, lepszy start. Dla nas wszystkich. - Tęskniła za matką. Bardzo. Henrietta nigdy jej nie zastąpi nikogo bliskiego, ale przecież nie musi być tak źle jak było do tej pory. - Nie chciałeś nigdy wiedzieć ojcze, co Cię czeka?

Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
10.01.2024, 19:49  ✶  

Rzeczywiście, Robert nie był tym typem człowieka, u którego szukało się czułości, wsparcia, z którego strony oczekiwało się choćby jednego, dobrego słowa. A przynajmniej nie robiło się tego w pierwszej kolejności. Mulciber rozumiał ludzi, dostrzegał ich potrzeby. Niekoniecznie jednak zainteresowany był tym, aby odpowiednio na nie odpowiadać. Reagować. Zdarzało się to jedynie w nielicznych przypadkach. Henrietta zaś, jak dotąd, do grona tych nielicznych przypadków się nie zaliczała. Czy wspólna wyprawa do Szkocji zdołała to zmienić? Na wnioski było zbyt wcześnie.

- Zorganizowałem jej odpowiednią pomoc, będzie dobrze. - zapewnił, ucinając temat. Tym razem ostatecznie? Margaret pozostawało zaufać jego słowom. Dostosować się do tego o co ojciec prosił. Na co zwracał uwagę.

Mogła też się mu sprzeciwić i mimo wszystko spróbować odwiedzić Henriette, zainteresować się jej stanem. Tylko czy była na ten krok gotowa? Czy czuła się na siłach, żeby postąpić wbrew temu, czego Robert od niej oczekiwał?

Nigdy dotąd nie interesował się wróżbiarstwem. Nie wierzył w to, że faktycznie można było poznać przyszłość. Co najwyżej jedną z jej wersji. Ostatecznie bowiem, efekt końcowy zależny był od podjętych działań. Wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej, niż zostało przepowiedziane. Mimo swoich poglądów, tym razem jednak zapytał. Zainteresował się tym, co córka zobaczyła.

- Mówi, śmiało. - poruszył głową, kiwnął nią w stronę Margaret, zachęcając ją tym samym do tego, aby powiedziała więcej; aby nie kryła się z tym, co udało jej się zobaczyć. Biorąc pod uwagę sytuacje, w której się znalazł, gotów był zapoznać się ze wszystkim, Choć po prawdzie... i bez tego był w stanie do pewnego stopnia przewidzieć, to co w najbliższych godzinach nastąpi.

Nadział na widelec kawałek pomidora, zastanawiając się nad otrzymanym pytaniem. Dotąd nie czuł takiej potrzeby. Teraz jednak? Sytuacja się skomplikowała, do pewnego stopnia obawiał się tego, co miało nastąpić. Zakładał nawet najgorsze. Tylko czy... czy chciał w związku z tym wiedzieć coś więcej na temat tego, co czekało jego osobę?

- Czeka na mnie dokładnie to, na co sam zdołam zapracować. - odpowiedział, po czym skierował kawałek pomidora do ust. Przełknął. Minęła chwila zanim kontynuował swoją wypowiedź. - Tak samo na Ciebie oraz wszystkich innych. Przyszłość w znacznej mierze zależy od nas samych. To my, swoimi działaniami ją kierujemy.

Podobne słowa... czyż Margaret nie słyszała ich ze strony ojca wielokrotnie? Robert nie gryzł się w język. Chętnie wygłaszał opinie, dzielił się swoim zdaniem na różne tematy. Nie obawiał się mówić głośno. Podobnie wyglądało to w przypadku krytyki. Wytykania błędów, niedociągnięć. Wskazywania każdego jednego potknięcia.

- Zajmowałaś się czymś ciekawym poza pracą? - postanowił zmienić temat, spróbował jeszcze chociaż przez chwilę podtrzymać rozmowę. Wyrazić zainteresowanie tym, co w ostatnich tygodniach działo się u córki. Tylko czy ta rzeczywiście mogła być zainteresowana dzieleniem się z ojcem... w zasadzie czymkolwiek? Robert przez lata ciężko pracował nad tym, aby nadać ich relacji określony kształt. Jedna wspólna kolacja, względnie przyjemna, nie mogła na to znacząco wpłynąć.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Margaret Mulciber (1992), Robert Mulciber (2180)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa