Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Zawsze uważałem, że cisza jest przereklamowana - dopóki nie usiedliśmy w niej razem. Nie planowałem tego. Miała po prostu zabrać rzeczy i zniknąć, może mruknąć coś w rodzaju „dziękuję”, choć nawet na to nie liczyłem, a jednak teraz siedzieliśmy obok siebie, w milczeniu, które nie było już obce, tylko… Gęste, nieprzyzwoicie spokojne. Pomieszczenie gospodarcze, ulokowane tuż przy wejściu do dormitorium Ravenclawu, pachniało kurzem, drewnem i starymi eliksirami, kiedyś pewnie trzymano tu zapas środków do czyszczenia albo skrzynie z pościelą, a teraz stało się tymczasowym azylem, chociaż nikt z nas nie miał w planach, żeby tu wylądować. Zimne kamienne ściany odbijały ciepłe światło pojedynczej pochodni. Za oknem, przez lekko zaparowaną szybę, widać było dziedziniec - biel śniegu połyskiwała w blasku zaklętych lamp, a daleko w tle ciemniał zarys Zakazanego Lasu.
Przez chwilę patrzyłem na jej profil odbity w szybie - na zarys policzka, rzęsy rzucające cień na skórę, bladość twarzy przełamaną ciepłym blaskiem pochodni. Widziałem w odbiciu, jak lekko się poruszyła, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zrobiła tego od razu. W ciszy dało się słyszeć tylko delikatne trzaski drewna i jednostajny dźwięk śniegu uderzającego o szybę, a także okazjonalne zawodzenie wiatru szarpiącego okiennicę. Zastanawiałem się, dlaczego właściwie tu siedziałem - swoje już zrobiłem, powinienem był wrócić do moich spraw, zejść po schodach, zniknąć jak zwykle, ale nogi nie ruszyły się z miejsca. Myślałem, że gdy sowa zastuka do szyby pokoju wspólnego Krukonów, Prudence podejdzie do pomieszczenia, w którym mieliśmy się spotkać, weźmie wszystkie przedmioty, podziękuje, może rzuci jakieś swoje chłodne „to było zbędne” i zniknie, ale zamiast tego została, i ja też.
Nie wiedziałem, co miałem zrobić z tą ciszą - teraz była czymś innym, czymś, co mnie drażniło, bo nie wiedziałem, co znaczyła. Oparłem się o parapet, wyciągając nogi przed siebie. Wszystko, czego mogła potrzebować, leżało na skrzyni obok, stojącej między nami, jak linia demarkacyjna - słoik z maścią, kilka bandaży, fiolka eliksiru przeciwbólowego, okład chłodzący, czysta woda, nawet coś słodkiego „na wzmocnienie”, jak powiedziała skrzatka, kiedy to brałem - wszystko, co udało mi się pożyczyć po drodze, przy odrobinie sprytu. Albo ukraść - Prue chyba wolała to słowo.
Zza szyby po drugiej stronie pomieszczenia widać było czarne sylwetki drzew na tle bieli. Światło księżyca odbijało się od śniegu, tworząc złudzenie, że noc była jaśniejsza, niż być powinna. Przejechałem palcem po wilgotnej szybie, zostawiając smugę wzdłuż której spływała kropla. Za oknem śnieg padał coraz gęściej, wiatr szarpał gałęzie drzew na granicy Zakazanego Lasu. Wszystko w tym obrazie było ciche, zimne, jakby świat na chwilę zamarł. Nie szukałem rozmowy, ale jej obecność była zbyt wyraźna, by ją zignorować.
- Powinnaś to zrobić zanim kostka spuchnie bardziej. - Wskazałem lekko podbródkiem na fiolkę z eliksirem. - Będzie działać szybciej, jeśli nie będziesz zwlekać. - Dodałem po chwili, nie odwracając głowy, zamiast tego oparłem łokcie o kolana, spojrzenie zatrzymując na śniegu za oknem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)