06.02.2024, 09:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2024, 22:12 przez Cathal Shafiq.)
We wzroku Cathala mignęło coś na kształt rozbawienia, kącik ust drgnął mu lekko. Może wyłapał ten moment, w którym usta Camille wygięły się wcale nie do uśmiechu, a może tylko domyślał się, że ten uśmiech nie sięgał oczu. Ale nic nie powiedział na ten temat. Delecour była w końcu czystokrwistą: czystokrwistą wręcz idealną, zachowującą się dokładnie tak, jak tego od niej oczekiwano. I nie miał zamiaru ani próbować ją zmusić, by odrzuciła tę maskę uprzejmości, ani próbować zboczyć z tematu, którego bardzo chciała się trzymać.
Nie miał pojęcia, że wietrzyła w tym spotkaniu próbę upokorzenia jej. Założył raczej, że przemknęło kobiecie przez głowę, że to próba swatów, a nie życzyła sobie być swatana z synem czarnoksiężnika, z obieżyświatem, z mężczyzną niekoniecznie zawsze przestrzegającym manier. Pewnie przywykła, że jej wygląd przyciąga mężczyzn i spodziewała się, ba, wręcz oczekiwała natręctwa. Przez moment miał nawet ochotę ją zapewnić, że nie ma czego się obawiać, bo nie miał żadnych niecnych planów, ale ugryzł się w język, bo w jakie słowa by tego nie ubrał, zabrzmiałyby nie tyle swobodnie co bezczelnie, a w tych okolicznościach: prostacko.
Można było powiedzieć, że postanowił więc udawać ślepego. Wędrować z zasłoniętymi oczami i grać, udać, że nie dostrzega tego, że kobieta też udaje - że robi wszystko, aby wypaść w określony sposób i przypadkiem nie dać się schwycić w tej grze.
A przecież wcale nie zamierzał wyciągać ku niej rąk. Nie tak łatwo było zafascynować Cathala, nie wystarczyły do tego ani inteligencja, ani uroda, które miała zapewne Camille. Potrzebował wyzwania. Zagadki.
Grając w ciuciubabkę przynajmniej na razie szukał Cynthii.
- W ten czy inny sposób - zgodził się na słowa o małmazji, uśmiechając się mimowolnie do egipskiego wspomnienia, nim ruszyli do gablot obok. - Tak. Spoczywał na jej piersi, w taki sposób, w jaki my często kładziemy różdżki. Egipcjanie wierzyli, że muszą wyposażyć zmarłych w przedmioty, które będą im potrzebne w zaświatach, a z pewnością uważali, że ten będzie jej niezbędny. Choć jestem ciekaw, czy mieli ich więcej, czy nikt poza nią nie umiał z niego korzystać, bo dla dowolnego czarodzieja w tamtych czasach musiał być to cenny przedmiot.
Aż dziwne, że żadne z dzieci czy kapłanów nie zapragnęło go wbrew wierzeniom zatrzymać.
Gdy kobieta spytała o to, jak dochodzą do porozumienia, zachciało mu się palić.
Naprawdę nie cierpiał takich rzeczy.
- Dużo negocjacji, sporo kłótni. Interesy z brytyjskim Ministerstwem załatwia Marianne, a ona broni interesów muzeum Shafiqów niby lwica. W Egipcie omawiałem to ja i Leta Crouch. Pewnie dałem im więcej niż musiałem, ale bardziej interesują mnie bezproblemowe badania i znalezione informacje o przeszłych dziejach niż zdobycze same w sobie.
Pewnie, te były ważne, od nich zależało finansowanie, czuł zadowolenie, gdy trafiały do muzeów i z wielką przyjemnością te drobniejsze umieszczał we własnych zbiorach. Ale dla Cathala liczyła się sama droga i odniesiony sukces: znacznie były istotniejsze od tego, gdzie dokładnie znajdzie się znaleziony klejnot zmarłej królowej. Shafiq przecież nie zamierzał takiego nosić.
Nie miał pojęcia, że wietrzyła w tym spotkaniu próbę upokorzenia jej. Założył raczej, że przemknęło kobiecie przez głowę, że to próba swatów, a nie życzyła sobie być swatana z synem czarnoksiężnika, z obieżyświatem, z mężczyzną niekoniecznie zawsze przestrzegającym manier. Pewnie przywykła, że jej wygląd przyciąga mężczyzn i spodziewała się, ba, wręcz oczekiwała natręctwa. Przez moment miał nawet ochotę ją zapewnić, że nie ma czego się obawiać, bo nie miał żadnych niecnych planów, ale ugryzł się w język, bo w jakie słowa by tego nie ubrał, zabrzmiałyby nie tyle swobodnie co bezczelnie, a w tych okolicznościach: prostacko.
Można było powiedzieć, że postanowił więc udawać ślepego. Wędrować z zasłoniętymi oczami i grać, udać, że nie dostrzega tego, że kobieta też udaje - że robi wszystko, aby wypaść w określony sposób i przypadkiem nie dać się schwycić w tej grze.
A przecież wcale nie zamierzał wyciągać ku niej rąk. Nie tak łatwo było zafascynować Cathala, nie wystarczyły do tego ani inteligencja, ani uroda, które miała zapewne Camille. Potrzebował wyzwania. Zagadki.
Grając w ciuciubabkę przynajmniej na razie szukał Cynthii.
- W ten czy inny sposób - zgodził się na słowa o małmazji, uśmiechając się mimowolnie do egipskiego wspomnienia, nim ruszyli do gablot obok. - Tak. Spoczywał na jej piersi, w taki sposób, w jaki my często kładziemy różdżki. Egipcjanie wierzyli, że muszą wyposażyć zmarłych w przedmioty, które będą im potrzebne w zaświatach, a z pewnością uważali, że ten będzie jej niezbędny. Choć jestem ciekaw, czy mieli ich więcej, czy nikt poza nią nie umiał z niego korzystać, bo dla dowolnego czarodzieja w tamtych czasach musiał być to cenny przedmiot.
Aż dziwne, że żadne z dzieci czy kapłanów nie zapragnęło go wbrew wierzeniom zatrzymać.
Gdy kobieta spytała o to, jak dochodzą do porozumienia, zachciało mu się palić.
Naprawdę nie cierpiał takich rzeczy.
- Dużo negocjacji, sporo kłótni. Interesy z brytyjskim Ministerstwem załatwia Marianne, a ona broni interesów muzeum Shafiqów niby lwica. W Egipcie omawiałem to ja i Leta Crouch. Pewnie dałem im więcej niż musiałem, ale bardziej interesują mnie bezproblemowe badania i znalezione informacje o przeszłych dziejach niż zdobycze same w sobie.
Pewnie, te były ważne, od nich zależało finansowanie, czuł zadowolenie, gdy trafiały do muzeów i z wielką przyjemnością te drobniejsze umieszczał we własnych zbiorach. Ale dla Cathala liczyła się sama droga i odniesiony sukces: znacznie były istotniejsze od tego, gdzie dokładnie znajdzie się znaleziony klejnot zmarłej królowej. Shafiq przecież nie zamierzał takiego nosić.