• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka Lecznica Dusz Lato 1972, 4 czerwca // I'm sorry 'bout my frail state of mind

Lato 1972, 4 czerwca // I'm sorry 'bout my frail state of mind
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#11
24.03.2024, 21:17  ✶  
Strach zabijał duszę. To on to zawsze mówił, ale on też mówił zawsze, że trzeba było być stale czujnym i to drugie siadło mu na psychice chyba mocniej, dając pierwszemu stwierdzeniu objąć się szaleństwem już niemal zupełnie. Żadnej wątpliwości nie ulegała już myśl, jakoby Moody'emu po Beltane zwyczajnie odbiło. I tak - zawsze było z nim coś nie tak, ale to zetknięcie z widmami zaogniło problem jeszcze mocniej. Był stuknięty. Chyba przez to właśnie pasowali do siebie jak ulał, duchem i ciałem, bo nic sobie nie robił z tego dotyku, pozwalając siostrze zapadać się w siebie coraz bardziej. A niech go rozszarpie pazurami, niech się tak na nim wyłoży, że się połączą w jedno - nie chciał tego przerywać, wypuszczać jej ze swoich objęć, szczególnie po byciu ofiarą własnych, przebrzydłych myśli sprzed kilku chwil.

Może jeżeli jej teraz nie puści, to nic więcej złego się nie stanie. Może pozwoli jej to przetrwać choćby i tę jedną chwilę dłużej. Może. Jeżeli miałaby znów odejść, Alastor ze smutkiem musiał przyznać sobie, że wolałby zniknąć za nią.

Przygryzł swoją wargę.

- Brak strachu prowadzi do brawury - a ona do śmierci. Śmierci, która zawsze skradała się za nim i czuwała nad każdym jego ruchem, bo o brawurze wiedział o wiele więcej, niż powinien, bo nieraz już tak było, że waga sytuacji dotarła do niego po czasie. A czasem i nie docierała do niego wcale, tylko trzeba mu to było wypisać w podpunktach i pomodlić się, że tym razem tego nie zignoruje. Potrafił wyłączyć w sobie ten pstryczek w tak wielu sytuacjach... ale nigdy, kiedy chodziło o nią. O Millie martwił się zawsze i wszędzie, jakby mu życie chciało ją wyrwać spomiędzy palców i proszę bardzo - miał rację. Ta noc i każda miniona, podczas której spała w tym łóżku w bezruchu, były kolejnymi z dowodów na to, że wszystko i wszyscy chcieli zniszczyć jego rodzinę. - Gdzie byłaś? - Zapytał wreszcie, chociaż nie był pewien, czy powinien to robić. Chciał wiedzieć - chyba nawet musiał wiedzieć, bo mogła tam przecież wrócić. Nie chciał pytać - bo jeśli to miałoby ją wpędzić w objęcia tego, co ją tam zabrało - ależ to by była do końca życia skaza na jego sercu, że zadał to pytanie tak pochopnie. - Patrz na mnie - powiedział więc cicho, ale tym swoim mocnym głosem, co zabrzmiało trochę jak pomruk. Tak bardzo nie chciał doświadczyć tego, jak jej spojrzenie znów gubi się, utyka w jakimś martwym punkcie, a ich kontakt znów ginie.


fear is the mind-killer.
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#12
24.03.2024, 22:57  ✶  
Siedziała okrakiem na drewnianej podłodze w ciemnym korytarzu małego mieszkanka, obleganego przez rodzeństwo Moody i ich zapodzianą w czasie i przestrzeni kuzyneczkę Effie. Kręciło jej się w głowie, na ustach i w nosie czuła kwaskowaty posmak własnych wymiocin doprawionych miodową wódką, która wchodziła równie łatwo, jak wychodziła. Miała już bose stopy, szpilki w których i tak nie potrafiła za bardzo chodzić, a już na pewno nie w tym stanie, leżały gdzieś. Jeden obcas zwisał żałośnie, ale nie obchodziło jej to wcale, nie założy ich nigdy więcej.
– brak strachu prowadzi do brawury – Gdyby nie to, że znowu chciało jej się rzygać, rzuciłaby jakimś światłym komentarzem, żeby przestał pierdolić. Tyle razy jej to mówił, tyle razy powtarzał jak mantrę i chuja to dało. Brawura, srawura, jak inaczej mogła poczuć, że w ogóle żyje?

Szarpnięcie wepchnęło ją do ciasnej, śmierdzącej łazienki, pełnej porozrzucanych gratów, pizdyliarda zakurzonych buteleczek, szamponików, kosmetyków, nigdy nie otworzonych gówien zachęcających ją do udawania kobiety. Czuła jak silna ręka trzyma jej skołtunione, lepkie od potu i śliny włosy. Przytłumione neurony mgliście przypominały, że powinno ją to boleć, powinno nie być w niej na to zgody, na takie ustawianie do pionu, ale ona potrafiła tylko gardłowo się śmiać, bezgłośnie zwisać na chwycie, jak te śmieszne zasuszone główki z Błędnego Rycerza.
– gdzie byłaś?! – głos wniknął do czaszki, nakazujący, domagający się odpowiedzi. Dlaczego nigdy nie zadał właściwego pytania? Nie "gdzie" a "po co"? Czy wtedy powiedziałaby mu, że chciała tylko poczuć jego dłoń, poczuć tak dosadnie jego szorstką uwagę na wyłączność, by mieć pewność, że o niej nie zapomniał? Że patrzy na pomiętą, niedopiętą bluzkę i chce zabić kogokolwiek, kto jej to zrobił? Czy naprawdę chciała tak wiele?

– patrz na mnie – rozkaz zawisł w powietrzu, a ona zamrugała gwałtownie, strzepując reszti łez i zapodzianych snów, z przerażeniem zdając sobie sprawę, że lodowata ciemność oblepiała ją znowu. Uderzenie serca, dwa płytkie, rwane spazmatycznie oddechy w przeświadczeniu, że to wszystko było kłamstwem, zmyślną tortura przebiegłego czarnoksiężnika, który znał się na rzeczy, który wiedział że crucio to tylko zabawa końcówkami nerwów, a prawdziwe cierpienie zaczynało się wtedy, gdy dawało się i odbierało to, co prawdziwie umiłowało czyjeś serce.

Strach zabijał duszę, jej duszę.

Drobna dłoń wystrzeliła momentalnie ku jego twarzy, która powinna być tak blisko i rzeczywiście, napotkawszy opór, dziewczyna wytężyła zmysły zmuszając je do współpracy.
– ...niech przejdzie po mnie i przeze mnie... – jej wargi poruszyły się bezgłośnie, drżące palce, które przed chwilą niemal do krwi znaczyły jego skórę, teraz zaskakująco delikatne, pomagały oczom odtwarzać obraz, podpowiadały szeptem dziesięciu suflerów kształt szczęki, fakturę zarostu, krzywiznę zrośniętego nosa, drobne blizny szepczące o dawnych starciach. Tkała go pajęczyną rzeczywistości, tkała pospiesznie wspomnieniem i obecnym doświadczeniem, będąc esencją pragnienia, potrzebując być znów złapaną w sidła tu i teraz, w sidła rzeczywistości, w której byli razem w jednym czasie i przestrzeni. I w końcu mimo pomroku rozkwitającego czerwcowego wieczoru, dostrzegła dwie utkwione w niej lśniące czernią studnie, tkwiące pośród zaborczej nicości.

– Czy ja żyję? Czy Ty jesteś prawdziwy? – wyskamlała w końcu, głosem wyzbytym piachu, a źrenice rozlały się po oku, redukując tęczówki do wąskiego, złotego pierścienia. – z.... złap mnie mocno proszę, złap i nie pozwól, by to znów mnie zabrało. Chce, potrzebuje... ja... potrzebuję Cię poczuć, tak bardzo chcę, żebyś był prawdziwy... – słowa sypały się jak perły w wąskiej alejce, pełne rozpaczy i nadziei, pełne współodczuwanego lęku o ulotność spotkania po wieczności bez siebie na wzajem.
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#13
30.03.2024, 13:02  ✶  
Dotykał jej. Oplatał ją ramionami, wciąż pozwalał drobnemu ciału spoczywać na swoim, jakby na łóżku. Byli tak blisko jak tylko mogli być, już wcześniej zdawało mu się, że Mills w niego wsiąka. W takim razie, dlaczego wydawało mu się, że dziewczyna zaczynała się od niego oddalać? Dlaczego coraz mocniej czuł, że nie potrafiłby utrzymać jej w tym miejscu, jakby dusza Mildred przelewała mu się przez palce, jakby był sitem...

- Żyjesz - zapewnił ją, zdecydowanym głosem ukrywającym to jak mocno był zdesperowany, aby była to najprawdziwsza z prawd. - I mimo wszystko to wciąż ty. - Mimo tego wszystkiego, o czym dzisiaj myślał, o jej śmierci, potencjalnym odpłynięciu w niebyt. Jeżeli znowu miał te cholerne zwidy, a w rzeczywistości jego siostra nadal leżała w bezruchu zawinięta w szpitalną pościel, to cholera - niech będzie - bo pierwszy raz miało to jakiś sens. Dało mu nadzieję, której potrzebował, żeby dalej wierzyć. - Jestem prawdziwy. - O ile cokolwiek na tym świecie było prawdziwe. Coraz mocniej wątpił w to po iście narkomańskich wizjach, jakich inni Aurorzy doświadczyli (jak to powiedzieli) „podróżując przez Limbo”, ale może... - To jestem ja, Mills. - Ja, kimkolwiek ten Ja był. - Kocham cię. - Nie mówił takich rzeczy często. Właściwie, to inni pewnie powiedzieliby, że nie mówił ich wcale, a na pewno nie na tyle często, aby uznać to za wystarczające. Ale dzisiaj... dzisiaj to mógł być ostatni raz. Ta noc mogła być ostatnim razem, kiedy te słowa do niej dotrą. - I naprawdę chciałbym zrozumieć, gdzie jesteś, kiedy cię ze mną nie ma, gdzie odpływasz... - Uparcie wierzył, że w majakach, jakich doświadczała, on mógłby odnaleźć jakąkolwiek wskazówkę. - Jeżeli tam wrócisz - pociągnął nosem, przerywając wypowiedź. Tak bardzo nie chciał szlochać, walczył ze sobą zaciekle mimo łez spływających mu wciąż po policzkach - Nauczę... nauczę się, czego trzeba, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Obiecuję ci to. - I miał nadzieję, że będzie to obietnica, której dotrzyma, ale był przecież żywym, chodzącym dowodem tego, że nie wszystkie klątwy dało się złamać. Niektóre z nich ciążyły na ludziach od dziesiątek, może nawet setek pokoleń i nie dało się ich wyplewić, roznosiły się jak zaraza... Na Morrigan, najgorsze było to, że nie wiedział, od czego zacząć, a wydawało mu się, że poszedł w tym przynajmniej o krok do przodu.

Przesunął palcami po ciemnych włosach, przy następnym ruchu wplótł je pomiędzy nieco poplątane kosmyki i przesunął ich opuszkami po skórze jej głowy.

- Podobno nawet jeżeli zginiemy, to nie jest koniec - chociaż on tak uparcie nie lubił w to wierzyć. Przynajmniej do momentu, w którym zobaczył Lestrange leżącej twarzą w żarze tylko po to, żeby kilka dni późnej spotkać ją na służbie i nasłuchać się o tym, że wszyscy czworo, których wzięli za martwych, doświadczyli jakiegoś dziwnego spotkania z bogami.


fear is the mind-killer.
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#14
31.03.2024, 23:41  ✶  
Patrzyła na niego przez zaciśnięte powieki, w niepewności i strachu, szepcząc bezgłośnie litanię, łapiąc się jego istnienia wszystkimi pozostałymi zmysłami, szukając, chłonąc, rozlewając się po nim i w nim, zupełnie jakby lepkie zacieki niestabilnej duszy, szukały oparcia, połączenia, szukały kotwicy, do której mogłyby przywiązać się liną woli przetrwania. Pragnęła widzieć siłami chwiejnego umysłu, logicznie zrozumieć sposób by pozostać, lecz nie tędy prowadziła skuteczna droga... Nie wtedy, gdy potrzeba było ufności i wiary, pragnienia silniejszego od racjonalnej woli.

Mówił słowa, a ona spijała ich tembr, zsuwając się niżej tak by głowę ukorzenić w krzywiźnie jego szyi, niezachwianego karku, zwieńczenia twardości moralnego kręgosłupa, niegodzącego się na niesprawiedliwość, obracającego się zawsze ku zagrożeniu. Jej niespokojne serce zawsze przecież znajdowało ukojenie gdy była przy nim, przyjmując każdy najdrobniejszy przejaw atencji, każdy uśmiech, głupi żart, każdą przyganę, zbywające ją warknięcie, każdą myśl, każde słowo, spojrzenie...

Kocham Cię – tak trywailne i tak trudne zarazem wyznanie, skrywane za fasadą szorstkiego obycia mężczyzny przede wszystkim skutecznego, jak iskra wystrzeliło w popiół jej ciała, rozpalając ciało, a czas próby tylko mocniej ten ogień rozdmuchał, zamiast go stłamsić. Daleko jej było do słomy, która gasła pod lekkim podmuchem, Mildred mimo wiotkości ciała zawsze była harda duchem, płonęła teraz jak wiekowy węgiel wydarty ziemi. Alastor mógł pod palcami poczuć już nie drżenie osiki, a wzmagające ciepło, z każdym słowem, z każdym zapewnieniem i obietnicą. A gdy jej dusza wlewała się w poszukiwaniu rozpaczliwego cienia nadziei, jakież uniesienie mogło towarzyszyć odkryciu, że to nie cień, a rozchodzący się kryształami blask bliźniaczego odbicia, niemożliwego wcześniej do pojęcia przez małość i ograniczenie ludzkiego ciała, niepewność, zbudowaną obronną fasadę, bariery racjonalnych myśli nabytych i wzmacnianych latami.

Musiała umrzeć, przejść się tam i na powrót, by to pojąć i przyjąć.

– Jesteś... – szepnęła mu znów, wierząc w każde słowo, a czerń otulająca ją w paranoicznej myśli i obezwładniającym lęku transformowała w czucie i pewność, przyjmowała nieprzerwanie jego kształt i podobieństwo, bo gdy Mills odwróciła oko swojej jaźni na drogę, tam był już tylko jej brat, prawdziwy jak nic innego wokół. Wargi rozchylone w westchnieniu otuliły na moment ciepły puls biegnącej przy ścięgnach tętnicy, zbierając sól minionego dnia, zmęczenie tygodni zawiedzonych nadziei.

– Cokolwiek się stanie... – kolejny pocałunek zatrzymał się pomiędzy skrzydłami obojczyków, miękkim zagłębieniu, spoiwem silnych ramion, upragnionych kotwic w tym okrutnym, lecz chcianym przez wzgląd na niego świecie. – Nigdy więcej... choćbym miała umrzeć i nawiedzać Cię po kres Twoich dni. Będę czekać tutaj, by przejść tam z Tobą razem. Nigdy bez Ciebie. Nigdy więcej bez Ciebie. – I w końcu strach minął zupełnie, gdy głowę złożyła mu na piersi, zasłuchana w łomoczące, stęsknione serce.
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#15
09.04.2024, 21:37  ✶  
- Jestem - powtórzył raz jeszcze i bardzo, ale bardzo chciał powiedzieć, że już nic złego jej nie spotka, na żadnym etapie jej życia. Chciał, ale nie mógł, o ile nie chciał skłamać - a kłamał przecież tak rzadko - to nadmierna momentami szczerość narobiła mu wrogów i osób zniechęconych do jego szorstkiego podejścia. Dobry, ale nie miły - komentujący wszystko w myślach w drażniący sposób, czasami przenoszący te myśli na język i urzeczywistniający je w licznych kłótniach. Wredny, ale szczery - a więc nawet obiecując jej starania, nie mógł powiedzieć, że nie zawiedzie. Bo był swoim największym krytykiem i wiedział, jak często zawodził, nawet kiedy dawał z siebie wszystko i poświęcał sprawie, co tylko mógł.

Dla tej sprawy poświęciłby własne życie.

Już lata temu, kiedy ojciec narzucił mu konkretną drogę, spisał się na straty. To nie byłoby fair, gdyby umarła przed nim. Powinno istnieć jakieś prawo świata - wieczysta przysięga pozwalająca na oddanie komuś swojej duszy, tak żeby w ostatniej chwili zamienić się z nim miejscami i odejść w niebyt, pozostawiając swoje lata życia komuś, kto bardziej na nie zasługiwał i lepiej by je spożytkował. Jednocześnie trochę go to martwiło. Czy gdyby go zabrakło, Mills i Effie faktycznie byłyby bezpieczne? Z kim by mieszkały? Kto zamartwiałby się o nie całymi dniami, wracałby po nadgodzinach i dyskretnie otwierał ich pokoje w środku nocy, żeby upewnić się, czy faktycznie śpią? Kto przejąłby tę rolę, wypełnił tę pustkę? Bertie? Longbottomowie? A może wręcz przeciwnie - receptą na taką stratę było odcięcie się od tego, co ci o niej przypominało.

A może po prostu niektórym ludziom, przeznaczone było umrzeć razem? Może nie powinien się nad tym tyle rozwodzić, tylko wsłuchać się w słowa, które do niego szeptała i przyjąć je zbyt dosłownie - czyli jak przez większość czasu, bo z poezją nie było mu za pan brat, nawet kiedy udawał, że mu zależało.

- Nie musisz... nie musisz mówić tak, jakby już wydano na ciebie wyrok - skarcił ją mimo wszystko. Bo śmierć mogła stukać swoimi kościstymi palcami o framugę, ale oni wciąż mogli patrzeć w innym kierunku - na przekór wszystkiemu. To była jego prawda. - Do śmierci mamy jeszcze czas. Zostań, bo mamy tu jeszcze coś do zrobienia. - Nie chciał wcale, żeby brzmiało to jak rozkaz, ale tak to zabrzmiało - bo miał głos tak surowy, jak ich ojciec. Wdał się w niego z urody, z zachowań, z przeznaczenia, chociaż miał nieco miększą twarz i usposobienie. Iskra życia, jaką odziedziczył po matce, nie pomogła jednak w tym, że się zbyt wiele razy otarł o wrzask taty, a zbyt mało razy o jej czułe spojrzenie - i to, co nie powinno, na zawsze w nim zostało. Dlatego przestał płakać. Po jego policzkach nie płynęły już żadne łzy, a te wylane suszył właśnie czas. Bo faceci nie płakali.

@Millie Moody


fear is the mind-killer.
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#16
13.04.2024, 13:10  ✶  
Tak jak świat snów mieszał się jej ze światem jawy, tak język poezji i rzeczywistości był tym samym, a Mildred nie była nigdy bardziej szczera wobec swojego brata jak teraz.

– Kocham Cię... – szepnęła w odpowiedzi, w dwóch słowach mieszcząc całe spektrum swoich uczuć wobec niego, tych łagodnych, pozwalających niczym sól wydobyć z niej całą słodycz i delikatność, jak i tych burzliwych, destrukcyjnych, obezwładniających obsesyjnym pragnieniem bycia częścią jego życia na zawsze. Odnalazła jego dłoń i splotła ich palce, zakotwiczając się w spokoju, w jego istocie, we wszechogarniającej obecności, we własnym nasyceniu i szczęściu podobnym do tego, jak po długiej podróży przekraczamy próg domu i wiemy, że w końcu jesteśmy bezpieczni.

Na trawie śpijmy głęboko...

Soczysta zieleń zalewała zimną, czarną przestrzeń będącą w rzeczywistości sterylną podłogą szpitalną, będącą w rzeczywistości kobiercem, na kwietnej polanie rozelśnionej mleczną poświatą księżycowych łez, na polanie pełnej

...na łoże z kwiatów przyjdź tu do kochanki, niech się z twym pięknym obliczem popieszczę, głowę twą lśniącą ustroję w róż wianki

róż... wonnych, pozbawionych kolców, o głowach ciężkich od kwiecia, o łagodnych pudrowych płatkach łaskoczących skórę. Bicie serca wyznaczające puls świata, jej całego świata, miarowe i piękne, gasnące wraz z nadchodzącym Snem, młodszym bratem Śmierci, który odbierał świadomość nie na zawsze, a tylko na chwile, na krótki przedsmak wieczności.

Leżeli razem, a trawa pod nimi się uginała. Nigdy nie znali takiego spokoju, w wilgotnej, roślinnej pościeli. Nie znali tego głodu robaków żerujących na ich ciele. Nie znali takiego snu, gdy nie było już nic do zrobienia, wszystko zostało za nimi, a ciała nie przesunęły się nawet o cal. I chciała tak leżeć tygodnie i lata, tak długo aż znalazłyby ich kruki, aż lisy poznałyby ich smak. Aż w końcu oboje staliby się kwiatami, dłoń w dłoni, pokarm dla ziemi, aż w końcu korzenie dałyby im dom, w końcu byliby domem, na zawsze byliby domem...

+++

Ciepłe barwy poranka opromieniły łagodny uśmiech na twarzy, której kolory zdawały się być bardziej różane aniżeli woskowo nieobecne. Wystarczyło wyjść, podzielić się dobrą nowiną, zaplanować wypis i powrót do Londynu. Wystarczyło tylko znaleźć lekarza i powiedzieć mu.

Krzyk i odgłosy szamotaniny z bezlitosną precyzją rozwiały ten sen. Rozpaczliwe wołanie jego imienia rozniosło się korytarzem, a potem wyzwiska i bluzgi rzucone wobec drobnych, zupełnie niewinnych pielęgniarek, które zajrzały do izolatki sprawdzić czemu drzwi zostały uchylone. Zdradzieckie kurwy poczuły na sobie gniew obudzonej, szarpiąca się nie zamierzała tanio oddać swej skóry. Szaleństwo z oczu zniknęło dopiero wtedy gdy on pojawił się w progu, gotowy do walki... z nikim. Przylgnęła do niego natychmiast, wczepiając się żarliwie, sarkając w paranoi, łkając nad torturami, którymi byli poddawani. I wtedy, dopiero wtedy gdy tulił ją do piersi, trzymając mocno tak, by nie rwała się przed uspokajającym zastrzykiem zdał sobie sprawę, że to nie koniec, a początek leczenia.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alastor Moody (3975), Millie Moody (4374)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa