23.09.2024, 23:27 ✶
- Widzisz? - Rozłożył ręce, bo to było takie proste, ale Basilius wciąż nie uległ Ciemnej Stronie. - Wróć do mnie, kiedy za bardzo ci dopieką. Będę tu czekać - zapewnił poważnym głosem, jakby naprawdę sądził, że jeszcze się tu spotkają i głębiej omówią ten plan.
A przecież jeszcze nie wychodzili. Ambroise by nie śmiał ulatniać się stąd, kiedy na dole mógł go czekać powrót do chaosu. Tu było przyjemnie miło. W towarzystwie czas leciał wolniej a herbata mogła wystygnąć. Jeśli miałby farta to do odpowiedniej temperatury, żeby mógł ją wypić zanim będą zmuszeni wrócić do zawodowej rzeczywistości.
- To na pewno nie ma związku z tym, że gonimy ich do dodatkowego zakuwania zamiast fajnej praktyki - odrzekł bez mrugnięcia okiem. - Wy - fajni uzdrowiciele musicie mieć równowagę do swojej Jasnej Strony. Nie dziękujcie zbyt mocno - nie dodał, że lubi czekoladki albo kawę, bo tych dostawał aż za dużo od pacjentów.
Z prezentów najbardziej lubił pieniądze, których niestety tu nie mógł przyjmować. Ustawa o przeciwdziałaniu korupcji w szpitalu podcinała I'm skrzydła. Naprawdę. Kiedy zaczynał nie bawiono się w takie bzdury. Szpital im nigdy godnie nie płacił, ale kiedyś jeszcze przymykano oko na drobne akty finansowej życzliwości wobec uzdrowicieli.
- Mamy nasze specjalne notesy, termosy z kawą i herbatą, karty do szpitalnego bingo. Od czasu do czasu stawiamy zakłady - wyliczał z kamienną twarzą, kwitując to wzruszeniem ramionami. - Poza rozdzielaniem ról ze scenariusza dręczenia stażystów na ten tydzień robimy też wiele innych fajnych rzeczy. Powinieneś kiedyś wpaść - zakończył pozwalając sobie na porozumiewawczy uśmiech.
Jakże przyjemniejsze byłoby jego życie, gdyby rzeczywiście tak to wyglądało. Czasami pluł sobie w brodę za to, że postanowił być wykładowcą. Zaraz potem uświadamiał sobie, że lubi tych niedouczonych łebków, którym mógł wciskać wiedzę do głowy. Przynajmniej nie mógł mieć do nikogo wyrzutów, bo to on odpowiadał za weryfikację nauki informacji, które im wcześniej przekazał. Lubił maksymę, że jeśli chciało się coś zrobić dobrze to trzeba to było zrobić samemu. Może nie był najłatwiejszym z prowadzących, ale starał się być sprawiedliwy i wyrozumiały. Wbrew temu, co lubił mówić, nie groził stażystom urazami magicznymi. Zbyt często.
Teraz mógłby wpłynąć na statystyki, bo był wprost przekonany, że to jakiś stażysta skierował międzyoddziałowego pacjenta na jego wypełniony po brzegi oddział bez uzgodnienia. Cholera wzięła wypicie herbaty w idealnej temperaturze. Kawy też, więc również w imieniu kolegi czuł się niezbyt zadowolony.
Przynajmniej on również mógł docenić tę małą, niezamierzoną życzliwość wynikającą z tego, że obaj nie byli zbyt przystosowani do pędzenia po schodach na złamanie karku. W razie faktycznej konieczności może mógłby spróbować, ale teraz szedł swoim tempem zgodnym z tym także u Basiliusa. Zielony czy nie. Pacjent mógł jeszcze chwilę na nich poczekać, skoro schodzili do niego z samej góry.
Podchodząc do nieszczęśnika, Ambroise nie wiedział, czego się po nim spodziewał. Z pewnością nie zielonych, kłosowatych włosków o wyglądzie źdźbeł, które dyskretnie wskazał mu kolega. To był niecodzienny widok. Nawet tutaj.
Niestety, wywiad niewiele im rozjaśnił.
- Episkey mnie w - rzyć odmruknął, planując dodać zagubione słowo, ale ostatecznie rezygnując. Jego intencje były jednoznaczne. - Czy naprawdę nikt nie zna innych zaklęć? - Spytał w zamian, biorąc głęboki, ciężki oddech.
Mógłby przysiąc, że rodziny pacjentów dogadały się, czego teraz używają. Jakiś czas wcześniej to był eliksir wiggenowy (zazwyczaj grubo po terminie i z drugiej ręki po zmarłej ciotce z jej składziku) teraz kolejny raz przerzucili się na jedno i to samo podstawowe zaklęcie medyczne. Gdyby już tego nie robił to powoli kwestionowałby system nauczania w Hogwarcie.
Naturalnie foliarz w nim już dawno uznał, że ktoś chciał im zapewnić dużo pracy, bo system potrzebował chorych i nieporadnych ludzi tak samo jak wiecznie przepracowanych uzdrowicieli nie mających czasu na zbyt wiele prywatnej, opłacalnej praktyki.
Kiwnął głową, żeby podziękować Basiliusowi za kartkę, po czym oddał się przeczytaniu tych raczej żałosnych wypocin. Niewiele wniosły. Wywiad był niepełny i najpewniej będą zmuszeni do ciągnięcia pacjenta za język, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Oczywiście, że rodziny już z nimi nie było. Greengrass westchnął ciężko, ale cicho.
- Jaka ocena? - Spytał, podchodząc do kolegi przy pacjencie i przyglądając się poczynaniom.
Oczywiście, chciał tylko tego, co można było powiedzieć na głos przy chorym. Reszta mogła być w formie uzdrowicielskich kalamburów zanim oddalą się na chwilę ustalić dalszy przebieg leczenia.
Pacjent jeszcze kontaktował. Przynajmniej tyle dobrego.
A przecież jeszcze nie wychodzili. Ambroise by nie śmiał ulatniać się stąd, kiedy na dole mógł go czekać powrót do chaosu. Tu było przyjemnie miło. W towarzystwie czas leciał wolniej a herbata mogła wystygnąć. Jeśli miałby farta to do odpowiedniej temperatury, żeby mógł ją wypić zanim będą zmuszeni wrócić do zawodowej rzeczywistości.
- To na pewno nie ma związku z tym, że gonimy ich do dodatkowego zakuwania zamiast fajnej praktyki - odrzekł bez mrugnięcia okiem. - Wy - fajni uzdrowiciele musicie mieć równowagę do swojej Jasnej Strony. Nie dziękujcie zbyt mocno - nie dodał, że lubi czekoladki albo kawę, bo tych dostawał aż za dużo od pacjentów.
Z prezentów najbardziej lubił pieniądze, których niestety tu nie mógł przyjmować. Ustawa o przeciwdziałaniu korupcji w szpitalu podcinała I'm skrzydła. Naprawdę. Kiedy zaczynał nie bawiono się w takie bzdury. Szpital im nigdy godnie nie płacił, ale kiedyś jeszcze przymykano oko na drobne akty finansowej życzliwości wobec uzdrowicieli.
- Mamy nasze specjalne notesy, termosy z kawą i herbatą, karty do szpitalnego bingo. Od czasu do czasu stawiamy zakłady - wyliczał z kamienną twarzą, kwitując to wzruszeniem ramionami. - Poza rozdzielaniem ról ze scenariusza dręczenia stażystów na ten tydzień robimy też wiele innych fajnych rzeczy. Powinieneś kiedyś wpaść - zakończył pozwalając sobie na porozumiewawczy uśmiech.
Jakże przyjemniejsze byłoby jego życie, gdyby rzeczywiście tak to wyglądało. Czasami pluł sobie w brodę za to, że postanowił być wykładowcą. Zaraz potem uświadamiał sobie, że lubi tych niedouczonych łebków, którym mógł wciskać wiedzę do głowy. Przynajmniej nie mógł mieć do nikogo wyrzutów, bo to on odpowiadał za weryfikację nauki informacji, które im wcześniej przekazał. Lubił maksymę, że jeśli chciało się coś zrobić dobrze to trzeba to było zrobić samemu. Może nie był najłatwiejszym z prowadzących, ale starał się być sprawiedliwy i wyrozumiały. Wbrew temu, co lubił mówić, nie groził stażystom urazami magicznymi. Zbyt często.
Teraz mógłby wpłynąć na statystyki, bo był wprost przekonany, że to jakiś stażysta skierował międzyoddziałowego pacjenta na jego wypełniony po brzegi oddział bez uzgodnienia. Cholera wzięła wypicie herbaty w idealnej temperaturze. Kawy też, więc również w imieniu kolegi czuł się niezbyt zadowolony.
Przynajmniej on również mógł docenić tę małą, niezamierzoną życzliwość wynikającą z tego, że obaj nie byli zbyt przystosowani do pędzenia po schodach na złamanie karku. W razie faktycznej konieczności może mógłby spróbować, ale teraz szedł swoim tempem zgodnym z tym także u Basiliusa. Zielony czy nie. Pacjent mógł jeszcze chwilę na nich poczekać, skoro schodzili do niego z samej góry.
Podchodząc do nieszczęśnika, Ambroise nie wiedział, czego się po nim spodziewał. Z pewnością nie zielonych, kłosowatych włosków o wyglądzie źdźbeł, które dyskretnie wskazał mu kolega. To był niecodzienny widok. Nawet tutaj.
Niestety, wywiad niewiele im rozjaśnił.
- Episkey mnie w - rzyć odmruknął, planując dodać zagubione słowo, ale ostatecznie rezygnując. Jego intencje były jednoznaczne. - Czy naprawdę nikt nie zna innych zaklęć? - Spytał w zamian, biorąc głęboki, ciężki oddech.
Mógłby przysiąc, że rodziny pacjentów dogadały się, czego teraz używają. Jakiś czas wcześniej to był eliksir wiggenowy (zazwyczaj grubo po terminie i z drugiej ręki po zmarłej ciotce z jej składziku) teraz kolejny raz przerzucili się na jedno i to samo podstawowe zaklęcie medyczne. Gdyby już tego nie robił to powoli kwestionowałby system nauczania w Hogwarcie.
Naturalnie foliarz w nim już dawno uznał, że ktoś chciał im zapewnić dużo pracy, bo system potrzebował chorych i nieporadnych ludzi tak samo jak wiecznie przepracowanych uzdrowicieli nie mających czasu na zbyt wiele prywatnej, opłacalnej praktyki.
Kiwnął głową, żeby podziękować Basiliusowi za kartkę, po czym oddał się przeczytaniu tych raczej żałosnych wypocin. Niewiele wniosły. Wywiad był niepełny i najpewniej będą zmuszeni do ciągnięcia pacjenta za język, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Oczywiście, że rodziny już z nimi nie było. Greengrass westchnął ciężko, ale cicho.
- Jaka ocena? - Spytał, podchodząc do kolegi przy pacjencie i przyglądając się poczynaniom.
Oczywiście, chciał tylko tego, co można było powiedzieć na głos przy chorym. Reszta mogła być w formie uzdrowicielskich kalamburów zanim oddalą się na chwilę ustalić dalszy przebieg leczenia.
Pacjent jeszcze kontaktował. Przynajmniej tyle dobrego.