26.08.2024, 00:26 ✶
Każda z tych trzech opcji brzmiała bardzo prawdopodobnie, chociaż ta z chaosem... Lestrange miał wokół siebie niemalże idealny porządek. Wszystko miało swoje określone miejsce, swój idealny stan, swoje idealne położenie. Czy ktoś taki mógł lubić chaos? Chociaż faktycznie: cholera wie, co siedziało w jego głowie. Być może ta pedantyczność, te same zestawy ubrań i ta sama maniera, te same wyćwiczone gesty były przykrywką dla pierdolca, który krył mu się pod czaszką. Przecież do Departamentu Tajemnic nie tylko nie przyjmowali debili, ale również zdrowych na umyśle ludzi, czyż nie? No i nie lubił goblinów - a kto lubił?
Lestrange aż się uśmiechnął na tę formalność Brenny. To już drugi raz podczas tego spotkania - ach, co ta kobieta potrafiła zrobić z człowiekiem. Pokręcił głową, bo chyba odkrył, dlaczego tak bardzo na początku za nią łaził. Po prostu była, kurwa, inna, celowo czy też nie, ale jednocześnie w tym wszystkim tak naturalna, jakby urodziła się w mundurze i z różdżką w dłoni. Jeżeli tak to Matka niech ma w opiece jej własną matkę, to musiało boleć.
- Chciałbym zobaczyć twoją przełożoną, która przyjmuje zgłoszenie na temat kradzieży całego banku - odrzekł, podchodząc do goblina, który ściskał się za gardło. Nie, nie dusił się ale miał chyba nadzieję, że tym gestem sprawi, że struny głosowe znowu zaczną wydawać dźwięki. Tak się jednak nie stało, a Rodolphus wycelował różdżką prosto w jego twarz. Nie zamierzał bawić się tak jak Longbottom, w dotykanie tych brudnych istot. Goblin przestał się szarpać, a czarodzieje postanowili się rozejść, chociaż cholera jasna: był pewny, że są za winklem i podsłuchują.
Goblin wypluł szmatę i Merlinie, gdyby spojrzenie mogło zabijać, to Brenna umarłaby nie dwa razy, a pięć. Tyle nienawiści było w tym jednym zerknięciu, że to było aż nieprawdopodobne. A chodziło o coś, co przecież należało się im, czarodziejom, prawda? No i jeszcze ten głupi bank, ale to chyba była wymówka. Bo kto chciałby ukraść bank?
- Pójdziemy, ale to jeszcze nie koniec - wysyczał w kierunku brygadzistki. - Zabieraj te brudne łapy!
Lestrange aż się uśmiechnął na tę formalność Brenny. To już drugi raz podczas tego spotkania - ach, co ta kobieta potrafiła zrobić z człowiekiem. Pokręcił głową, bo chyba odkrył, dlaczego tak bardzo na początku za nią łaził. Po prostu była, kurwa, inna, celowo czy też nie, ale jednocześnie w tym wszystkim tak naturalna, jakby urodziła się w mundurze i z różdżką w dłoni. Jeżeli tak to Matka niech ma w opiece jej własną matkę, to musiało boleć.
- Chciałbym zobaczyć twoją przełożoną, która przyjmuje zgłoszenie na temat kradzieży całego banku - odrzekł, podchodząc do goblina, który ściskał się za gardło. Nie, nie dusił się ale miał chyba nadzieję, że tym gestem sprawi, że struny głosowe znowu zaczną wydawać dźwięki. Tak się jednak nie stało, a Rodolphus wycelował różdżką prosto w jego twarz. Nie zamierzał bawić się tak jak Longbottom, w dotykanie tych brudnych istot. Goblin przestał się szarpać, a czarodzieje postanowili się rozejść, chociaż cholera jasna: był pewny, że są za winklem i podsłuchują.
Goblin wypluł szmatę i Merlinie, gdyby spojrzenie mogło zabijać, to Brenna umarłaby nie dwa razy, a pięć. Tyle nienawiści było w tym jednym zerknięciu, że to było aż nieprawdopodobne. A chodziło o coś, co przecież należało się im, czarodziejom, prawda? No i jeszcze ten głupi bank, ale to chyba była wymówka. Bo kto chciałby ukraść bank?
- Pójdziemy, ale to jeszcze nie koniec - wysyczał w kierunku brygadzistki. - Zabieraj te brudne łapy!