• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
1 2 3 Dalej »
[08.06 Ambroise & Anthony] A żmija dzieciom sączyć w kły swe jady

[08.06 Ambroise & Anthony] A żmija dzieciom sączyć w kły swe jady
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
25.09.2024, 21:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:35 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

—08/06/1972—
Anglia, Londyn
Ambroise Bertrand Greengrass & Anthony Shafiq
[Obrazek: xacFVjO.png]

Zagasać będą złotych gwiazd gromady —
Pająk prząść będzie sieci swe zatrute,
A żmija dzieciom sączyć w kły swe jady.

Na potępionym twego ciała pyle,
Cały rok słyszeć będziesz w twej mogile,
Rozpaczne wycia stad wilków drapieżnych;

Starych czarownic bezecne uściski,
Ohydne śmiechy żebraków lubieżnych,
I syki gadzin — i zbrodniarzy spiski.



Anthony był już po sesji zdjęciowej dla Rosierów i czas było trochę poudawać, że się pracuje. Po bezpłatnym urlopie na którym żegnał się ze swoim zmarłym tragicznie bratem, nader wylewnie biesiadując w swojej francuskiej winnicy, teraz przychodziła pora na odrobię angielskiej prozy. Nie musiał tego robić, ale wziął to na siebie, wszystko byle nie być w biurze, byle nie obawiać się, że na korytarzu mógłby minąć się z osobami, z którymi nie chciał się mijać. Jeszcze.

Dlatego też teleportował się do urzędu celnego, gdzie w magazynach znajdowały się od lat przeróżne substancje, o których losie musieli w końcu zdecydować. Miał od tego Harolda Bumfuzzle'a Głównego Inspektora ds. Magicznych Ziół i Innych Ingrediencji Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, od podejmowania decyzji pod którymi potem Shafiq się potem podpisywał. Ale dziś miał się pojawić ktoś inny. Sprawa rozwodowa upośledziła jego narzędzie decyzyjne, każdy kryzys jednak był szansą na nową znajomość. Na nową interesującą muchę w sieci.

Wygładził kieszeń eleganckiej szaty, w której spoczywał niewielki test, na okoliczność pana Greegrassa. Panowie znali się z Magicznego Towarzystwa Herbologicznego, Harold wychwalał młodzika, ze względu na jego rozległą wiedzę i instynkt, też ważny w pracy urzędniczej, co do nielegalnych substancji. Anthony nie chciał wiedzieć jakim doświadczeniem ów instynkt był wykształcony. Był ciekaw tego, jak ów instynkt mógłby współgrać z jego potrzebami. Jak zarezonowałby z nieznajomym i czy ów wspólna harmonia mogłaby przynieść synergię, której potrzebował, gdy Harold nie miał czasu. Zwłaszcza wtedy.

– Pan Greengrass? Bardzo mi miło. Anthony Shafiq, szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, bardzo dziękuję, że znalazł pan czas w naszej sprawie. – To nie była praca "pro bono", ale i tak warto było uśmiechnąć się i uścisnąć dłoń. Był absolwentem Ravenclaw. Cenił specjalistów o wiele bardziej niż ludzi u władzy. – Mam nadzieję, że nie było problemu trafić? Ten magazyn jest dosyć ukryty w gąszczu budynków Magicznego Urzędu Celnego.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
27.09.2024, 17:06  ✶  
Greengrass nieczęsto decydował się brać udział w ministralnych sprawach. Nie z uwagi na brak czasu, bowiem ten z pewnością znalazłby gdzieś pomiędzy pracą a pracą. Szczególnie biorąc pod uwagę, że wszelkie zlecenia pozyskane poza Mungiem również traktował ze zwykłym sobie pracoholizmem. W tym wypadku chodziło o coś innego.
Mimo możliwości zyskania nowych koneksji, jakie gwarantowało działanie na rzecz Ministerstwa Ambroise po prostu nie lubił organów prawa. Nie unikał ich zbytnio, ale raczej nieczęsto chciał dobrowolnie maczać palce w sprawach związanych z systemem prawnym. Tym bardziej, kiedy nie widział w tym konkretnych korzyści.
Od czasu do czasu udzielał się w niektórych sprawach. Zdarzało mu się występować w imieniu swoim, swojego ojca albo reprezentować rodzinę. Głównie wtedy, kiedy było pewne, że Thomas nie będzie dostępny a Roselyn nie zyska zbytnio uwagi bandy ministralnych dziadów. Był ekspertem w swojej dziedzinie. Może na pierwszy rzut oka trochę zbyt bezczelnym i pewnym siebie, ale w niektórych sytuacjach to było bardziej zaletą niż wadą. Mógł wyrokować o niektórych rzeczach z naturalnością. A przy tym niewiele robił sobie z czyichś niewłaściwych opinii, z których obaleniem nie miewał problemu.
Jeśli chciał coś powiedzieć to zazwyczaj to mówił. W sprawach oficjalnych zachowywał się przy tym jak na dobrze wychowanego czystokrwistego czarodzieja przystało. Pyskówki I inwektywy zostawiał na inny czas. Potrafił rozgraniczyć jawne sprawy zawodowe od tych niejawnych. W przypadku kontaktów z przedstawicielami prawa bywał stanowczy i zimny, oficjalny, ale nie pozwalał sobie na tyle, żeby można było mu coś zarzucić. Czysty, żeby nie powiedzieć wyrachowany profesjonalizm z nutą buty opcjonalnie okraszonej kalkulowaną pogardą.
W większości przypadków trzymał się z dala od konieczności współpracy z Ministerstwem. Bardzo okazjonalnie włączał się w sprawy, które mogłyby mu przynieść więcej szkody niż korzyści. Nie chciał, żeby ludzie mieli go za prawnego psa. Na tym nie zbudowałby zaufania półświatka. Jednakże bywały okazje, których nie mógł nie wykorzystać. Czasami należało się pokazać i dać do zrozumienia, że było się pomocnym i prawym obywatelem.
Poza tym nieczęsto odmawiał korzystnych przysług a to była taka sytuacja. Ktoś mógł mieć u niego dług wdzięczności. Dla Greengrassa było to bardzo pożądane. Nie mógł pozwolić sobie na stratę tak istotnej karty przetargowej jak pamięć Harolda o tym, że poszedł mu na rękę.
Stąd też pojawił się we wskazanym miejscu, starannie dbając o wizerunek. Był jednoznacznie poważny i czystokrwisty™ - elegancki, ale nie do przesady, bo wiedział, że czasami nie należy być  lepszym od przedstawicieli systemu. Postawił na przewagę noszenia się z godnością, ale także odrobinę człowieczeństwa. Ot kilka pomniejszych akcentów sugerujących, że był botanikiem z krwi i kości.
Nieznacznie przybrudzony czarną ziemią sygnet, staranny nieład fryzury, listek na butach. Trochę znoszona torba z rzeczami, które mogły mu się przydać. Nie był zaaferowanym naukowcem z chaosem w oczach i trzęsącymi się z ekscytacji rękami. Co to to nie. Kiedy dostrzegł mężczyznę, który niewątpliwie go oczekiwał, skinął głową.
- Zgadza się. Ambroise Bertrand Greengrass. Miło mi - miał chłodną, sztywną dłoń, którą oczywiście wyciągnął na powitanie, znów kiwając głową. - Harold mówił, że to istotne - zatem był tu do usług. Wszystko dla poczciwego Harolda o problemach małżeńskich i korzystnych koneksjach. - Miejska dżungla nie jest mi straszna - stwierdził w odpowiedzi na pytanie.
Nawet jeśli rzeczywiście miał pewne problemy ze znalezieniem właściwego miejsca to nie zamierzał odpowiadać twierdząco i przyznawać się do potencjalnych słabości. Gardził słabymi ludźmi.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
07.10.2024, 17:14  ✶  
Anthony Shafiq, jako wytrawny aktor amator, oraz zawodowy polityk potrafił docenić taką dbałość o detal. Mężczyzna, który z pozoru tylko zajmował mało istotne stanowisko, znajdujące się idealnie po środku piramidy ministerialnej hierarchii, utrzymywał się na powierzchni od niemalże piętnastu lat, nie dając się zbić ani promugolackiej, ani antymugolackiej stronie. Kluczem było nie obieranie żadnej ze stron, oczywiście, ale też właśnie detal, przedstawienie w którym było się zarówno reżyserem, scenarzystą i gwiazdą wieczoru. A teraz przeglądał się w młodym Greengrasie z zaciekawieniem, patrząc na wszelkie przejawy indywidualizmu tego, który przebijał spod maski, ale też doceniając kunszt jej wykonania.

Szef OMSHMu nie przepadał za światem ożywionym bardziej niż to konieczne. Poza wielką miłością do smoków nie obchodziła go zieleń, ale to nią też zawiadywał w ramach pracy swojego biura. Miał od tego ludzi, wielu ludzi, a Harold spośród nich był najlepszy. Naukowiec, który przypadkiem trafił pomiędzy akta. Naukowiec, który teraz niestety nie mógł przyjść ale o to i jego godne zastępstwo. Greengrass, skojarzenie mknęło z oczywistych względów ku Kniei Godryka i znajdującej się obok niej Dolinie Godryka, ale Anthony wiedział, że Greengrassowie nie są aż tak blisko Longbottomów, mimo oczywistych, geograficznych współzależności. Ale przecież nie cały świat kręci się wokół tej przeklętej rodziny, czyż nie?

– Doskonale. Sprawa nie powinna zająć nam dużo czasu. Harold wprowadził pana w specyfikę naszych działań? – dopytał, ruszając w głąb budynku, wąskim niedoświetlonym korytarzem. Klaustrofobiczny nastrój pogłębiony był dodatkowo przez zgniłą zieleń, którą ktoś uznał za dobrą i zachęcającą do pracy barwę. – Poza oczywistą identyfikacją roślin, które zalegają w naszych magazynach, będziemy mieć też kilka ziaren i substancji pochodzenia roślinnego, których legalność należy ustalić i zdecydować o ich dalszym losie. – Szedł miarowo, opowiadał absolutnie neutralnie, choć jego głos brzmiał miękko i przyjemnie, nie zachowywał się jak znudzony urzędnik. Cóż - trudno, żeby był znudzonym urzędnikiem, gdy tak rzadko przebywał w biurze. Od tego miał ludzi.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
08.10.2024, 01:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2024, 01:35 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Czasu mi nie brakuje. Zapewniam pana, że poświęcę tyle uwagi ile to konieczne. Rzecz jasna: bez zbędnego przeciągania naszego spotkania - zapewnił wpatrując się w rozmówcę i analizując go niemalże tak samo jak był analizowany.
Pewni ludzie po prostu nie chcieli pozwolić sobie na beztroskie interakcje z ludźmi, których nie znali. Szczególnie z takimi, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądali na bardziej interesujących niż mogłoby się zdawać. Anthony Shafiq nie był zwykłym nadętym urzędnikiem z wysokim stanowiskiem i przerośniętym ego. Nie był również ludzką twarzą polityki a to w naturalny sposób nasuwało kolejne pytanie:
Kim jest?
Trudno było powiedzieć. Pozory myliły, niektórzy bywali bardziej płytcy niż się wydaje. Inni wręcz przeciwnie. Ich przelotna interakcja nie miała raczej zbyt wiele ujawnić, ale nawiązanie kontaktu nie brzmiało do końca niekorzystnie jak strata czasu. Choć tego Ambroise wcale nie miał tyle, ile gładko sugerował.
- W rzeczy samej - odpowiedział uprzejmie, dając do zrozumienia, że w razie potrzeby może rozwinąć kwestię posiadanych informacji, wspominając co nieco o zakresie wiedzy, jaką podzielił się z nim Harold, jednak nie uważa tego za konieczne.
Ich wspólny znajomy nie był obecnie w najlepszym stanie psychicznym - mówiąc dosyć dyskretnie i grzecznie, bo gdyby mieli być ze sobą całkowicie szczerzy a nie taktownie profesjonalni to Greengrass użyłby zupełnie innych określeń. We własnej głowie nazywał badacza chaotycznym, pogubionym i coraz bardziej zdziwaczałym, choć stosunkowo rzadko wytykał komukolwiek bycie zamkniętym we własnym świecie. Wbrew pozorom przecież sam nie należał do najprostszych ludzi, szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy to zdarzyło mu się postąpić bardziej pochopnie niż by sobie tego życzył.
Niestety w przypadku Bumfuzzle trudno było nie dostrzec równi pochyłej, na której znalazł się mężczyzna, pozwalając sobie na coraz bardziej żenujące pogrążanie się w depresji i niemalże całkowite wyzbycie się kontroli nad własnym życiem. To nie był już ten sam człowiek, z którym Ambroise z łatwością znajdował wspólny język.
Kiedy spotkali się w celu ustalenia zakresu zastępstwa, Greengrass musiał ciągnąć inspektora do odpowiedzi, jakby miał do czynienia z jednym ze swoich najmłodszych stażystów (w końcu poza pełnieniem roli uzdrowiciela był również wykładowcą) a nie z kimś, kto powinien wyczerpująco przekazać mu wszystkie konieczne informacje.
Ponadto był zmuszony stwierdzić, że starszy kolega mógł mieć całkiem spory problem z alkoholem, ponieważ nie było to ich pierwsze spotkanie, podczas którego wyglądał na co najmniej wczorajszego. Nawet w najcięższym momencie prywatnego życia, kiedy rozniosła się pogłoska o tym, że żona porzuciła go na rzecz młodego rzemieślnika, Harold zawsze potrafił sprawiać pozory.
Jako człowiek również przykładający czasami nawet trochę zbyt dużo uwagi do tego jak prezentuje się na zewnątrz, Ambroise czuł się co najmniej zażenowany zmianami powoli dostrzegalnymi u Bumfuzzle. Będąc szczerym, nie rozumiał tego człowieka, nawet jeśli powinien być dla niego bardziej wyrozumiały jako ktoś, kto nieco ponad rok wcześniej przeszedł przez coś podobnie druzgocącego.
Co prawda nie został porzucony. Wręcz przeciwnie - to on odszedł od kobiety, z którą przez siedem długich lat usiłował budować sobie życie i której niemal się oświadczył. Podjął kilka skalkulowanych i koniecznych, ale bolesnych decyzji, których pokłosie zbierał do tej pory. Mimo to trwał przy swoich postanowieniach, przez cały czas stwarzając pozory.
Bo pozory... ...pozory były wszystkim.
Szybko w życiu przekonał się, że czasami to nie wiedza była tym kluczowym elementem sukcesu. To nie tak, że nie miała znaczenia. Była istotna - szczególnie w czynnościach wymagających stawiania umiejętnej ekspertyzy. Natomiast sprawianie wrażenia było kluczem niemalże do wszystkiego. Otwierało wiele drzwi, do których człowiek z wiedzą, ale bez pewności siebie mógł jedynie nieśmiało pukać.
A jeśli coś można było o nim powiedzieć to nie to, że był nieśmiały. Przeciwnie. Nawet wtedy, kiedy miał wrażenie, że rzeczywiście zaczyna go dusić jak niewidzialne diabelskie pnącza, przybierał swoją maskę i z wyższością, może nawet butą bądź bezczelnością stwierdzał, że czasami lubi trochę ostrzej.
Nie odniósłby sukcesu, gdyby zachowywał się jak Harold. Ba! Dawny Harold sam spojrzałby na siebie z przyganą, bo to nie było w jego charakterze. Zresztą wystarczyło powiedzieć, że poprzednią wersję inspektora Greengrass traktował z szacunkiem mimo pełnej świadomości jego gorszego pochodzenia. Tej wersji pomagał wyłącznie z uwagi na godny politowania sentymentalizm oprószony wywąchaniem korzyści płynących z wyświadczenia przysługi. Choć może w drugą stronę?
Tak czy inaczej na ten moment nie był niezadowolony z pojawienia się w obrzydliwie zielonym (nawet jak na standardy typowego Greengrassa) magazynie, przez który powoli zmierzali.
- Jak mniemam wszystko, o czym dziś rozmawiamy znajduje się w tym magazynie? - Spytał, tym razem z bardziej autentycznym zainteresowaniem wykorzystywanymi rozwiązaniami, które miałyby na celu odpowiednie rozdzielenie wymienionych ministralnych zdobyczy bez ryzyka uszkodzenia ich czy wzajemnego wpływu. - Kreatywny dobór koloru ścian - dodał jeszcze w celu pozornego rozluźnienia rozmowy.
Ponownie: wrażenie. Obaj bezsprzecznie je sprawiali, przy czym Greengrass starał się wyjść na kogoś chłodniejszego od znanego mu i Shafiqowi inspektora, ale równie zainteresowanego Ministerstwem i pomocą. Od tej raczej pozytywnej strony, rzecz jasna.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
22.10.2024, 14:15  ✶  
– Owszem, to rutynowe przejrzenie rzeczy, które nam zalegają, a których terminy dokumentacji przepadły. Mój poprzednik był dość... powolny jeśli chodzi o tego typu procedury i nawet teraz jesteśmy w stanie odnajdować jakieś zapodziane paczki, których właściciele dawno splajtowali, a dokumentację zjadły magiczne jedwabniki, sprzed 10 lat. Straszliwa plaga, nie polecam, mimo że Harold upierał się, aby spieniężyć te odnalezione ilości nici w archiwum na szczytny cel. – Machnął z lekceważeniem ręką, prowadząc go przez labirynt swoich "włości".

Wszystko, żeby nie być w biurze.

Jonathan, jego zastępca, zrozumie.

– Teraz więc co kwartał przypatrujemy się różnym podejrzanym przesyłkom, które utkwiły w urzędzie celnym i określamy ich... legalność, a także decydujemy o losie tych mniej legalnych substancji, nasion, suszów. Bardzo jestem rad, że zgodził się pan na dzisiejszą współpracę, proszę wybaczyć, że tak stereotypowo, ale bardzo ubolewałem, że nie mamy nikogo z Greengrassów w departamencie. Miłość do roślin jest niejako wpisana w genotyp tej familii, zawsze mnie ciekawiło, czy jesteście w stanie rozpoznać każdy gatunek podobnie jak Burkowie, po polizaniu go? – pytanie padło przy drzwiach i choć mogło by brzmieć lekceważąco, w otwartej postawie Shafiqa widać było zainteresowanie tematem i osobą Ambroise'a. – Ja sam absolutnie rozróżnię co najwyżej szpinak od roszponki, ale to ha, właśnie przez walory smakowe. – Otworzył drzwi do malutkiego pokoiku, który zamiast ściany posiadał pojedynczy wysoki regał, którego półki uginały się od paczek i paczuszek, doniczek, szklanych słojów. Oprócz tego był tam stolik i dwa krzesła. Na stoliku leżał spory plik dokumentów, zawczasu przygotowany do inspekcji.

Zapowiadało się długie popołudnie.

Gestem zaprosił mężczyznę do wnętrza. Choć był jego zleceniobiorcą, to nie widział powodów, by nie traktować go jako swojego gościa. – Ale oczywiście, ktoś to musi podpisać i... widzę, że nie przygotowano nam nic do picia ani przegryzienia. Preferuje pan na słodko czy wytrwanie? – dopytał, sięgając do kieszeni po niewielki notes z którego wydarł pojedynczą kartę. Z mankietu wysunął też mieniące się lazurem pióro o złotej stalówce, aby poczynić adekwatną notę.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
27.10.2024, 17:35  ✶  
- Magiczne jedwabniki potrafią skutecznie namieszać w archiwach - przytaknął, nie komentując tego, że tym bardziej nie wątpił w chaos, jaki musiał tam zapanować, jeśli wszystko było niepoukładane i zrzucone na ściśnięte ze sobą sterty, między którymi mogły mnożyć się owady niezauważone do chwili, w której mogło być stanowczo za późno.
Cóż. Za to pochwalał pomysł Harolda ze sprzedażą składników. Był całkiem rozsądny. Pasował do znanego mu człowieka. Do jego obecnej wersji już niestety niekoniecznie. Biedny, głupi mazepa.
- Mamy bardziej wyrafinowane metody - odrzekł gładko, nie poruszając nawet najmniejszym mięśniem twarzy, choć przyrównanie ich do rodu pokroju Burke nie było dla niego szczególnie na miejscu. - Gdybyśmy mieli w zwyczaju uciekać się do lizania wszystkich roślin, znanych i nieznanych, popadalibyśmy jak billywigi przy przymrozkach - pozwolił sobie wyjaśnić pokrótce, raczej uznając, że osoba pokroju Anthony'ego Shafiqa miała jakieś pojęcie o australijskich magicznych insektach często spotykanych w transportach roślin zza dalekich wód.
Małe kobaltowe stworzonka były bardzo wytrzymałe na warunki panujące na statkach. Z powodzeniem były w stanie przeżyć w trudnych warunkach - wysokiej temperaturze, dużej wilgotności albo wręcz przeciwnie: suszy. Natomiast wykazywały wyjątkowo dużą wrażliwość na bardzo niskie temperatury, toteż zazwyczaj ginęły niemal od razu po dotarciu na Wyspy, szczególnie późną jesienią i zimą, czasami także wczesną wiosną. Cóż, warunki panujące w ojczyźnie Greengrassa nie sprzyjały rozwojowi nowych egzotycznych gatunków.
Był z tego powodu całkiem zadowolony, zwłaszcza że ugryzienie billywiga bolało jak sam skurwysyn a żywy okaz był bardzo trudny do zauważenia zanim nie użarł kogoś w kark lub w palec. Za to te martwe zazwyczaj znacząco odznaczały się na tle gleby i zieleni liści roślin. Niektórzy byli gotowi zapłacić spore sumy za dobrze zakonserwowane truchła, szczerze wierząc w to, że były cennym składnikiem eliksirów, ale dla Ambroisa byli to ludzie niespełna rozumu. Pokroju Lovegoodów lub innych oszołomów magicznego świata, choć sam przecież wierzył w liczne niecodzienne teorie. Kilka razy spróbował wykorzystać rzekome wyjątkowe właściwości billywigów w różnych konfiguracjach - same skrzydełka, całe korpusy, proszek z dosuszonych fragmentów zgnieciony w moździerzu. Za każdym razem otrzymywał ładny niebieski kolorek i nic więcej. Całkowity bezsens.
Mniej więcej tak samo patrzył na zachowania niektórych badaczy, którzy starali się pokazać na każdym kroku, że ich metody są inne, bardziej niekonwencjonalne czy (o zgrozo!) immanentne. Tym samym popisywali się, ale szczególnym kretynizmem. Zamiast wykorzystywać dobra związane z nieustannym rozwojem metod badawczych, na przykład właśnie lizali i memłali w ustach trujące liście bielunia dziędzierzawy bez uprzedniego przetworzenia rośliny w taki sposób, żeby spełniała ich oczekiwania. Wszystko, bo naczytali się, że to może być to halucynogenne cudo. A mieli tyle innych możliwości zweryfikowania działania tej bardzo przydatnej rośliny o wielu różnych użytecznych cechach i sposobach zastosowania.
- Natomiast w kwestii pełnoetatowego angażu w Ministerstwie, osobiście nie jestem tym zdziwiony - nieznacznie wzruszył ramionami. - Większość Greengrassów ma bardziej naukowe podejście. Stawiamy na praktykę, natomiast biurokracja skutecznie odstręcza większość moich krewnych - stwierdził poniekąd dając do zrozumienia, że sam nie podzielał aż takiego wstrętu do zajmowania się dokumentacją; praca w Mungu raczej również wymagała staranności pod tym względem, natomiast to nie była jego ulubiona część pracy.
Raczej wręcz przeciwnie. Stąd o ile widok różnorodnych paczek o różnych rozmiarach, kształtach i zawartościach stanowił dla Ambroisa powód do zainteresowania, o tyle na gruby plik dokumentów mężczyzna spojrzał raczej przelotnie. Tak. Zdawał sobie sprawę z tego, jak długi to będzie dzień, natomiast w dalszym ciągu zamierzał wycisnąć z tego wszelkie korzyści, które mogło przynieść jego zaangażowanie.
- Wytrawnie - odpowiedział krótko, nie mając zamiaru odmawiać poczęstunku, skoro mieli tu spędzić długie godziny. - Czy jest coś szczególnego, od czego pańskim zdaniem powinniśmy rozpocząć? - W teorii dopiero co zdążyli wejść do pomieszczenia, w praktyce zamiast zajmować czas na głupoty, wolał przejść do rzeczy.
Czy to do dokumentów, czy to do wstępnych oględzin. Nie został poinformowany jak to zazwyczaj wyglądało w tym wypadku, ale niespecjalnie go to mieszało. Oczekiwał jasnych informacji.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
11.11.2024, 14:28  ✶  
– Jako absolwent domu Roweny Ravenclaw jestem absolutnie w stanie zrozumieć ów niechęć. Głęboko wierzę, że są istoty, które skutecznie mogą żonglować zarówno biurokracją, jak i pracą naukową, być... wielozadaniowymi. Z drugiej strony, sam preferuję tworzenie zespołu specjalistów. W aurze wzajemnego poszanowania i wypracowanej komunikacji, energia tychże potrafi zdziałać prawdziwe cuda, których pojedynczy człowiek nie byłby w stanie osiągnąć. Synergia, to słowo najlepiej oddaje co mam na myśli. Osobiście z wielką ulgą przyjąłem ten moment w swojej karierze, gdy mogłem zająć się wizją i kierunkiem rozwoju biura, zrzucając z pleców ciężar administracji i mikrozarządzaniem poszczególnych jego jednostek. OMSHM oczywiście nie jest tego pozbawiony. Po prostu zajmuje się tym ktoś, kto ma zdecydowanie większe predyspozycje, do tego typu spraw. – Jonathan był wybawieniem Anthony'ego i Shafiq nigdy nie był w stosunku do niego bardziej wdzięczny niż z chwilą, gdy porzucił wygodne stanowisko ambasadorskie dla przyjęcia roli jego zastępcy. W ministerialnej hierarchii był to oczywiście awans, ale Anyhony zdawał sobie sprawę z tego, że nie do końca w odbiorze tak to mogło wyglądać. Znów pracowało się dla kogoś, a nie dla siebie, znów wykonywało się cudze polecenia, a nie samemu decydowało o wszelkich harmonogramach. Z drugiej strony Selwyn z możliwością podglądania zarówno aur jak i nici, ze swoja naturalną charyzmą i gryfońskim czarem ekstrawertyka, mógł momentalnie rozwiewać wszelkie zarzewia konfliktu, mógł skutecznie manipulować podwładnymi tak, przekierowywać napięcia tak, aby zespół nie kuśtykał z powodu biurowych niesnasek. A Anthony... cóż, mógł mieć wizję, mógł zarządzać w tym czasie swoją, zupełnie prywatną siecią kontaktów, łapać i tuczyć muchy. Jego asystentka mogłaby powiedzieć, że Shafiq w tym czasie obrósł tłuszczem stagnacji. Pozbawiony wyzwań i celu pasł się w otoczeniu swoich licznych kolekcji, złota i przyklaskujących mu osób.

Za dwa miesiące, polityk przyzna jej rację.

Teraz jednak spędzał czas z Ambroisem, przedstawicielem rodu, który specjalizował się w tym, w czym on był totalną i absolutną przysłowiową "nogą".
– Karton po kartonie, nie ma tu żadnych priorytetów – odpowiedział mu, kreśląc na karteczce kilka słów do zarządzającego oddziałem celnym w sprawie jedzenia dla nich, a potem zabrał się do pracy, która w jego przypadku polegała głównie na wypełnianiu właściwego formularza i składania tam zamaszystego podpisu.

Czas mijał.

Godziny.

Jedna, po drugiej.

Kartony.

Jeden, po drugim.

Anthony wypatrzył w końcu właściwy moment. Fiolka z kieszeni powędrowała już wcześniej do ostatniego z przewidzianych kartonów, podczas niedługiej przerwy na toaletę. Mieszanka w niej powinna zostać zutylizowana, ponieważ jeden z jej składników nie posiadał zgody na przekroczenie angielskiej granicy. Tylko jeden i aż jeden spośród pięciu. Wszystkie pochodzenia roślinnego, Shafiq wierzył więc że Ambroise będzie w stanie to wychwycić. Wierzył również, że on sam, pracując z ludźmi tyle lat, będzie w stanie złapać ten moment zrozumienia na twarzy Greengrassa. Cóż z tym zrobi? Podejdzie do tematu uczciwie? Będzie zwlekał, zaproponuje przebadanie mieszanki wnikliwiej poza murami oddziału? Jak ubierze w słowa swoją ofertę, czy zrozumie kontrpropozycję współpracy, gdyby ta zawisła między nimi? Lubił specjalistów, ale sama znajomość roślin nie wystarczyła. Gra operująca językiem, gra operująca naginaniem prawa i wykorzystywaniem go do własnej korzyści wymagała czegoś więcej. Podskórnie Anthony czuł, że ma z taką osobą do czynienia, ale instynkt nie był dla niego tak wiele wart, jak fakty, choćby te zawoalowane w półsłówkach.

To był ostatni karton. Ostatni specyfik. Ostatni dokument.

Pierwsza próba.

– A zatem proszek oznaczony numerem archiwalnym SJW1742, przybył do nas z Ameryki Południowej, odbiorca nigdy się po niego nie zgłosił – podjął neutralnie uzupełniając odpowiednie rubryki na pergaminie.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
12.11.2024, 03:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 03:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
W pomieszczeniu zapanowała przyjemna cisza  przerywana jedynie cichym szelestem dokumentów, skrobaniem pióra o papier i przesuwaniem kolejnych przedmiotów po blacie, następnie z blatu we właściwe miejsce. A także nielicznymi, bardzo konkretnymi wymianami zwartych, konkretnych zdań.
Przechylił się lekko w stronę biurka, kolejny raz z rzędu sięgając po zdobycz Ministerstwa z zamiarem rzucenia na nie okiem, ewentualnie przyjrzenia się mu bliżej, wykorzystania kilku zaklęć, jeśli to byłoby konieczne.
Myśl o tym, że była to ostatnia fiolka skłaniała Ambroisa do tego, żeby jak najszybciej zająć się odbębnieniem ostatniej formalności, po której będą mogli oficjalnie domknąć sprawę i rozejść się w swoje strony.
Atmosfera nie była ciężka, współpraca przebiegała bez zarzutu, ale jak do tej pory nie mieli do czynienia z niczym na tyle ciekawym, żeby skusiło go to do głębszej rozmowy czy podjęcia jakiejś próby wykorzystywania swojego wpływu - czy to do przetrzymania bezpiecznych choć niekonwencjonalnych towarów pod pozorem konieczności zweryfikowania ich w warunkach laboratoryjnych, czy to do uzyskania informacji o ich nadawcy albo odbiorcy.
Mimo to nie zamierzał zakończyć dnia poprzez wykonanie ostatniego zadania na odpierdol. Miał swoje standardy, których nie zaniżał. Ze spokojem nachylił się, żeby ująć zdobycz w dłoń, spojrzeć na nią wpierw normalnie, zaś później pod światło.
Między różnymi odcieniami poszarzałej zieleni błysnął inny odcień.
Kilka razy poruszył zawartością, przesypując ją z końca na koniec. Niemalże niezauważalnie, ale tak - część zieleni miała subtelny egzotyczny poblask.
Jego palce drgnęły, gdy w umyśle Greengrassa pojawiła się myśl o potencjalnej wartości niewielkiej fiolki z mieszanką roślinną. Starał się jednak zachować neutralny wyraz twarzy. Nie przychodziło mu to zbyt trudno. Zarówno w szpitalu, jak i podczas pracy poza oficjalnymi godzinami, szczególnie poza oficjalnymi godzinami nie był zbyt wylewnym człowiekiem.
Nieznacznie zmarszczył brwi - niby zmęczony wielogodzinną pracą, co dodatkowo podkreślił przelotnym przesunięciem wierzchem dłoni po oczach, ale w myślach cały czas zbierał informacje. Porządkował je, wyciągając je z szufladek pamięci i analizując to, co właściwie powinien powiedzieć a czego nie warto było poruszać.
W głowie pobieżnie nakreślił kilka scenariuszy rozmowy. Nie znał tego człowieka. Mężczyzna nie dał Greengrassowi powodów, by Ambroise sądził, że jest kimś bardziej interesującym aniżeli wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa. Instytucji, w którą Roise nie tylko nie wierzył, lecz wewnętrznie darzył całkiem głęboką, wieloletnio pielęgnowaną pogardą.
Mimo to Ambroise wyczuwał coś pod skórą. Gdzieś tam z tyłu głowy wydawało mu się, że część zachowania Shafiqa nie była do końca naturalna. Fasada, starannie nakładana maska, kontrolowana persona - jak zwał tak zwał. Rzecz jasna był bardziej niż świadomy, że każdy polityk taką ma. Nie bez powodu politycy byli politykami. Natomiast tu chodziło o coś innego, coś bardziej śliskiego a jednocześnie gładkiego jak półprzezroczysty, niemalże niewidzialny woal cienia.
Mimo to Ambroise nie zamierzał podejmować nieuzasadnionego ryzyka. Szczególnie w ministralnym kompleksie budynków. Nie był idiotą, nawet jeśli był oportunistą to wyważonym (a tak przynajmniej starał się, by było). Co prawda przez chwilę rozważał czy i jak zapytać o ten towar bez ujawnienia swoich prawdziwych intencji, ale na ten moment nie podjął rozmowy.
Jego twarz była nieprzenikniona. Przynajmniej starał się, aby nie pojawił się na niej nawet najdyskretniejszy przebłysk tego, co wypełniło jego umysł, gdy spostrzegł zawartość fiolki i ten całkiem charakterystyczny purpurowy poblask bijący od jednego z drobno, ale topornie pokruszonych składników suszu.
W myślach na moment znalazł się na innym kontynencie. Na ziemi, na której nigdy nie postawił stopy, choć w ostatnim czasie był temu coraz bardziej bliski. Chwilowo trzymało go tu stanowczo zbyt wiele zobowiązań, ale gdyby mógł wyrwać się na chwilę z kraju, najpewniej wybrałby właśnie ten kierunek.
Mimo to nie potrzebował fizycznej podróży, żeby na chwilę znaleźć się w miejscu, gdzie blady blask wschodzącego słońca oświetlał poletka roślin. Ostrożnie rozlokowane między wysokimi drzewami, rzędy żywych, pełnych soków wersji tego, co znalazło się zamknięte w niewielkiej fiolce przyciągającej uwagę Greengrassa.
Towar leżący przed nim był nie tylko nielegalny, ale także fascynujący. Przede wszystkim fascynujący, bo nie aż tak często spotykany, szczególnie w rękach kogoś, u kogo nie powinno się znaleźć, bo w oczach Ambroisa Ministerstwo nie było aż tak skuteczne, żeby codziennie przejmować coś podobnego. To była całkiem unikalna okazja na to, aby przyjrzeć się czemuś, co nieczęsto trafiało w taki sposób do Wielkiej Brytanii.
Jej wzrok był skoncentrowany, ale twarz, nie licząc siateczki zmarszczek w kącikach oczu i na czole, pozostała gładka. Bez żywych oznak emocji. Przesunął spojrzeniem po zawartości fiolki a następnie zawiesił je na dokumentach trzymanych przez Anthony'ego, udając zainteresowanie formalnościami.
- SJW1742 to jeden ze starszych numerów? Rzecz jasna, mogę się mylić. Systemy archiwizacji Ministerstwa są mi tak bliskie jak, dajmy na to, procesy chowu trzody chlewnej - naturalnie skorzystał z porównania do czegoś, czego żaden rozsądny Greengrass nigdy by się nie podjął. - W takim wypadku liczę, że raczy pan wybaczyć śmiałe założenie, natomiast odnoszę wrażenie, że w ostatnich godzinach mieliśmy do czynienia z, że tak powiem... ...świeższymi przypadkami. Co jest o tyle interesujące, że ten susz również wydaje się całkiem świeży - stwierdził gładko, jego ton pozostał niewymuszenie neutralny.
Ot niby zwykła rozmowa zawodowa, zwrócenie uwagi na jedno, co oczywiście miało na celu odwrócenie uwagi od jego rzeczywistych intencji, angażując rozmówcę w dyskusję, która mogłaby ujawnić cenne informacje choćby na temat tego, jak dawno to cudo trafiło do Ministerstwa.
- Intrygujące składniki - odezwał się spokojnie, odkładając fiolkę na biurko. - Zaskakujące jak wiele nowych roślin próbuje się wprowadzić na rynek wraz z migracją czarodziejów - rzecz jasna miał na myśli wyłącznie jedną z nich, ale wolał uniknąć konkretów, nie chcąc, by jego zainteresowanie zostało skojarzone z czymkolwiek nielegalnym. - Wie pan, jako że to zwieńczenie naszej pracy, ostatnia fiolka, pozwolę sobie stwierdzić, że trafiliśmy na prawdziwą wisienkę na torcie. Choć rośliny mogą być łatwo klasyfikowane. Zwłaszcza przez instytucje takie jak Ministerstwo Magii, które wydaje bardzo... ...ukierunkowane osądy... ...prawdziwe znaczenie niektórych z nich często jest bardziej złożone, zwłaszcza jeśli patrzy się na nie w kontekście kulturowym. W niektórych krajach mieszanki specyficznych ziół są wręcz częścią celebracji kulturowej. Składniki takie jak te tutaj mają, dla przykładu, znaczenie rytualne w tradycjach mieszkańców wielu krajów Ameryki Południowej. Nawiasem mówiąc, bez możliwości zdobycia dodatkowych informacji, moja wiedza na temat pochodzenia tych roślin jest jedynie powierzchowna. Wydaje mi się, że gdybyśmy przyjrzeli się proporcjom, najpewniej bylibyśmy w stanie wyrokować o tym, z jakiego regionu to do nas trafiło - nieznacznie przekrzywiając głowę, ponownie sięgnął po fiolkę, znowu przyglądając jej się pod światło. - Natomiast najistotniejsze z perspektywy dopełnienia formalności jest dla pana zapewne pytanie: Jak to, że te towary zaczynają pojawiać się u nas w związku z kulturową migracją wpływa na ich legalność w naszym kraju? - niespiesznie zadane pytanie zwróciło uwagę na międzynarodowy kontekst, jednocześnie pozwalając mu przyglądać się towarowi z bliska, bez ujawniania swoich prawdziwych zamiarów.
Jego głos brzmiał nienagannie kulturalnie a każda zmarszczka w kącikach ust unoszących się i opadających podczas wypowiedzi świadczyła o pewności siebie.
- Jako magiczne społeczeństwo mamy tendencję do tego, by nie dostrzegać szerszego kontekstu. Nie zwracamy uwagi na to co kryje się za małymi detalami. A ich znaczenie potrafi być znacznie głębsze, niż się wydaje. Trucizny leczą, leki trują. Wszystko zależy od intencji - stwierdził już w samym tonie głosu dając do zrozumienia, że w żadnym razie nie dziwi się temu, że ktoś nie zgłosił się po odbiór mieszanki.
Ktoś spoza konkretnej kultury nie miał od razu docenić wartości, które tamci czarodzieje brali za pewnik. Tym bardziej, gdy dana roślina była od razu zaszufladkowana jako trująca i zła, bo w pewnych dawkach potrafiła zabijać.
- Phantasma viridis. Nielegalne - zakończył z kulturalnym, czarującym uśmiechem, lekko unosząc kąciki ust, choć jego oczy pozostały zimne.
Był gotowy na na każde ewentualne pytanie, które mogłoby się zrodzić w głowie Shafiqa. Kończyli temat?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#9
21.11.2024, 00:21  ✶  
Anthony, gdy mężczyzna zaczął mówić, rozsiadł się nieco wygodniej na swoim krześle, w swobodzie angielskiego gentelmana, który bynajmniej nie jest w pracy, tylko spędza przyjemnie czas w gentlemańskim klubie, racząc się gentlemańską pogawędką. Erudycja Greengrassa była przyjemna, daleka od czczej paplaniny ludzi, którzy zwyczajnie chcieli mu zaimponować. Wbrew - być może - oczekiwaniom mężczyzny, Shafiq ustąpił mu pola, słuchając zarówno faktów, jak i sądów, które młodzieniec sprawnie wplatał w swoją wypowiedź.

Bardzo lubił dyskutować o różnych kulturach, bo choć był z odnogi Shafiqów poświęcających życie polityce, to jednak krew odkrywcy i podróżnika z głównego pnia tej familii wciąż szarpała zastane mięśnie i umysł złakniony nowego. Choć ciotki Parkinson od dziecka wpoiły mu miłość do książek, uwielbiał doświadczać.

Zabawnym był fakt, że jeszcze tego samego dnia, zaraz po wyjściu z Urzędu Celnego, jego kroki, czy raczej magia, przeniosą go wprost do Hiszpanii, aby poddawać próbie właśnie lokalny specyfik, wyprodukowany rękami nie eliksirologa czy alchemika, a wiekowej szamanki, ponoć zwiększający możliwości mózgu. Możliwe, że gdyby znali się nieco bardziej... Ta mowa jednak wystarczała Shafiqowi, by zechciał znać się z Ambroisem nieco bardziej. Wyczuwał w nim pewną butę, był to jednak zawsze lepszy materiał do pracy niż kruche ego wymagające ciągłej zewnętrznej walidacji. Anthony dostrzegł w nim iskrę badacza, eksperta, ale nade wszystko fascynata, którego nie przemieliła i nie wypluła ministerialna machina. Nie dało się ukryć, że były to atuty które zaraz po kryształowym idealizmie przyciągały go z wielką siłą.

Wykonał w głowie notę, aby lepiej prześwietlić ów mężczyznę, pod kątem ewentualnego kolejnego spotkania. Zgodnie z sugestią zapisał: Nielegalne, do zniszczenia, po czym przejął od Greengrassa fiolkę i ukrył ją wprost w wewnętrznej kieszeni swojej kamizelki.

– Jak na osobę, która tak kiepsko orientuje się w ministerialnej biurokracji, jestem pod wielkim wrażeniem znajomości prawa. – Padł komplement jak najbardziej zasłużony i szczery. – I choć to moje biuro decyduje o tym, co może, a co nie może przekraczać granicy... cóż... powołujemy grona specjalistów, tworzymy raporty i zestawienia. Kulturowo, to jest właśnie ścieżka anglosaskiego rozwoju, która z oczywistych przyczyn ma swoje blaski i cienie – westchnął miękko, z uśmiechem osoby, która przyjmuje taki stan rzeczy. Jego swoboda jednak wynikała z czego innego: granice kraju, nie były granicą dla niego. – Ta tematyka często wraca przy okazji zwłaszcza psychodelików. Wiele kultur ma swoje sposoby na ograniczony dostęp, determinowany świętami, determinowany decyzją osoby wtajemniczonej, która przeprowadza przez wizje. Nasza kultura, cóż, bardzo skutecznie operuje zakazem, bo później ciężko skontrolować pojedynczego obywatela z zapędami samobójczymi.

Podniósł się z gracją i zasunął krzesło. Zebrał dokumenty i pozostawił je w uporządkowanej kupce.

– Dziękuję, panie Greengrass. To było bardzo owocne spotkanie. Mam nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze kiedyś się przetną. – Miał nawet kilka podejrzeń kiedy, w końcu współpraca z Kliniką Munga miała w najbliższych miesiącach mocno się zacieśnić. – Proszę nie wahać się pisać do mnie, jeśli czego by panu brakło w zakresach naukowej pana działalności. Lubię wspierać tęgie umysły w ich dążeniu do wiedzy. – Ton głosu, oraz świadomość tego, że przecież musiał wiedzieć z jakiej rodziny wywodził się jego specjalista, sugerował, że absolutnie nie chodzi o pieniądze. Anthony dysponował inną walutą: zaufaniem i możliwościami, a te potrafiły zdziałać cuda.

W końcu rozstali się i każdy poszedł w swoją stroną i mimo, że Shafiq nie dysponował trzecim okiem, to miał rację - ich drogi przecięły się jeszcze i to nie jeden raz.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3242), Anthony Shafiq (2140)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa