10.04.2026, 18:24 ✶
To było nasze pierwsze wspólne wyjście od wielu dni, fakt, pierwszy raz opuściłem dom od czasu tamtej felernej nocy, po której świat zawęził się do czterech ścian, obecności Prudence, czuwającej nad wszystkim, nad czym ja już nagle nie byłem w stanie panować, i do ciepła, które nie miało nic wspólnego z czymś przyjemnym, lecz z wielogodzinną gorączką i walką organizmu. Teraz znowu byliśmy na zewnątrz, stojąc na brudnym fragmencie chodnika dusznego, śmierdzącego dymem i sadzą Nokturnu - tu, gdzie wszystko miało swoją historię i żadna z nich nie była szczególnie czysta. Co tu robiliśmy? Nie zastanawiałem się nad tym, nie wiedziałem już nawet, które z nas pierwsze wpadło na pomysł, by opuścić Pokątną, ale zdecydowanie był to dobry pomysł.
- Yhyy. - Mruknąłem w końcu, przeciągając słowo odrobinę dłużej, niż było to konieczne, po czym kiwnąłem głową, i zerknąłem na nią z boku, jakbym właśnie coś sobie dopisał do listy. - Zanotowane.
Odpowiedziałem jej krótkim, krzywym uśmiechem, takim, który mówił „stoję, więc jest dobrze”, i ruszyłem dalej, zanim zdążyłaby zrobić z tego coś większego. Prudence zawsze miała tę - czasami lekko irytującą - przypadłość, że trafiała w samo sedno ze swoimi obserwacjami, nawet gdy próbowała być w nich subtelna, ja natomiast robiłem to samo, minus część dotyczącą subtelności - to był ten balans, który przez lata wypracowaliśmy, nawet jeśli przez połowę tego czasu udawaliśmy, że go nie było. Przywykłem do funkcjonowania na granicy, do ignorowania sygnałów, które dla innych byłyby powodem do zatrzymania się, to nie był pierwszy raz, kiedy wychodziłem „za wcześnie”, chociaż tym razem naprawdę zamierzałem się nie nadwyrężać, zgodnie ze złożoną obietnicą. Szedłem obok niej spokojniej, niż zwykle chodziłem gdziekolwiek, co samo w sobie było sygnałem ostrzegawczym, bo spokój rzadko był moim naturalnym stanem.
- Znasz mnie, lubię pszesadę. - Rzuciłem cicho, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, bardziej stwierdzeniem niż żartem, chociaż w moim głosie i tak przebijała się ta znajoma nuta zaczepki. Prue potrzebowała reguł, ram, w których mogła się poruszać, by nie stracić gruntu pod nogami, ja z kolei najlepiej czułem się w chaosie - to była nasza odwieczna walka na pokaz, argument do podważania tej ironicznej kompatybilności, jaką mieliśmy - jej potrzeba porządku kontra moja natura, która nakazywała brać wszystko tu i teraz, bez pytania o konsekwencje. Lubiłem ten błysk w jej oku, gdy próbowała mi udowodnić, że wcale nie jest taka przewidywalna, jak się wydaje, równie mocno uwielbiałem ją do tego skłaniać, popychać, szturchać, może nawet irytować swoim zachowaniem na tyle, aby decydowała się zrobić coś nieoczekiwanego, chociaż w ostatnim czasie przybrało to trochę inną formę niż w przeszłości.
Prawda była taka, że chociaż na zewnątrz wyglądałem jak facet, z którym nie chciało się zadzierać w ciemnym zaułku, w środku byłem gotów przynieść jej gwiazdkę z nieba, gdyby tylko o to poprosiła, ale nigdy bym się do tego nie przyznał, przynajmniej nie wprost… Wolałem drażnić ją tym swoim „wszystkim albo niczym”, które definiowało moją egzystencję od momentu, gdy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak cienkie są granice, gdy chce się je przekroczyć. To była prawda - nie analizowałem w nieskończoność - wybierałem, brałem konsekwencje na siebie i szedłem dalej, tak działało życie, kiedy większość czasu spędzało się w miejscach, gdzie zawahanie kosztowało więcej niż zła decyzja.
To nie był pierwszy taki targ, na jaki trafiałem, różnił się wyłącznie szczegółami, językiem, twarzami, ale zasady były wszędzie podobne - ktoś coś miał, ktoś czegoś chciał, reszta była tylko negocjacją - znałem takie miejsca aż za dobrze, różne wersje tego samego układu rozsiane po świecie, tylko tutaj wszystko było bardziej… Znajome w swojej brzydocie. Stragany wciskały się jeden w drugi, przeładowane rzeczami, które dla jednych były śmieciami, a dla innych dokładnie tym, czego szukali od lat.
- Och, możemy to nazwać „nieściganiem się”... - Mruknąłem pod nosem, zerkając na nią z ukosa, kiedy wspomniała o zasadach. Ton miałem lekki, prawie leniwy, ale w spojrzeniu było coś znacznie mniej niewinnego - coś, co sugerowało zupełnie przeciwnie. - Jasne. - To „jasne” nie miało w sobie ani grama przekonania, ponieważ nawet teraz, po tylu latach, mogła być pewna, że nie lubiłem przegrywać. Nawet z własną żoną… Szczególnie z własną żoną. To była kwestia zasad, których, jak wiedziała, miałem bardzo niewiele, ale tej jednej trzymałem się kurczowo. - Widzimy się tutaj za tszydzieści minut. Jeśli się spóźnisz, uznam to za oficjalną kapitulację…
- Yhyy. - Mruknąłem w końcu, przeciągając słowo odrobinę dłużej, niż było to konieczne, po czym kiwnąłem głową, i zerknąłem na nią z boku, jakbym właśnie coś sobie dopisał do listy. - Zanotowane.
Odpowiedziałem jej krótkim, krzywym uśmiechem, takim, który mówił „stoję, więc jest dobrze”, i ruszyłem dalej, zanim zdążyłaby zrobić z tego coś większego. Prudence zawsze miała tę - czasami lekko irytującą - przypadłość, że trafiała w samo sedno ze swoimi obserwacjami, nawet gdy próbowała być w nich subtelna, ja natomiast robiłem to samo, minus część dotyczącą subtelności - to był ten balans, który przez lata wypracowaliśmy, nawet jeśli przez połowę tego czasu udawaliśmy, że go nie było. Przywykłem do funkcjonowania na granicy, do ignorowania sygnałów, które dla innych byłyby powodem do zatrzymania się, to nie był pierwszy raz, kiedy wychodziłem „za wcześnie”, chociaż tym razem naprawdę zamierzałem się nie nadwyrężać, zgodnie ze złożoną obietnicą. Szedłem obok niej spokojniej, niż zwykle chodziłem gdziekolwiek, co samo w sobie było sygnałem ostrzegawczym, bo spokój rzadko był moim naturalnym stanem.
- Znasz mnie, lubię pszesadę. - Rzuciłem cicho, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, bardziej stwierdzeniem niż żartem, chociaż w moim głosie i tak przebijała się ta znajoma nuta zaczepki. Prue potrzebowała reguł, ram, w których mogła się poruszać, by nie stracić gruntu pod nogami, ja z kolei najlepiej czułem się w chaosie - to była nasza odwieczna walka na pokaz, argument do podważania tej ironicznej kompatybilności, jaką mieliśmy - jej potrzeba porządku kontra moja natura, która nakazywała brać wszystko tu i teraz, bez pytania o konsekwencje. Lubiłem ten błysk w jej oku, gdy próbowała mi udowodnić, że wcale nie jest taka przewidywalna, jak się wydaje, równie mocno uwielbiałem ją do tego skłaniać, popychać, szturchać, może nawet irytować swoim zachowaniem na tyle, aby decydowała się zrobić coś nieoczekiwanego, chociaż w ostatnim czasie przybrało to trochę inną formę niż w przeszłości.
Prawda była taka, że chociaż na zewnątrz wyglądałem jak facet, z którym nie chciało się zadzierać w ciemnym zaułku, w środku byłem gotów przynieść jej gwiazdkę z nieba, gdyby tylko o to poprosiła, ale nigdy bym się do tego nie przyznał, przynajmniej nie wprost… Wolałem drażnić ją tym swoim „wszystkim albo niczym”, które definiowało moją egzystencję od momentu, gdy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak cienkie są granice, gdy chce się je przekroczyć. To była prawda - nie analizowałem w nieskończoność - wybierałem, brałem konsekwencje na siebie i szedłem dalej, tak działało życie, kiedy większość czasu spędzało się w miejscach, gdzie zawahanie kosztowało więcej niż zła decyzja.
To nie był pierwszy taki targ, na jaki trafiałem, różnił się wyłącznie szczegółami, językiem, twarzami, ale zasady były wszędzie podobne - ktoś coś miał, ktoś czegoś chciał, reszta była tylko negocjacją - znałem takie miejsca aż za dobrze, różne wersje tego samego układu rozsiane po świecie, tylko tutaj wszystko było bardziej… Znajome w swojej brzydocie. Stragany wciskały się jeden w drugi, przeładowane rzeczami, które dla jednych były śmieciami, a dla innych dokładnie tym, czego szukali od lat.
- Och, możemy to nazwać „nieściganiem się”... - Mruknąłem pod nosem, zerkając na nią z ukosa, kiedy wspomniała o zasadach. Ton miałem lekki, prawie leniwy, ale w spojrzeniu było coś znacznie mniej niewinnego - coś, co sugerowało zupełnie przeciwnie. - Jasne. - To „jasne” nie miało w sobie ani grama przekonania, ponieważ nawet teraz, po tylu latach, mogła być pewna, że nie lubiłem przegrywać. Nawet z własną żoną… Szczególnie z własną żoną. To była kwestia zasad, których, jak wiedziała, miałem bardzo niewiele, ale tej jednej trzymałem się kurczowo. - Widzimy się tutaj za tszydzieści minut. Jeśli się spóźnisz, uznam to za oficjalną kapitulację…
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)