– Skoro był tu, jak jeszcze chodziłeś do szkoły… kiedy to było, dwadzieścia lat temu? – zapytała, ale nie patrzyła przy tym na Cala, tylko na ciągnące się w górę ściany żywopłotu i wcale nie tak szeroką ścieżkę. – W każdym razie nie uwierzę, że żaden dzieciak nie próbował przy nim wtedy majstrować. Chyba gdyby tak działał, to to by się rozeszło? Chyba że… – teraz już wlepiła spojrzenie w blondyna – ktoś zniknął bez śladu? Nie mieliście żadnego tajemniczego zaginięcia ucznia? – to ostatnie powiedziała niemalże tak jakby miała zaraz opowiedzieć jakąś straszną historię, mrożącą krew w żyłach. Ale chyba sama w to nie wierzyła i był to ten moment, w którym Ginny żartuje sobie trochę bardziej, tylko jeszcze nie zdążyła się roześmiać.
– Jakoś jedzenie tego zupełnie nie przyszło mi do głowy, ale w zasadzie masz rację – przyznała i uśmiechnęła się uprzejmie.
– Pieczony ziemniak… albo jajko… na wystawie w sklepie w Rosji? Dziwne tam mają upodobania, bez urazy – jeszcze by zrozumiała złote jajko, albo złotego ziemniaka – dziwne, ale okej, przynajmniej się błyszczy, ale takie zwęglone jakby ktoś to piekło w ognisku…? – Ale myślę, że to jednak jajko… Zapytam się dziadka, on lepiej się na tym zna niż ja – to nie tak, że Ginny nie miała jakiegoś tam pojęcia – miała, ale jednak bardziej ufała w tym względzie swojemu dziadkowi, który zajmował się przeróżnymi zwierzętami chyba od zawsze, a fauna Europy nadal pod wieloma względami była dla Guinevere pewną zagadką.
– Tak, właśnie coś takiego, cieszę się, że nie muszę ci tłumaczyć – paplała. – Przyda się jeszcze jakaś rymowanka udająca przepowiednię i kilka znaczków, które nie pasują do żadnego języka i o, przyszli archeologowie będą mieli zagadkę na dobre dwa miesiące – a oni mogliby to spreparować w dziesięć minut. Czy mówiła z własnego doświadczenia pracy na wykopaliskach? Trochę tak, niektóre znaleziska mocno przypominały taką właśnie zagadkę, która nie ma żadnego sensu. – Opowiadałam ci kiedyś o mugolskich archeologach w Tebach jak pracowałam w Deir el-Bahari? – opowiadała Thomasowi, to na pewno, ale nie pamiętała, czy rozmawiała o tym z Calem. – I jak tam, słyszysz bębny? – zagadała gładko, jakby wcale nie przecięła tego swoim genialnym planem zagrania na nosie przyszłym pokoleniom.
– Okruszki? Dziwny pomysł. Jak boisz się że się zgubimy, to zawsze możesz drzeć swoją koszulę… – i przy tym otaksowała jeszcze Cathala wzrokiem, by na końcu uśmiechnąć się niewinnie. – Mam jakieś wewnętrzne poczucie, że teleportacja z tego miejsca może się znowu skończyć lądowaniem na zadupiu w ulewie – dodała jeszcze.
Przy kolejnym rozwidleniu miała równie wielkie pojęcie o tym, gdzie właśnie są, jak wcześniej: czyli żadne. Wszystkie ściany wyglądały tak samo, a poza tym wyrosły wokół nich i nie wiadomo było w ogóle, gdzie było wyjście… o ile jakieś faktycznie istniało. Rozejrzała się, zaglądając w każde rozwidlenie, zastanawiając się, czy skoro już raz poszli na zachód, to może powinno znowu…
// Percepcja ◉◉◉○○
Sukces!
– Nie wiem… – mruknęła niepewnie i raz jeszcze wyciągnęła rękę, pozwalając, by wahadełko zawisło na łańcuszku, a w końcu drgnęło w jednym konkretnym kierunku.
Zachód