- Nie chciałem cię obok siebie? - Powtórzył po Geraldine, usiłując na nią przy tym nie wybuchnąć, choć zdecydowanie zadrżały mu przy tym nozdrza. - Znowu się cofamy? - Tak, był pasywno-agresywny.
Tak, zachowywał się poniżej krytyki, ale skoro chwilę wcześniej to ona miała czelność zarzucać mu ciągłe miotanie się pomiędzy narracjami. A teraz robiła dokładnie to samo. Jakżeby nie miał nie ziać frustracją?
Nie, nie pasowało mu to, co od niej słyszał. Te wszystkie słowa docierające do niego z cudzych ust przez niemal dwa lata. Powinni mieć to wyjaśnione, ale ewidentnie chuja mieli, skoro znów powracali do tego, że nie chciał jej obok siebie.
- Dalej. Jeszcze mi powiedz, że to też zrobiłem z nudów. Znużyła mnie ta rzeczywistość, więc postanowiłem ją porzucić - nie powinien tego mówić, jednak w tym momencie miał to już naprawdę głęboko gdzieś; nie brzmiał prześmiewczo, już nie, brzmiał oschle. - Ale z tobą było wyjątkowo. Tu nie zostawiłem listu - wiedział, że to w nią uderzy.
Już uderzyło. Jakżeby nie miało. W innym wypadku nie wysrałaby mu tego w ten sposób, ale o to byli tu. W tym miejscu. Rzucając w siebie jak najgorszymi słowami. Cicho i ze śmiertelną precyzją. Tworząc tym wyjątkowo makabryczną, ale wymowną mowę pożegnalną. Po tym wieczorze nie miało już być co zbierać. Chyba oboje akurat to wiedzieli.
- Jeśli nie zauważyłaś, zawsze biorę odpowiedzialność za swoje czyny - odpowiedział wyjątkowo chłodno, nie ukrywając jeszcze bardziej lodowatego tonu głosu, jaki mimowolnie cisnął mu się przy tym na usta. - W innym wypadku nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy, prawda? - Tak, powiedział to z pełną premedytacją i ze świadomością tego, że Geraldine nie tego oczekiwała od niego, gdy wypowiedziała tamte słowa.
Znał ją. Na tym polu chyba w dalszym ciągu na tyle dobrze, że był w stanie stwierdzić, co miała na myśli. Ba, że w tym momencie robiła praktycznie to samo, co on: nie myślała. Nie zastanawiała się zbytnio nad wydźwiękiem swoich rozemocjonowanych, choć wyjątkowo cichych i syczących wypowiedzi. Próbowała go ugodzić...
...on robił dokładnie to samo. W końcu raz za razem przyznawali, że są do siebie podobni, nieprawdaż? W tej chwili pokazywali to w bardzo dosadny sposób. Taki, który nie powinien pozostawiać im już żadnych wątpliwości.
A jednak te przez cały czas się pojawiały. Były tu. Były tam z tyłu głowy. Przewijały się raz po raz. Atakowały go niezależnie od tego, czy kłócił się z Riną, czy akurat było między nimi spokojnie, może nawet całkiem błogo. Choć...
...tak naprawdę właśnie o ten drugi rodzaj zachowań najbardziej w tym chodziło, prawda? Gdyby cały czas się ze sobą żarli jak robili to niemal za każdym razem przez minione lato, dużo łatwiej byłoby mu stwierdzić, że cokolwiek ich ze sobą łączyło, przeminęło. Zostało zaprzepaszczone, zatarte, zbyt mocno rozbite, aby dało się to posklejać z drobnych kawałków.
Jak lustro, które sugerowała mu, że miało być jego własnym przekleństwem. Mógł ją teraz poinformować o tym jak w rzeczy samej wyglądały realia. Mógł ją nawet wyśmiać, jednocześnie uderzając tym w siebie samego, bo przecież to nie miało się wydarzyć. Nie, nie dlatego, że był zbyt zapatrzony w siebie i za bardzo zadufany. Że miał wprost nienaturalny talent do wypierania niewygodnych faktów. Że był zbyt zakochany we własnym odbiciu, aby kiedykolwiek zrezygnować z patrzenia sobie w oczy.
Nie.
Już teraz bywały momenty, gdy znacznie łatwiej byłoby mu spojrzeć prosto w jasno świecące słońce niż w lustro. Kiedy tak bardzo nie potrafił znieść spojrzenia patrzącego na niego ze szkliwionej tafli, że po prostu tego nie robił. Gdy nie poznawał swojego odbicia. Wyrazu twarzy. Tego, co kryły jego własne, a jednak zupełnie obce oczy.
Nie tak powinno wyglądać jego życie. Nie w ten sposób chciał je przeżyć. Nie tego oczekiwał, ale oczekiwania przecież rzadko kiedy tak naprawdę się spełniały. Miał wielkie ambicje. Jeszcze większe plany. Na przestrzeni życia zmieniające się tak naprawdę trzykrotnie. Tylko czy aż? Nie jemu było to oceniać. W tym wypadku był w stosunku do siebie aż chorobliwie surowy.
Nie został profesjonalnym graczem Quidditcha, choć przez wiele lat było to jego jedynym celem. Zamiast tego poszedł zupełnie inną ścieżką. Tą, którą wybrał przez wzgląd na własne talenty, pasje, ale też na otoczenie. Momentami nawet nie dostrzegając ironii, jaką to kryło. Wszystkich kosztów wcale nie wyrównujących zysków.
Trzeci raz...
...czy w ogóle musiał mówić, jaki był trzeci raz? Ta ostateczna zmiana toku myślenia. Narracja, jaka miała z nim pozostać zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Ta, od której teoretycznego porzucenia niedługo miały minąć dwa lata. Tyle tylko, że przez ten cały czas miał tę brutalną jasność, że czwartej zmiany już nie było. Nie miała nadejść. Nie próbował tego robić.
Geraldine mogła zarzucać mu teraz wszystko to, co chciała. Nie zgadzał się z tym. Nie zamierzał tego robić, ale nie mógł jej powstrzymać przed próbami ugodzenia go wypowiadanymi słowami. Bowiem przecież sam zdecydowanie nie był lepszy. Byli siebie warci i kolejny raz nie mógł tego powiedzieć w formie komplementu.
Zmienił narrację? Chuja zrobił a nie zmienił narrację. Wydawało mu się to teraz tak boleśnie dostrzegalne, że aż wprawiało go w jeszcze bardziej parszywy nastrój. Mógł usiłować to robić. Trwać przy swoich zamysłach i postanowieniach, ale na koniec dnia liczyło się to, co robił. To, co oni robili. Wracali, choć wcale nie musieli, wręcz nie powinni tego robić. Spędzali razem dni i noce. Nie zachowując się wyłącznie tak, jakby było to chwilowe fizyczne pocieszenie.
Był na siebie wkurwiony. Wściekły na nią. Zły na cały świat. Na ich sytuację. Na własne ograniczenia i na potrzeby odbierające mu zdolność logicznego myślenia. Nie dało się żegnać ze sobą przez tydzień. Nie można było bawić się w dom a potem tak po prostu to porzucić. Ale co innego mieli robić? Przecież jej to powiedział: nie chciał się mylić, nie chciał żyć ze świadomością, że przez niego stracili nie tylko półtora roku życia, ale też znacznie więcej. I że zamiast cokolwiek naprawić, przez te niemal dwa lata wyłącznie jeszcze bardziej wszystko popsuł.
- Chuja próbuję ci udowodnić - prawdopodobnie nie powinien wyrzucać tego z siebie; ani teraz, ani nigdy, ale miał już serdecznie po drżące dziurki w nosie tego, co usiłowała mu wmawiać. - Tak właściwie, chuja mogę zrobić - to zaś już zdecydowanie nie powinno padać, nawet jeśli było prawdziwe.
Kolejna szczera prawda. To nigdy nie było jednostronne, prawda? Mogła mówić, co chciała, ale to nie mogła być jednoosobowa decyzja. Już nie. Nie w tej sytuacji. Inaczej by tu nie stali.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down