• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine

[10.09.1972] Meet me where the sky touches the sea || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
20.05.2025, 22:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2025, 22:19 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Był gotowy. Może nawet zbyt gotowy. Zupełnie tak, jakby tylko czekał na ten moment. Na to, żeby móc rzucić się w coś, co nie miało reguł, co nie wymagało żadnych planów, żadnych umów, ale w tym całkowicie dobrym, uszczęśliwiającym sensie. To właśnie tego typu braku kontroli obecnie potrzebował. Odprężenia, impulsu, kontrastu dla wcześniejszych makabrycznych improwizacji i postępowania nie na rympał a po prostu niezgodnie z jakimikolwiek znanymi mu schematami.
Tu było zupełnie inaczej, bowiem on i Geraldine rzadko kiedy potrzebowali zasad. Nic więc dziwnego, że tym razem również ich nie było. Nie uzgadniali niczego. Wystarczyło jedno spojrzenie rzucone mu przez jego dziewczynę spod rzęs. To, które posłała mu tuż przed tym, gdy zareagował bez werbalnego wyrażania chęci podjęcia rzuconej mu rękawicy. Jedno z tych spojrzeń, które mówiło: wiem, co kombinujesz i zamierzam w to iść, zanim zdążył to powiedzieć na głos. Faktycznie, wiedziała. A on wiedział, że wie. To wystarczyło.
Wykorzystał przewagę. Oczywiście, że tak. W końcu miał ją nie bez powodu. To był dar od losu. A takie prezenty nierozsądnie byłoby odrzucać. Szczególnie, jeśli w ostatnim czasie żadne z nich (ani on, ani Geraldine) raczej nie otrzymywało ich zbyt wiele. Poza tym po części sam sobie na to wszystko zasłużył. To było pokłosie jego własnych decyzji, ewidentnie wyjątkowo słusznych, nie tylko pierwszy z brzegu szczęśliwy splot wydarzeń.
To on pierwszy pojawił się na plaży. To on być może nosił na sobie więcej warstw ubrań, ale jednocześnie w momencie, w którym dołączyła do niego Geraldine, miał mniej na sobie. Nic więc dziwnego, że to on pierwszy wskoczył do wody.
Grał nie fair, ale przecież Geraldine nie mogła być zaskoczona. Cóż. W takich momentach granie fair rzadko kiedy okazywało się słusznym rozwiązaniem. Oboje nigdy nie grali fair. Nigdy nawet nie próbowali ustalać zasad. Zasady wymagałyby jakiejkolwiek struktury, jakiegoś logicznego początku a to, co działo się między nimi zazwyczaj było spontaniczne, częstokroć wręcz impulsywne.
Ich współzawodnictwo rodziło się z impulsu, z jednego spojrzenia, zaczepnej uwagi, błysku w oku. Z tej elektryczności, którą rozumieli tylko oni.
Kiedy wychwycił głos dziewczyny, niesiony przez podmuch wiatru, było w nim wszystko, czego się spodziewał: ironia, pewność siebie i ten znajomy ton, którym rozbrajała go od lat. Nie obejrzał się jednak na Yaxleyównę. Nie sprawdził, jak dobrze jego dziewczyna rzeczywiście radzi sobie ze skórzanymi spodniami. Nie dlatego, że nie chciał. Przeciwnie: właśnie dlatego, że chciał, ale wiedział też, że gdyby się odwrócił, gdyby spojrzał na nią w tej chwili, prawdopodobnie straciłby impet. Mógłby przysiąc, że stanąłby w miejscu, wyglądając przy tym jak dzieciak obok witryny sklepu ze słodyczami.
Doskonale wiedział, że wystarczyłoby jedno spojrzenie na roznegliżowaną dziewczynę, żeby zgubił rytm. Ponownie: tak małolat gubi uprzednie energiczne tempo kroków tuż przed schodkami prowadzącymi do Miodowego Królestwa. Jak zwalnia zachłyśnięty kolorami, możliwościami, bezbrzeżną chciwością, pokusą zignorowania polecenia, żeby udać się do papierniczego.
A tego nie zamierzał robić. Nie teraz. Co to, to nie. Obecnie zamierzał wygrać.
- Z doświadczenia wiem też, że inne materiały zdecydowanie lepiej się rwą - rzucił głośno, zaczepnie. - Z tymi twoimi spodniami też sobie radzę. Jeśli już o tym zapomniałaś, mogę ci to udowodnić, gdy tylko wrócimy do domu - dodał, nie czekając już dłużej na odpowiedź.
Wpadł do wody, praktycznie nie dając sobie czasu na przemyślenie tego, czy morze nie jest aby dużo zimniejsze niż mógł przewidywać. Z impetem skoczył do morza, nie dając sobie czasu na reakcję, nie pozwalając ciału na protest. No cóż. Zdecydowanie zrobił to na własną odpowiedzialność. Teraz musiał ponosić konsekwencje dokonanych wyborów, jakie by one nie były.
A były...
...intensywne.
Woda była lodowata. Nie orzeźwiająca, nie chłodna, prawdziwie lodowata. Zupełnie tak, jakby postanowili zażywać jednej z tych wczesnomajowych, może nawet kwietniowych kąpieli w Whitby, nie zaś celebrowali w ten sposób odchodzące lato.
Zagryzł zęby, nie krzycząc z zaskoczenia, nie wzdrygając się ani nie komentując tego faktu w żaden inny sposób. Nie sapnął, nie pozwolił sobie na grymas. Wiedział, że jeśli wyda z siebie choćby pół jęku, zostanie to wykorzystane bez litości. A on nie miał ochoty na kapitulację. Nie teraz, nie nigdy.
Chciał wygrać. Nie dla satysfakcji, nie dla trofeum. Dla tego jednego krótkiego, przelotnego błysku w  oczach Geraldine, kiedy jego dziewczyna przegra. Dla przewrotnego wyrazu jej ust, które będą udawać niezadowolenie, choć ramiona Yaxleyówny oplatające go później w łóżku albo jeszcze na kocu na plaży powiedzą coś zupełnie odwrotnego.
Ruszył przed siebie, ramionami mocno, gwałtownie przecinając powierzchnię, która stawiała mu coraz mniejszy opór. Nie był zawodowym pływakiem, nie mierzył też sił na zamiary, po prostu płynął. W młodości wolał Quidditcha, unoszenie się w powietrzu, choć z wodą też miał wiele doświadczenia. Poza tym był zdeterminowany. A determinacja potrafiła wiele zrekompensować.
Wiedział, jak się poruszać, znał swoje ciało, swoje tempo, oddech, opór wody. Nie rozpraszał się, nie analizował, po prostu parł do przodu. Rytmiczne ruchy ramion, zanurzenia twarzy, wydechy przez nos...
Wysepka była mała, skalista, oddalona jeszcze o kilkadziesiąt metrów, ale w lodowatej wodzie odległość zdawała się rosnąć, nie maleć z każdą sekundą. Serce waliło mu w piersi jak młot. Nie ze zmęczenia. Z napięcia. Z czystej, fizycznej ekscytacji.
Nie miał w sobie nic z gracji, raczej wręcz przeciwnie: płynął jak ktoś, kto traktuje ten wyścig śmiertelnie poważnie, choć jego powaga była podszyta ekscytacją. Tym znajomym, może trochę głupim, zdecydowanie gorączkowym pragnieniem wygranej.
Płynął jak najszybciej, każdy ruch jego ramion ciął wodę z zacięciem, które w innych okolicznościach ktoś mógłby uznać za dziecinne, ale tu nie było miejsca na analizę. Roise nie oglądał się też za siebie. Nie dlatego, że był spokojny o swoją przewagę, ale dlatego, że nie mógł sobie pozwolić na rozproszenie. Gdyby obejrzał się do tyłu, byłoby po nim. 
Zresztą wystarczył zaledwie ułamek sekundy, żeby Roise zrozumiał, że jego szanse maleją. Poczuł to w wodzie. W lekkim falowaniu z boku, w mikroprądzie, który zdradzał obecność Geraldine. Może to była tylko wyobraźnia, paranoja wyścigowca, ale zadziałała.
Yaxleyówna była szybka. Diabelnie szybka.  Potrafiła manewrować w wodzie, bardzo naturalnie zmieniając tor, nawet mimo coraz wyższych fal, które próbowały utrudniać drogę im obojgu. Nie słyszał, kiedy wskoczyła za nim. Nie krzyknęła. Oczywiście, że nie. Co gorsza, jednocześnie miał wrażenie, że znała każdy jego ruch, jeszcze zanim go wykonał. Aż za skutecznie była w stanie przewidzieć jego reakcję na spotkanie z siłą żywiołu. Choć czy aby na pewno?
Pozwolił sobie na pierwsze kalkulacje. Miał kilka sekund przewagi, może mniej. Jej ruchy były lżejsze, ciaśniejsze, ale płynniejsze.
Zanurkował zanim jego ciało zdołało zareagować sprzeciwem. Nim mięśnie jęknęły ze zmęczenia wielogodzinnym dyżurem i wcześniejszą trudną przeprawą przez płonący Londyn. Jasne, był nadwyrężony, ale nie myślał zanim zaciągnął się powietrzem. Głęboko, niemal zachłannie, po czym poszedł pod wodę. Zanurzył się bez uprzedzenia, dokładnie tak jak wcześniej podjął wyzwanie i zaczął zrzucać z siebie ciuchy.
Zamachnął się ręką pod wodą, próbując oszacować pozycję Geraldine. Ruch był gwałtowny, pewny, bez ostrzeżenia. Znał Rinę na tyle, by nie dać jej czasu na reakcję. Cała jego siła i spryt skupiły się na tym jednym geście. Nie potrzebował widzieć, żeby czuć. Skupił się nie na wypatrywaniu a na ataku. Podstępnym, jak najbardziej niecnym, znów zdecydowanie nie fair.
Skręcił lekko, wymierzył tor ruchu. Zdołał przesunąć się pod nią, ale nie miał zbyt wiele czasu na dalsze kalkulacje, mógł tylko spróbować wcielić swój plan w życie.
Odepchnął się nogami, wykonał mocny, zdecydowany ruch ramionami i zanurkował jeszcze głębiej. Tym razem całkowicie pod Geraldine. Ułamek sekundy później już ją chwytał, już otaczał dziewczynę ramionami. Mierzył na talię dziewczyny, obojętnie, gdzie trafiając: na pas Yaxleyówny, do jej bioder, do nóg. Ostatecznie to wcale nie było takie istotne. Chciał tylko ją zatrzymać, złapać od dołu, zamknąć w uścisku.
Woda zakotłowała się między nimi.

Percepcja (II) - wycyrklowanie uścisku
Rzut N 1d100 - 6
Akcja nieudana


AF (III) - powodzenie złapania
Rzut Z 1d100 - 38
Slaby sukces...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
23.05.2025, 17:53  ✶  

To nie było takie trudne do przewidzenia. Nie była to sytuacja, w której mogła czuć się zagubiona, mimo wszystko dała się zaskoczyć. Nie, żeby sądziła, że może to być aż taką ogromną przeszkodą w tym, aby wygrała ten wyścig, który przed chwilą się rozpoczął. Nie oszukujmy się - Geraldine wiedziała, że aktualnie jest w wyjątkowej formie, chyba u swojego własnego szczytu możliwości. Oczywiście, że zdawała sobie sprawę, że nie może lekceważyć przeciwnika, bo wiadomo jak to jest. Gdy ma się zbyt wielką pewność siebie, może ona bardzo łatwo zgubić. Właśnie też, gdy tylko dotarło do niej, co się dzieje od razu zaczęła działać. Musiała się skupić i dogonić Roisa, właściwie to zamierzała go przegonić, nie miała w zwyczaju dawać forów, mimo, że sądziła, że przyda mu się chociaż to drobne zwycięstwo na poprawę humoru, no nie leżało to jednak w jej zwyczaju.

Zresztą nie spodziewała się, że byłby zachwycony, gdyby tak lekko dała mu wygrać, to też nie było w jego stylu, jeśli już się w czymś mierzyli, to robili to na serio. Czasem nawet na zbyt serio, oszukiwali i nie grali czysto, tylko, żeby zwyciężyć. Lubili rywalizację, nawet w takich głupich dziedzinach.

Liczyła na to, że uda jej się go rozproszyć, skoro nie grali fair, to miała zamiar tego spróbować, jednak nie tym razem. Cóż, musiała więc skorzystać z innych umiejętności, jakoś sobie poradzi bez tego.

- Nieszczególnie pamiętam... - Odburknęła jeszcze dość głośno, żeby go sprowokować, oczywiście, że nie miała nic przeciwko temu, żeby pokazał jej jaki był w tym wprawiony, kiedy już znajdą się w domu. Teraz jednak skupiała się na czym innym, musiała sama, jak najszybciej pozbyć się wszystkich ubrań, żeby w końcu wleźć do wody, i go przegonić.

Niby było to tylko starcie między nimi, jednak Yaxleyówna, tak samo jak i Ambroise lubiła wygrywać. Szczególnie w takich głupich zawodach. Jako, że na początku miał nad nią przewagę, to wiedziała, że zwycięstwo będzie smakowało jeszcze lepiej, bo pozostawała w tyle, więc gdy w końcu go prześcignie poczuje większą satysfakcję, a nie wątpiła w to, że tak się stanie. Była o tym święcie przekonana.

Woda nie była przyjemna, nie zakładała nawet, że będzie, aż taka chłodna, nie zmieniało to jednak niczego. Nie miała zamiaru teraz z niej wyskoczyć, była przyzwyczajona w końcu do niesprzyjających warunków. To nic takiego. Zamiast przejmować się temperaturą morza skupiła się na odległości, którą miała pokonać. Musiała wiedzieć, gdzie był cel, dokąd miała podpłynąć. Odległość nie była, aż taka duża, jednak fale nieco utrudniały poruszanie się w wodzie. Przeszła jednak w ten swój tryb, który nie pozwalał jej nawet na moment wahania. Brnęła przez siebie, co chwilę zanurzała głowę w wodzie, by jeszcze szybciej znaleźć się przy mężczyźnie.

Nie dało się nie zauważyć, że szło jej to wyjątkowo dobrze. Jej kończyny były zsynchronizowane, wyglądała tak, jakby robiła to zawodowo - lata ćwiczeń robiły swoje. Mimo tego, że nie był to łatwy czas, mimo tego, że nie sypiała ostatnio najlepiej to jej organizm jej nie zawodził. Dawała z siebie wszystko i przynosiło to określone efekty.

Udało jej się zbliżyć do Ambroisa, jeszcze moment, a go prześcignie.

Widziała, jak znikał pod wodą, nie wzbudziło w niej to jednak żadnej niepewności. Nie mogła się skupiać na nim, liczyła się wysepka z krzakiem, która znajdowała się przed nimi. Nie mogła pozwolić się rozproszyć, nie tym razem. Zamierzała pokazać mu, jak się to robi. Nie brała jeńców, nie, kiedy już założyła, że to wygra.

Oczywiście, że nie zamierzała informować Ambroisa o tym, że znalazła się obok niego, nie mogła zdradzać swojego położenia, wolała wziąć go z zaskoczenia. Przeliczyła się jednak, bo najprawdopodobniej wyczuł jej obecność. Cóż, jakoś sobie poradzi z tą drobną niedogodnością. Nie z takimi rzeczami dawała przecież radę.

Powoli przestawała odczuwać chłód wody, jej ciało przyzwyczajało się do niego, zresztą było całkiem rozgrzane z racji na to, że wkładała sporo siły w poruszanie się w wodzie. Odczuwała zimno, w momencie w którym wyciągała głowę ponad morze, dlatego robiła to jak najrzadziej, by wiatr nie przynosił tego nieprzyjemnego uczucia. Skupiała się na celu, płynęła, chociaż fale wydawały się być coraz większe, nie były jednak wystarczającą przeszkodą, nie mogły jej zatrzymać.

Poczuła, że pojawił się pod nią ruch, nie była pewna, czy to jakieś zwierzę, czy człowiek, spodziewała się tego, że Roise może wywinąć jej jakiś numer, co skłoniło ją ku temu, aby poruszać się jeszcze szybciej. Nie mogła dać mu się złapać, w ostateczności na pewno wiła się jak węgorz by uniknąć zatrzymania swojej osoby. Musiała brnąć przed siebie bez względu na wszystko, bo liczyło się to, kto wygra, nic więcej, tylko i wyłącznie to.



◉◉◉◉◉ AF

Rzut W 1d100 - 76
Sukces!
nakurwiam węgorzaaaa
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
24.05.2025, 00:22  ✶  
Być może był wyjątkowo pewnym siebie człowiekiem, jednak w ostatnim czasie nie łudził się już aż tak bardzo i zacięcie, by nie być w stanie jasno szacować swoich szans w tej ich niedużej rywalizacji. W przypadku, gdy chodziło o ocenę sytuacji, styl życia prowadzony przez Greengrassa raczej sam z siebie poniekąd narzucał mu bardzo jasne reguły postępowania. Jedną z nich było to, że musiał być zawsze gotowy do mierzenia sił na zamiary.
Oczywiście, naturalny talent do lekkiego przeszacowania własnych możliwości sprawiał, że Roise nie raz, nie dwa nagle odnajdował się w sytuacji, w której niemal stał już jedną nogą za krawędzią buty. Nieopodal brzegu garnka, do którego mógłby zaraz wpaść jak śliwka w kompot. Jak zwał tak zwał. Ale czy kiedykolwiek powstrzymało go to na dłuższą metę przed ponownym przypisaniem sobie miana przyszłego zwycięzcy? No niekoniecznie.
Zdecydowanie nie stronił od rywalizacji. Szczególnie takiej, która niezależnie od ostatecznego obrotu sprawy miała skończyć się dla nich obojga w niezmiernie satysfakcjonujący sposób. Oczywiście, w przypadku wygranej, Roise miał podwójnie odczuwać to zadowolenie z życia i właśnie ku temu zamierzał. Raczej nie dopuszczał do siebie innej możliwości.
A jednak mimo to dał sobie tę odrobinę nierówną przewagę. Wycyrklował ten moment w czasie, gdy mógł wystartować przed Geraldine. Skorzystał z tych paru sekund oraz tego, że miał na sobie znacznie łatwiejsze w ściąganiu ubrania. Nie musiał zdejmować butów, bo już nie miał ich na nogach. Jego spodnie miały szersze, mniej obcisłe nogawki i nie były tak dopasowane jak te Riny. Ponadto może miał tendencję do zakładania na siebie całkiem sporej ilości warstw ubrań. Nie przez to, że czuł obawę o wychłodzenie ciała a po to, by dbać o odpowiednią prezencję.
Całe szczęście, oszczędzono mu jednak konieczności noszenia tak przeuroczych dodatków jak damski stanik. Oczywiście, miał całkiem sporą wprawę we wspieraniu jego dziewczyny w zdejmowaniu tego ustrojstwa. Miał długie, sprawne palce wprawione w zgrabnym, szybkim manewrowaniu w różnych warunkach podczas lat pracy jako uzdrowiciel. Momentami wręcz traktował to niczym rozpakowywanie prezentu leżącego nie pod świątecznym drzewkiem a w łóżku, na kocu na plaży, pośród wrzosów wrzosowisk, leśnej ściółki i tak dalej.
Mimo wszystko, w tej chwili zdecydowanie cieszył się, że nie musi w tym uczestniczyć. Nie próbował też patrzeć w kierunku panienki Yaxley, bowiem wtedy raczej oboje zdawali sobie sprawę z tego jak prawdopodobnie wyglądałaby sytuacja. No cóż. W końcu był prostym człowiekiem.
W tym momencie cholernie cieszył się na okoliczność wspólnego spędzania czasu w takim miejscu jak to. Poza tym całym chaosem, który nagle ich nie dotyczył. Nie tak bardzo jak mógł, gdyby tamtego pamiętnego dnia wszystko ułożyło się inaczej. Jednak nie musieli tego roztrząsać.
Byli tu. W momencie, w którym tak naprawdę nie musieli pilnować czasu, bo mieli go już pod dostatkiem. Nie potrzebowali nigdzie się spieszyć, nie mieli żadnych konkretnych planów na resztę dnia. Ot, skrzaty zapewniły im dostatecznie dużo różnorodnego prowiantu na piknik na plaży. I, co było równie istotne, na późniejsze wylegiwanie się na piasku połączone z piciem alkoholu całkiem wysokiej klasy. Lestrange'ów nie można było posadzić o zły gust w doborze ognistej.
Teraz jednak chwilowo musieli zrezygnować z degustacji. Aktualnie rzucili sobie to niezmiernie poważne wyzwanie. A Ambroise zdecydowanie lubił rywalizację, zwłaszcza taką. Szczególnie wtedy, kiedy otwarcie wykorzystywał swoją przewagę, żwawo ruszając do przodu i ani myśląc oglądać się za siebie, nawet jeśli to, co by zobaczył stanowiłoby zdecydowanie satysfakcjonujący widok.
Aktualnie liczył na ten inny rodzaj satysfakcji, dlatego bez większych oporów wpadł do wody, wcześniej parskając tylko pod nosem, gdy usłyszał ten komentarz ze strony dziewczyny. Jasne, zdecydowanie za mało naściągał się z niej tych jej skórzanych spodni. Oczywiście, że musiał naprawić swoje niedopatrzenie i nadrobić straty, ale w tej chwili usiłował nie dopuścić do tego, żeby to Rina nadgoniła te jego cenne sekundy przewagi a to...
...to było trudne. Niezmiernie.
W pierwszej chwili wydawało mu się, że jego plan może mieć naprawdę duże szanse powodzenia. Zanurkowanie pod wodę okazało się być wcale nie aż tak trudne, szczególnie że najzimniej było nad powierzchnią. Kiedy Ambroise zanurzył się cały w morską toń, paradoksalnie zrobiło mu się zdecydowanie ciepłej. Być może mało co przy tym widział, ale miał wrażenie, że jest w stanie rozpoznawać kształty. Szczególnie te wyjątkowo konkretne, doskonale mu znane.
Zanurzył się więc głębiej, usiłując podpłynąć pod Geraldine, żeby ją złapać. Zmienił tor płynięcia, chwilowo zbaczając z trasy i na moment lub dwa zamierzając odłożyć plany dopłynięcia do skały z krzakiem. W końcu wierzył w siłę sabotażu, czyż nie? Liczył na to, że być może dzięki temu uda mu się chociaż na chwilę ustabilizować własną pozycję i odzyskać tamto wcześniejsze prowadzenie.
Geraldine zdecydowanie bowiem była w szczycie swojej formy. Roise widział to już wcześniej. Nie umknęło to jego uwadze tak samo jak wszystkie inne zmiany, ale w tym momencie podczas ich wyścigu było to dla niego wyjątkowo odczuwalne. Podjął więc próbę rozproszenia swojej konkurentki, sięgając ręką ku talii Yaxleyówny i...
...zdecydowanie ją mijając, bowiem zamiast tego musnął palcami zupełnie inną część chłodnego, ale bardzo znajomego ciała. Mimo to spróbował złapać ramieniem Rinę, chcąc ściągnąć dziewczynę do siebie i przynajmniej w ten sposób trochę ją tym zająć.
Zdecydowanie mógł spodziewać się tego, że ukochana przewidzi to posunięcie albo przynajmniej będzie w jakimś zakresie przygotowana na nieoczekiwane zwroty akcji. Tym bardziej, że to nie była ich pierwsza taka eskapada. Ani pod postacią morskich rywalizacji, ani tak naprawdę jakichkolwiek innych wyścigów. Jego dziewczyna zdecydowanie wzięła sobie do serca to, że powinna spodziewać się wszystkiego. Zarówno tego spodziewanego, jak i tego nie do przewidzenia.
W momencie, w którym spróbował złapać ją w swoje sidła, Geraldine zaczęła wić się niczym ludzka wersja węgorza. Być może nawet elektrycznego, bowiem biło ku nie mu od niej wrażenie prądu. Nie do końca zimnego, ale...
...no cóż, kopnąć też umiała. Szczególnie, gdy chciała nie dać ściągnąć się w dół morskiej toni. Praktycznie bez względu na to, co robił, nie mógł dłużej próbować jej do siebie przyciągnąć. Przynajmniej nie teraz, bo na lądzie zdecydowanie nie mogła oprzeć się jego wyjątkowej osobowości, czyż nie? Musiał ją puścić, jednocześnie tracąc własne cenne sekundy.
No cóż. Ryzyko kalkulowane, nieprawdaż? Teraz musiał spróbować nadrobić dystans, jaki nagle zaczął ich dzielić...

Dystans, jaki nas dzieli
Rzut 1d100 - 87


AF (III) na pokonanie z założeniem: wyższy wynik - nadrobienie straty
Rzut Z 1d100 - 8
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
25.05.2025, 21:24  ✶  

Yaxleyówna bardzo lubiła wygrywać. Nie było istotne szczególnie, czego dotyczyły te wyzwania, każde z nich traktowała okropnie poważnie. Wynikało to z tego, że rywalizacja gościła w jej życiu niemalże od samego początku. Wychowała się wśród samych braci, w ich rodzinnym domu to było normą - próba doścignięcia ich, udowadnianie, że ma szansę im dorównać, ba, nigdy nie chodziło tylko o dorównanie im. Od zawsze chciała być lepsza, w czym tylko się dało. Cóż, może czasem było to nie do końca zdrowe... ale jakoś tak wyszło, że stało się to poniekąd jedną z jej cech charakteru. Zdobywanie celu za wszelką cenę, nie odpuszczanie, upieranie się na swoim. Nie zawsze niosło to za sobą same pozytywy, często ściągało na nią dodatkowe kłopoty, czy problemy, ale nigdy tego nie żałowała, liczyło się tylko to, że była w stanie udowodnić to, że jest w stanie prześcignąć innych.

Na tym też się tutaj skupiła. Niczego nie zmieniał fakt, że konkurowała ze swoim facetem, może nawet trochę bardziej chciała jeszcze przez to wygrać, może nie było to typowym podejściem, ale Geraldine nie należała jak wiadomo do najprostszych osób, miała pewne swoje naleciałości, których nie dało się tak łatwo pozbyć. Podążała za przyzwyczajeniami, nawet w takich sytuacjach.

Mieli czas na podobne głupoty, bo znajdowali się dość daleko od normalnego życia. Pojawili się w Exmoor, aby uciec od przygniatającego ich świata, od problemów, które się pojawiły i chyba im się to udawało. Nie musieli się przejmować przynajmniej jak na razie wydarzeniami, które dotknęły Londyn, na pewno nadejdzie moment, gdy będą musieli to przegadać, jednak należała im się chociaż krótka chwila na złapanie oddechu. Wykorzystywali ją chyba całkiem nieźle. Zupełnie się niczym nie przejmowali, zachowywali się raczej jak dzieciaki, które dostały chwilę wolności z dala od rodziców, co miało w sobie pewien urok.

Nie czuła się w wodzie może, jak ryba, jednak wcale nie brakowało jej zbyt wiele do tego, aby móc skorzystać z tego porównania. Sporo czasu spędzała w jeziorze, które znajdowało się przy jej rodzinnej rezydencji w Snowdonii, od małego zresztą sięgała po wszystkie możliwe aktywności fizyczne, aby jej ciało było w wyśmienitej formie. Może brakowało jej nieco do Shackleboltów, którzy słynęli ze swoich niesamowitych umiejętności związanych z poruszaniem się pod wodą, jednak nie była wcale znowu taka najgorsza, wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, bez większego problemu dość szybko odnalazła się w tej lodowatej wodzie. Brnęła przed siebie, jakby miała w tym sporo doświadczenia, tak właściwie to przecież je miała, nie było w tym niczego dziwnego. Zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej, czy później dogoni swojego chłopaka. Nawet jeśli miał nad nią z początku dość sporą przewagę. Może zadzierała nosa myśląc w ten sposób, ona pewnie jednak uznałaby to za racjonalne myślenie i stwierdzenie faktu. Każde z nich miało pewne przewagi nad drugą stroną, ich umiejętności nie pokrywały się w stu procentach, a w jej przypadku siła fizyczna była właściwie jej głównym atutem. Roise należał do osób, które również o to dbały, jednak nie był wychowywany jak ona do pozostania ludzką maszyną do zabijania. Ciało było jej narzędziem pracy, jej świątynią - musiała o nie dbać, nie mogło jej zawieść - nigdy, bo mogło to ją kosztować życie, wystarczył jeden nieodpowiedni ruch, jeden moment zawahania i cyk - koniec.

Zauważyła, że Ambroise coś knuje, nie zamierzała dopuścić do tego, aby przeszkodził jej w osiągnięciu celu, mogła dać mu fory, zwłaszcza, że był nieco zmęczony, dopiero wrócił po tym dość ciężkim dniu, jednak takie oddawanie zwycięstwa nie leżało w jej naturze. Zawzięła się. Wymsknęła się przed jego chwytem, uciekła przed nim dość zgrabnie, jak to miała w zwyczaju. Pozostawiła go za sobą i ruszyła przed siebie. Nie oglądając się w tył, nie zastanawiając się nad tym, jak zareagował, czy ruszył za nią od razu, czy poświęcił chwilę na zastanawianie się nad tym, że jego plan go zawiódł. Sposób jej postępowania był całkiem jasny, liczyła się tylko i wyłącznie ta wysepka, do której mieli dopłynąć, która zaczęła się znajdować coraz bliżej, jeszcze chwila i znajdzie się na miejscu. Nie myślała o niczym innym. Skupiała się na tym, aby jej ruchy rąk były jak najbardziej regularne, na tym, aby jakoś poradzić sobie z falami, które były coraz silniejsze, nie na tyle silne jednak, aby nie dotarła do celu.



AF ◉◉◉◉◉
Rzut W 1d100 - 68
Sukces!
sprawdźmy, czy już dopłynie do końca
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
26.05.2025, 00:29  ✶  
Nawet, jeśli na samym początku Ambroise naprawdę wierzył we własne szanse na wygraną, zdecydowanie potrafił docenić formę, w jakiej znajdowała się jego dziewczyna. Nie próbował niedoszacować zdolności Geraldine (może jedynie trochę przecenił swoje, ale i tak zamierzał spróbować ją dogonić), jakże mógłby to robić, skoro jego dziewczyna w przeciągu ostatniego tygodnia zdążyła parokrotnie udowodnić mu, że zdecydowanie nie osiadła na laurach, gdy zaczęła robić bardziej medialną karierę w Artemis czy pojawiać się w artykułach na łamach Proroka Codziennego.
Przez te wszystkie miesiące, jakie spędzili osobno, musiała przeznaczać wyjątkowo dużo czasu na aktywność fizyczną. Zresztą nie dziwił się temu ani trochę. Geraldine zawsze była wyjątkowo sprawna. Nie należał do osób niesprawnych fizycznie, ale już w przeszłości był świadomy tego, że bywały takie sytuacje, w których trudno byłoby mu ją dogonić pod względem zwinności czy zwrotności.
Poruszała się szybko i płynnie. Miał okazje nie raz widywać ją w ówczesnej pełni sił. A teraz? Cóż, gdyby nie to, że naprawdę chciał zwyciężyć, choćby z czysto fizjologiczno-uzdrowicielskiej perspektywy, zdecydowanie warto byłoby pochylić głowę przed jej nowymi osiągami.
On sam też zdecydowanie był w bardzo dobrej formie, mógł popisać się swoimi osiągami, ale przy okazji zdążył wrócić do niemal całkowitego oddawania się swoim pracoholicznym zapędom, w efekcie czego dosyć regularnie dowalał sobie przeforsowaniami.
Zaczął bić niemal życiowe rekordy w ilości godzin spędzonych w jednej bądź drugiej pracy. Ciężko było wygnać go z Munga, gdy sądził, że jest tam potrzebny (i zazwyczaj był, toteż nikt w rzeczywistości nie próbował go stamtąd pogonić), nie miał najmniejszych problemów z tym, żeby robić po kilka dniówek, bo i tak nie za bardzo miał, do czego wracać.
W przeciwieństwie do ostatniego dyżuru, po którym to do szpitala zdecydowanie nie planował wrócić bez jawnej konieczności. Wystarczyło kilka zdarzeń i tak naprawdę dwa bardzo istotne czynniki, aby znów poczuł chęć zmienić swoje nawyki. A tak właściwie: żeby powrócić do tych sprzed ciemnych dni. Tych, podczas których naprawdę nie miał problemu, by dowalić sobie zajęć w pracy i dzięki temu nie myśleć o niczym więcej, nie ranić się żadnymi głębokimi rozważaniami. Wyłącznie działać, leczyć.
Kiedy zaś nie mógł już dłużej zajmować się oficjalnym uzdrawianiem, zazwyczaj wolał nie karmić bezsenności i towarzyszących jej myśli, więc żeby nie tracić czasu, angażował się w pozostałe czynności. Rozwijał nieoficjalną działalność, przeznaczał też czas na pisanie publikacji naukowych, które niespełna trzy dni temu poszły gonić się w ogniu i dymie.
No cóż, nie mógł już nic zrobić z tym faktem, więc nie zamierzał płakać nad rozlanym mlekiem. Musiał wrócić do Doliny Godryka i spróbować sklecić coś na nowo z notatek, które tam zostawił. Nie spieszyło mu się jednak. Wpierw musiał przetrawić sam fakt, co pozostawił sobie na później.
Dokładnie tak jak myśl o tym, że z uwagi na okoliczności, prędzej niż później potrzebuje również wyjaśnić nie tylko wspólne sprawy z ukochaną, lecz także poruszyć z biologiczną rodziną kwestie pracy i zamieszkania na terenie rodzinnej posiadłości. Przez nadmierną ilość czasu wolnego i swoje skłonności, zdążył bowiem wrócić do zajmowania się tam wszystkim, przy czym go potrzebowano...
...a nawet on, mimo pewnej skłonności do przesady i brania na siebie wszystkiego, co mu dawano, wiedział, że teraz nie będzie w stanie rozdwoić się i żyć dwoma życiami: tym, jakie chciał wieść oraz takim, jakiego oczekiwali od niego krewni. Niewątpliwie zamierzał wywrócić im do góry nogami ich plany. Czy cieszył się z tego powodu?
Prawdopodobnie powinien zaprzeczyć, jednak coś w jego wnętrzu nie potrafiło się nie cieszyć. Nie po tym, o czym rozmawiali z Geraldine w sypialni przy Horyzontalnej oraz tym kontraście pomiędzy ich powoli budowanymi planami a tym, jak według jego bliskich powinno to wszystko wyglądać.
Nawet te kilka godzin spędzonych w Exmoor po wszystkim, co wydarzyło się w Londynie, pozwalało mu znacznie łatwiej oddychać (ujmując chrzęst w płucach) i poczuć się dużo bardziej żywym niż przez cały okres spędzony na dbaniu o życie wszystkich innych, na których bez wątpienia cholernie mocno mu zależało, ale którzy sami momentami odbierali mu dech w piersiach.
W tej chwili kolejny raz mógł poczuć się po prostu impulsywny. Nieodpowiedzialny, bo nie miał, za co odpowiadać. Całkowicie pogrążony w tej chwili. Zanurzony w lodowatej wodzie, nurkując pod falującą powierzchnią i przeciwstawiając się prądom morskim, które raz po raz trochę go znosiły. Szczególnie wtedy, kiedy podjął nieudaną próbę spacyfikowania Yaxleyówny.
Przekręcił się, robiąc coś na kształt fikołka, przez co zupełnie stracił z oczu zarys kształtu ciała Geraldine. Pozwolił sobie podjąć ryzyko, które mimo wszelkich kalkulacji (echem, na pewno jakieś tam było) obróciło się przeciwko niemu.
Dystans, jaki oddzielał ich od siebie, gdy Ambroise na nowo wychylił się na powierzchnię, był już zdecydowanie zbyt duży, żeby mógł nadrobić stratę do dziewczyny. Co prawda nie oznaczało to, że Roise zamierzał poddać się tu i teraz. Oczywiście, że nie. Wciąż próbował płynąć jak najszybciej, dobijając do wyspy wcale nie tak długo po chwili, kiedy zobaczył dłonie Geraldine dotykające skały, ale cholera. Nie był wielkim zwolennikiem wspinaczki.
W wodzie radził sobie zdecydowanie lepiej niż w przypadku konieczności wdrapywania się na dosyć ostre skały o wąskich krawędziach. Szczególnie, jeśli były one wilgotne, choć nawet takie zupełnie suche bądź porośnięte przez mech czy porosty nigdy nie były dla niego łatwym wyzwaniem. Był na nie...
...no cóż, po prostu zbyt wielki. Był za dużym człowiekiem mającym zbyt duże stopy i nawet jeśli miał stosunkowo długie palce, w takim wypadku jego dłonie także w większości nie były w stanie gładko wbić się w szczeliny. A skałka z poziomu morza była znacznie wyższa niż obserwowana z plaży. W teorii zdawał sobie z tego sprawę, w praktyce?
Zemlął w ustach ze trzy kurwy, zanim znalazł się przy górnej krawędzi, podciągając się do góry. Nie był zdyszany, nie był nawet zły, ale mimo wszystko łypnął w kierunku dziewczyny, wywracając przy tym oczami. To nie była jego wina, że trafiło mu się połączenie węgorza i kozicy, nawet jeśli pociągające.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
27.05.2025, 22:03  ✶  

Yaxley wiedziała, że mało kto miał szansę z nią wygrać. Przynajmniej w potyczkach, które dotyczyły jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Tutaj zawsze miała przewagę, chętnie z niej korzystała. Nie bez powodu spędziła całe lata na dochodzeniu do perfekcji, dbała o to, by być w wyśmienitej formie i teraz otrzymywała tego efektu. Niewielu było ludzi, którzy mogli jej dorównać. Nawet jeśli dbali o siebie, jeśli byli aktywni fizycznie. Mało kto bowiem żył w sposób podobny do niej, praktycznie nikt nie spędzał niemalże całych dni w lasach ganiając za zwierzyną. Jej życie wyglądało w ten sposób od najmłodszych lat, od samego początku wiedziała, czym będzie zajmować się w przyszłości, zawsze to wiedziała. Nie umiała wyobrazić sobie dla siebie samej innego losu.

Kiedy Ambroise ją porzucił zaczęła zatracać się w tym, co robiła. Przyjmowała więcej zleceń, angażowała się w kolejne wyprawy, polowała chyba najwięcej w swoim całym życiu. Nie ma się co dziwić, że przez te półtora roku wzniosła się na swoje wyżyny. Nie przeszkadzało jej w tym również zatracanie się w nie do końca zdrowych nałogach. Mimo wszystko sporo czasu poświęcała pracy. Nie dało się nie zauważyć postępu, który nadszedł. Miała wrażenie, że w końcu dorównała swojemu ojcu, ba, nie miałaby problemu ze stwierdzeniem, że w końcu go przeskoczyła. Pewnie, gdyby był w podobnym wieku to byliby sobie równi, ale aktualnie to ona była młoda i silna, a nie da się ukryć, że Gerard raczej się starzał i nie był w aż tak wybitnej formie, szczególnie po tym nieszczęsnym upadku z konia.

Bez większego problemu więc udało jej się wyjść na prowadzenie w tym wodnym wyścigu. Mimo tego, że nie miała przewagi na samym początku, bo przegapiła moment startu. Powinna być czujniejsza, ale w tej chwili mogła to sobie wybaczyć. Zdawała sobie sprawę, że prędzej, czy później to nadrobi. Nie, żeby lekceważyła Ambroisa, nie, nie o to chodziło, po prostu wiedziała, że jej umiejętności są zdecydowanie ponad przeciętne.

Dlatego też jakoś niespecjalnie się przejmowała tym początkowym trzymaniem się w tyle, wolniejszym od niego pozbywaniem się ubrań. W wodzie musiała to nadrobić, nie było innej możliwości. Właśnie na tym zamierzała się skupić, to osiągnąć, a jak sobie coś założyła... To umiała być uparta. Dzisiaj nie mogło być inaczej. Nie zwracała uwagi na otoczenie, a tylko i wyłącznie na swoje pewne ruchy i na cel. To musiało przynieść zamierzone efekty.

Udało jej się go wyprzedzić, umknąć przed próbą zatrzymania jej w miejscu. Nie była to może walka o życie, nie zmieniało to jednak faktu, że tak, czy siak chciała wygrać. Jeśli już z kimś konkurowała to lubiła być zwycięzcą, każdy chyba lubił, inaczej pewnie nie było sensu się mierzyć w jakiejkolwiek konkurencji.

Minęła swojego chłopaka i płynęła przed siebie. Widziała wysepkę z krzakiem, którego nazwę już dawno zapomniała tuz przed sobą. Była blisko, kurewsko blisko. On zostawał gdzieś w tyle. Pozostawało tylko wspiąć się na miejsce. Nie powinno to być problemem, prawda? Na lądzie radziła sobie równie dobrze, co w wodzie. Zamierzała podejść do tego pewnie, nie marnować czasu, nie zastanawiać się nad każdym krokiem, każdym kamieniem którego miała złapać, aby dojść do celu. Nie powinna się zsunąć, nie takie rzeczy już robiła w swoim życiu.

Postanowiła właśnie w ten sposób do tego podejść. Gdy dopłynęła do wysepki niemalże od razu sięgnęła w stronę pierwszej, lepszej wystającej skały. Teraz dopiero czuła chłód, gdy wynurzyła się ponad wodę, a wiatr muskał jej nagie ciało. Wydawało jej się, że różnica temperatur nie będzie szczególnie odczuwalna, ale jednak była.

Nie reagowała na to, zacisnęła zęby i brnęła przed siebie, bo znajdowała się bardzo blisko celu. Nie mogła teraz odpuścić, poddać się, pozwolić mu wygrać, nie kiedy miała taką przewagę. Jedyne, co mogło jej w tym przeszkodzić, to poślizgnięcie się i wywalenie do wody na twarz, czy inną część ciała, ale nie miała zamiaru na to pozwolić. Na pewno jakoś uda jej się doprowadzić do wszystko do końca. Co później? Nie wiedziała, liczyła się tylko ta chwila, te krótkie wyzwanie, które sobie rzucili.

Całkiem łatwo przyszło jej nie przejmowanie się tym, co aktualnie działo się w Wielkiej Brytanii, ale zasługiwali na chwilę zapomnienia, na to, żeby odetchnąć, cieszyć się tym dniem, bo w końcu znowu znaleźli się przy sobie.



Rzut W 1d100 - 59
Sukces!


[5]k AF wspinaczka
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
28.05.2025, 00:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2025, 00:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Po wynurzeniu się ponad powierzchnię wody nie było mu aż tak przeraźliwie zimno, żeby zaczął kwestionować wszystko to, co pchało go ku tej ich drobnej rywalizacji. Jasne, kiedy był całkiem zanurzony w wodzie, nurkując pod falami, morze wydawało mu się nawet całkiem przyjemnie orzeźwiające. Kiedy zaś wychylił głowę ponad niespokojną taflę wody, niemal momentalnie dostając słonymi kroplami w oczy i w twarz, czubek głowy zaczął wysyłać mu sygnał o nadchodzącym dyskomforcie termicznym.
Czy jednak jakoś wyjątkowo się tym przejmował? Otóż nie. Nawet nie tyle niezupełnie, co całkowicie nie. Dokładnie tak jak w przypadku tego pierwszego zagrania, gdy bez cienia namysłu wpadł prosto w fale, nie mocząc się przedtem ostrożnie, tylko od razu z grubej rury rzucając się w nią całym sobą.
Wtedy prawie od razu tego pożałował, bo pierwsze świadome zetknięcie z morzem przyniosło niespodziewany chłód. Znacznie bardziej intensywny niż zakładał Roise, kiedy tak ochoczo podejmował wyzwanie. Teraz? Z początku wcale nie było aż tak źle.
Greengrass był zmotywowany. Skupiał się przede wszystkim właśnie na tym aspekcie swoich doznań. Na tej impulsywnej, zaciętej sile, która nim kierowała, która pchała go do przodu, nakazując mu jak najszybciej przecinać fale i próbować dopaść dziewczynę. Nawet, jeśli Geraldine miała nad nim wyjątkowo znaczną przewagę, przecież nie mógł poddać się w dwóch trzecich drogi. Kimże by wtedy był?
Zawsze, ale to zawsze starał się domykać swoje sprawy. Nie porzucał zakładów tylko dlatego, że zaczynał uświadamiać sobie topnienie szans na zwycięstwo. Doskonale wiedział, na co się pisze. Był świadomy formy Yaxleyówny, choć teraz poniekąd dodatkowo mu nią imponowała. Po prostu nie umiał przejść obojętnie wobec czegoś, co w gruncie rzeczy sprawiało frajdę zarówno jej, jak i jemu.
Tak, wygrana była ważna. Cholernie istotna. Przez większość czasu wręcz najważniejsza. Nie zamierzał poddawać się w momencie, w którym jeszcze nic nie było całkowicie rozstrzygnięte. Nadal mógł dać z siebie wszystko i spróbować nadrobić różnicę. Gdy był ku temu tak kurewsko zmotywowany jak w tej chwili, potrafił zmusić swoje ciało do niemal nadludzkiego wysiłku.
Nie zamierzał poddawać się tylko dlatego, że w momencie, w którym on dopływał do skały, jego dziewczyna była już praktycznie niemal w górnej połowie. Wspinała się szybko i zwinnie. Jeśli wcześniej była rybą, foczką, teraz przypominała wiewiórkę. Kto wie, być może nawet latającą. W końcu Geraldine miała wiele talentów.
Miała także naprawdę ładne pośladki. Opalone, odsłonięte, wyglądające naprawdę cholernie dobrze z tej perspektywy. Cała reszta też musiała co najmniej dorównywać temu widokowi. Szczególnie, że jego luba była mokra. Woda ciekła jej strużkami po skórze, bardzo delikatnie skrzyła się w bladych smugach światła, które z trudem przebijały się przez chmury.
Yaxleyówna wyglądała kusząco. Naprawdę absurdalnie dobrze, przy czym już na sam ten widok, znaczna część ludzi (prawdopodobnie obojętnie, jakich) uznałaby swoją porażkę, bo dla takiego widoku warto było jeszcze chwilę poczekać w zanurzeniu między falami. Tyle tylko, że to nie było w ich stylu. W stylu Ambroisa, ale także zgodne z tym, co było między nimi.
Nawet, jeśli zdecydowanie karmił tym oczy, nie zamierzał oddawać wygranej. Nie, jeżeli mógł jeszcze spróbować swoich sił we wspinaczce. Nie, skoro wygrana nadal nie była całkiem przesądzona. Nie był człowiekiem tego typu. Nie poddawał się do momentu, w którym nie czuł, że nie może już nic zrobić. Wysoka stawka, czyż nie? Miał naturalną tendencję do pożądania wygranej. W tej chwili na równi z jego dziewczyną.
Podjął zatem próbę wspinaczki na skałkę. W pierwszym ruchu, drugim, trzecim...
...no, zdecydowanie nie był ku temu stworzony. Podciągał się od krawędzi do krawędzi, od wyłomku do wyłomku, palce wciskał pomiędzy krawędziami. W tym momencie zaczął żałować, że nigdy nie zainteresował się głębiej chodzeniem po skałach. Jasne, miewał do czynienia z górami, ale nie ze wspinaczką górską a to, co w młodości przychodziło mu tu łatwo, teraz nagle zaczęło stanowić dla niego wyzwanie.
W tym wszystkim, bardzo przelotnie odnotował nawet to, że z dużym prawdopodobieństwem powinien nadrobić te braki. Raczej nie w Dolinie Godryka, nie w Exmoor ani nie w Whitby. Mimo wszystko, najlepszą opcją byłoby robić to w Snowdonii, do której chyba chyba na pewno, cóż jednak miał bardzo solidne powody, żeby wracać, nawet jeśli przed kilkoma dniami zarzekał się wewnętrznie, że już tego nie zrobi.
Zadziwiające jak szybko i łatwo zaczął przetrawiać te wszystkie zmiany. Choć w gruncie rzeczy, przecież nie były one dla niego nienaturalne. Wręcz przeciwnie: wszystko to stanowiło naturalny porządek rzeczy. Był szczęśliwy. Zmęczony po dyżurze, absurdalnie zmotywowany, żeby nie zwalić się ze skały i względnie szybko znaleźć się na górze, nawet jeśli nie widział już Geraldine, więc... ...cholera... ...łajza wygrała.
Ale przede wszystkim niemal chłopięco zadowolony z życia. I zziębnięty. Tak. Wynurzenie się całkiem z wody miało to do siebie, że teraz wiatr wydawał mu się jeszcze chłodniejszy i bardziej przeszywający. Wprost nieprzyjemny. A nie był jeszcze na szczycie skałki. Dopiero podciągnął się w górę, balansując przy samej krawędzi i...

AF (III) - ostatni ruch podczas wspinaczki
Rzut Z 1d100 - 40
Slaby sukces...


...z większą trudnością, niż mógłby chcieć przyznać albo pokazać, wciągnął się na samą górę, padając na brzuch na kamień. Oczywiście, że wyciągnął przy tym rękę, muskając palcami pień skarłowaciałej rośliny. Nie wiedział, czy Geraldine pamiętała o tej części zakładu.
- Wygrałem? - Więc oczywiście, że musiał to sobie z nią potwierdzić, nawet jeśli zrobił to w ten zdecydowanie niepoważny sposób.
Dobrze wiedział, kto tu jest zwycięzcą...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
29.05.2025, 21:34  ✶  

Wspinaczka nie należała do najłatwiejszych. Skały były mokre, co chwilę uderzały w nie fale, które również nie pomagały. Nie, żeby to spowodowało, że zamierzała zostać na dole. Musiała jakoś wdrapać się na szczyt, by znaleźć się przy tym śmiesznym krzaku. Była bardzo zmotywowana. Nie przejmowała się szczególnie tym, że musiała wyglądać nie do końca profesjonalnie ślizgając się na mokrych kamieniach. Jakoś udało jej się w końcu wdrapać na szczyt - oczywiście, że nie mogło być inaczej.

Wiatr był całkiem spokojny, ale nie dało się nie odczuć na skórze jego podmuchów. Powodował, że robiło się niezbyt przyjemnie, a dreszcze zaczynały rozchodzić się po całym ciele. W niczym to jednak nie przeszkadzało, może nieco drgała jej dolna warga przez ten chłód, ale reszta ciała nie przestawała współpracować z Yalxeyówną. Zgrabnie wspinała się po skałach, poślizgnęła się kilka razy, ale udało jej się na nich utrzymać. Nie wpadła do wody. Miała dzisiaj sporo szczęścia, chociaż, czy właściwie można było to nazwać szczęściem? No nie do końca. Lata doświadczenia, czy coś.

W końcu jednak udało jej się wspiąć na szczyt. Kosztowało ją to trochę siły, ale poradziła sobie z tym zadaniem. Dotknęła krzaka, a po chwili położyła się tuż obok niego. Mogła odetchnąć, mimo tego, że była całkiem sprawna fizycznie, to kosztowało ją nieco siły. Najpierw płynięcie poprzez niespokojne morze, później wspinanie się. Musiała złapać oddech. Wpatrywała się przy tym w niebo, w sumie oglądała chmury i uspokajała oddech. Wygrała. Cel został osiągnięty. Teraz mogła stracić czujność i zaczekać na Roisa. Była zadowolona, uśmiechała się sama do siebie. Powrót na pewno będzie kosztował ją mniej, bo nie zamierzała już się nigdzie spieszyć.

Ambroise w końcu do niej dołączył, zobaczyła jego cień, przez co uniosła się na łokciach nieco wyżej. Nie odstawał od niej za bardzo, ale nie dało się ukryć, że trochę pozostawał w tyle.

- No, nareszcie, ileż można czekać. - Rzuciła lekko, na jej twarzy malował się uśmiech. Oczywiście, że nieco go prowokowała, bo przecież wcale nie został za nią tak daleko... Nie mogła się jednak powstrzymać od komentarza. Wiedziała, że to była jedna z nielicznych konkurencji, w której miała szansę go pokonać. Gdyby poszło o inne dziedziny niż sprawność fizyczna - mogłoby być krucho.

Poczekała, aż do niej dotrze. Mogli jeszcze tutaj trochę poleżeć, tak bez sensu, bez zastanawiania się nad tym, co powinni, czego nie powinni robić, po prostu cieszyć się chwilą, która trwała. Było to całkiem przyjemne, bo ostatnio nie mieli zbyt wiele czasu na to, aby cieszyć się takimi błahostkami.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10606), Geraldine Greengrass-Yaxley (7043)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa