Jajo leżało w żarze dobrą dobę. Dobę, podczas której działo się naprawdę sporo dziwnych rzeczy – zwłaszcza popołudniu po spotkaniu poltergeista i zamieszaniu w Domu Mody. Zastanawiała się co teraz, czy w ogóle będzie do czego wracać, co budować, czy zupełnie nie… Ale teraz musiała już odrzucić te wszystkie niepotrzebne myśli i wątpliwości na bok, bo ktoś wymagał pełni jej uwagi.
Podwinęła rękawy i klęcząc na podłodze swojego salonu, wsadziła obie dłonie prosto w ogień kominka, który podtrzymywany był pilnie przez nią i skrzatkę od wczoraj. Chwyciła jajo i zaraz przełożyła go do garnka, by mogło wytracić swoją temperaturę. Już teraz widziała na jego węglowej powierzchni drobne pęknięcia, z których zaczęło się sączyć światło. Zaraz uniosła garnuszek i położyła go na stole, a sama rozsiadła się na kanapie i zajęła książką, ale prawdę powiedziawszy, to nie do końca umiała się skupić. Co chwila zerkała do garnuszka, jakby to miało przyspieszyć cały proces.
Pęknięć przybywało, a w końcu usłyszała odgłos jakby… stukania, łamania? Coś poruszało się wewnątrz jaja i choć kusiło mu pomóc, to było dla Victorii oczywiste, że pewnych rzeczy przyspieszyć nie można… Czekała więc – teraz już nawet nie udawała, że czyta i po prostu odłożyła książkę, ramiona oparłszy na stole i patrzyła.
Maleńki dziobek w końcu przebił się przez skorupkę, a z ust Victorii wydobyło się ciche westchnięcie zachwytu. Jeszcze kilka ruchów i góra skorupki całkiem się obsypała i oczom kobiety ukazał się maluszek, nieopierzony, nieporadny pisklak. Uśmiechnęła się mimowolnie – bo oto na jej oczach narodziła się bardzo szczególna sowa, o którą trzeba było teraz zadbać, bo nie miała swojej sowy-matki, która go odchowa.
Victoria wychowywała już dwa koty (z czego jeden nadal był kociakiem), wierzyła więc, że i z sową sobie poradzi. Musiała się tylko upewnić, że koty nie zrobią pisklakowi krzywdy.