29.11.2025, 12:28 ✶
Współpraca z Ministerstwem. Czy powiedziała za dużo? Chciała tylko wybadać grunt, ale to Brenka była mistrzynią rekrutacji, a nie ona - zbyt łatwowierna, zbyt... szalona. Chciałaby powiedzieć, że miała nosa do ludzi, ale zwykle przyciągali ją czystokrwiste dupki. Zwykle.
Tymczasem Peregrinus ufał jej, a ona czuła całą sobą, że ufa jemu. Czy to był rzeczywiście dobry krok? Na zebraniu mówiono "all hands on deck!". Czy mogła prosić go o jego ręce? Ha... już poprosiła. Zdała sobie z tego sprawę, bo złapała go za palce pachnące nikotyną, atramentem i starymi pergaminami. Nie podniosła wzroku, zupełnie jakby bała się, że z jej złocistych oczu wyczyta wszystko.
– Nie chodzi o Ministerstwo...– odchrząknęła – Wciąż mam zwolnienie na głowę pamiętasz? Ale nie mogę usiedzieć w miejscu i no... muszę coś robić. Ludzie boją się szpitala prowadzonego przez czystków, więc próbuję jakoś zorganizować dla nich pomoc. Poza Ministerstwem. Poza szpitalem. Tommy ogarnia klątwy, Liszek ze swoim zarostem i zmęczonym spojrzeniem nie jest przez ludzi kojarzony z czystą krwią. Ale logistyka mnie przerasta. Za dużo danych, dobrze je zbieram, z porządkowaniem jest gorzej a Ty... – przełknęła ślinę. Mocno. Boleśnie. – Mogą mi jebnąć dyscyplinarką, jeśli się dowiedzą. Nie żebym tak kochała bycie bumiarą, ten cały sen o aurorowaniu już dawno sobie wsadziłam głęboko między poślady. – zacisnęła dłonie mocniej. Dłonie trzymające dwa kielichy i przelewające wodę. Czarną wodę? Nie... Źródlaną. Uspokoiła oddech i pochyliła się ku kuzynowi, by przyłożyć głowę do symboli umieszczonych na jego anielskiej szacie, symboli, które widziała tylko ona. Spokój. Równowaga. – Tam jest jeszcze kilka osób, jeśli jesteś chętny, mogę zapytać czy mogę Cię wciągnąć.
Na wzmiankę o spaniu razem jej twarz nadęła się dziwacznie i zdało się, że przez moment, przez krótki moment nic nie powie.
– Właściwie... – uśmiechnęła się niezręcznie, nie wiedząc co zrobić ze sobą. Czemu ją to tak krygowało? Och. Bo w grę nie wchodził seks. Wcale. Bliskość. Intymność. Pojebane uczucia. – Ale to nie jest takie spanie, spanie tylko platoniczne spanie. Takie no... przytulanie tylko no... długie i.... eee... wieloosobowe? – Miles robiła w życiu wiele szalonych rzeczy, pizdyliard nieodpowiedzialnych, głupich rzeczy. Ale to co dostawała od pary swoich przyjaciół smakowało totalnie i absolutnie inaczej. Zamieszanie, które cała sprawa robiła jej w głowie, było trochę trudne do zniesienia. – Liszek nie ma aż takich problemów, zgodził się bo poprosiłam go o... o pomoc bo się martwiłam o Thomasa, a potem jakoś tak... jakoś tak wiesz... jakoś tak... – zacięła się, bo łatwiej było jej wyrzucić z siebie informacje hurtem, a ZDECYDOWANIE TRUDNIEJ było mówić, kiedy człowiek był już nieco spokojniejszy. – Nie chcę się ruchać Grin. Właśnie tego... tego boję się najbardziej. Że mi wcale w tym wszystkim nie chodzi o seks. To nie jest normalne. Chodzi o to, że przez całe życie czułam w sobie taką wielką ziejącą czarną dziurę... Jakbym sama była bramą do Limbo, która tylko bierze i nic nie daje od siebie. I ta czarna dziura, ta pustka, była absolutnie nie do zniesienia. Ale kiedy jestem z nimi. To czuję się jakoś taka... Nie wiem. To nie jest to, że ich wrzucam do tej dziury demonom na pożarcie, – hehe. hehehe. – tylko kiedy oni są obok, kiedy czuje ich troskę ich... ich wszystko, to... to ta dziura jest jakby mniej straszna. To przez moment wierzę, że mogłabym kiedyś znaleźć sposób na to, by ją... by ją zakleić. Naprawić. Albo... albo nie wiem. Zaakceptować i robić swoje. Nie wiem. – Przygryzła wargę, przygryzła ją mocno, tak aż poczuła metaliczny smak krwi. Będzie musiała z nimi porozmawiać. To pewne.
A potem zabrała mu filiżankę i parsknęła w zupełnie innym, gwałtownie zmienionym tonie.
– Żadnych dzieci. Ani teraz ani nigdy. Nie będziesz wujaszkiem Grinem. Nie po mojej stronie – podsumowała, po czym złotymi oczyma dostrzegła grę planszową, w którą zdarzało im się grać jak byli dziećmi. – Dobra, jebać wojnę i jebać moje zagwostki. Dawaj duszki, wierzę, że tym razem uda mi się Ciebie rozjechać i to za pierwszym razem!
Były rzeczy martwe. Były zapomniane. Ale oni... oni byli tak bardzo żywi, a odzyskana nić była tkana na nowo, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Tymczasem Peregrinus ufał jej, a ona czuła całą sobą, że ufa jemu. Czy to był rzeczywiście dobry krok? Na zebraniu mówiono "all hands on deck!". Czy mogła prosić go o jego ręce? Ha... już poprosiła. Zdała sobie z tego sprawę, bo złapała go za palce pachnące nikotyną, atramentem i starymi pergaminami. Nie podniosła wzroku, zupełnie jakby bała się, że z jej złocistych oczu wyczyta wszystko.
– Nie chodzi o Ministerstwo...– odchrząknęła – Wciąż mam zwolnienie na głowę pamiętasz? Ale nie mogę usiedzieć w miejscu i no... muszę coś robić. Ludzie boją się szpitala prowadzonego przez czystków, więc próbuję jakoś zorganizować dla nich pomoc. Poza Ministerstwem. Poza szpitalem. Tommy ogarnia klątwy, Liszek ze swoim zarostem i zmęczonym spojrzeniem nie jest przez ludzi kojarzony z czystą krwią. Ale logistyka mnie przerasta. Za dużo danych, dobrze je zbieram, z porządkowaniem jest gorzej a Ty... – przełknęła ślinę. Mocno. Boleśnie. – Mogą mi jebnąć dyscyplinarką, jeśli się dowiedzą. Nie żebym tak kochała bycie bumiarą, ten cały sen o aurorowaniu już dawno sobie wsadziłam głęboko między poślady. – zacisnęła dłonie mocniej. Dłonie trzymające dwa kielichy i przelewające wodę. Czarną wodę? Nie... Źródlaną. Uspokoiła oddech i pochyliła się ku kuzynowi, by przyłożyć głowę do symboli umieszczonych na jego anielskiej szacie, symboli, które widziała tylko ona. Spokój. Równowaga. – Tam jest jeszcze kilka osób, jeśli jesteś chętny, mogę zapytać czy mogę Cię wciągnąć.
Na wzmiankę o spaniu razem jej twarz nadęła się dziwacznie i zdało się, że przez moment, przez krótki moment nic nie powie.
– Właściwie... – uśmiechnęła się niezręcznie, nie wiedząc co zrobić ze sobą. Czemu ją to tak krygowało? Och. Bo w grę nie wchodził seks. Wcale. Bliskość. Intymność. Pojebane uczucia. – Ale to nie jest takie spanie, spanie tylko platoniczne spanie. Takie no... przytulanie tylko no... długie i.... eee... wieloosobowe? – Miles robiła w życiu wiele szalonych rzeczy, pizdyliard nieodpowiedzialnych, głupich rzeczy. Ale to co dostawała od pary swoich przyjaciół smakowało totalnie i absolutnie inaczej. Zamieszanie, które cała sprawa robiła jej w głowie, było trochę trudne do zniesienia. – Liszek nie ma aż takich problemów, zgodził się bo poprosiłam go o... o pomoc bo się martwiłam o Thomasa, a potem jakoś tak... jakoś tak wiesz... jakoś tak... – zacięła się, bo łatwiej było jej wyrzucić z siebie informacje hurtem, a ZDECYDOWANIE TRUDNIEJ było mówić, kiedy człowiek był już nieco spokojniejszy. – Nie chcę się ruchać Grin. Właśnie tego... tego boję się najbardziej. Że mi wcale w tym wszystkim nie chodzi o seks. To nie jest normalne. Chodzi o to, że przez całe życie czułam w sobie taką wielką ziejącą czarną dziurę... Jakbym sama była bramą do Limbo, która tylko bierze i nic nie daje od siebie. I ta czarna dziura, ta pustka, była absolutnie nie do zniesienia. Ale kiedy jestem z nimi. To czuję się jakoś taka... Nie wiem. To nie jest to, że ich wrzucam do tej dziury demonom na pożarcie, – hehe. hehehe. – tylko kiedy oni są obok, kiedy czuje ich troskę ich... ich wszystko, to... to ta dziura jest jakby mniej straszna. To przez moment wierzę, że mogłabym kiedyś znaleźć sposób na to, by ją... by ją zakleić. Naprawić. Albo... albo nie wiem. Zaakceptować i robić swoje. Nie wiem. – Przygryzła wargę, przygryzła ją mocno, tak aż poczuła metaliczny smak krwi. Będzie musiała z nimi porozmawiać. To pewne.
A potem zabrała mu filiżankę i parsknęła w zupełnie innym, gwałtownie zmienionym tonie.
– Żadnych dzieci. Ani teraz ani nigdy. Nie będziesz wujaszkiem Grinem. Nie po mojej stronie – podsumowała, po czym złotymi oczyma dostrzegła grę planszową, w którą zdarzało im się grać jak byli dziećmi. – Dobra, jebać wojnę i jebać moje zagwostki. Dawaj duszki, wierzę, że tym razem uda mi się Ciebie rozjechać i to za pierwszym razem!
Były rzeczy martwe. Były zapomniane. Ale oni... oni byli tak bardzo żywi, a odzyskana nić była tkana na nowo, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Koniec sesji