14.12.2025, 03:08 ✶
Noc/poranek
Jesień przysłaniała poranne niebo chłodem nadchodzących deszczy i przymrozków; parter lokalu wpuszczał do środka niewielką ilość światła, takiż urok brytyjskich barów, ich przytulność objawiała się w braku wentylacji i tanich witrażach zamiast okien. Charles Julien nie miał problemu z cieniami padającymi na jego twarz, z nikłą ilością światła łypiącego z ulicy; chowanie się w cieniach było naturalne, powstrzymywanie się było równie nienaturalne co odmówienie zjedzenie kebaba po całej nocy wlewania w siebie alkoholu. Właśnie dlatego wylegiwał się na ławce jednego z długich stołów, czując na plecach jej wilgotny chłód, pokryte skorupą alkoholu drewno odbierało ciału resztki ciepła, którego z niedospania i tak miał niewiele.
Była piąta rano, bar całkiem niedawno opustoszał, gdy ostatni bywalcy przekroczyli próg zarzekając się, że wrócą jeszcze tego samego dnia. Próbował zasnąć od paru godzin, gdy w końcu zdecydował się przeciągnąć dobę, przemęczyć, aby przestawić zegar biologiczny do funkcjonowania w brytyjskiej strefie czasowej.
Cisza byłą zatrważająca, już wolał, gdy śmiechy i głośne rozmowy przesmykiwały się po małżowinie i wkręcały w umysł wzbudzając ciekawość, wyrzucając nieprzyjemne myśli za drzwi, na chwilę pozwalając zapomnieć dlaczego wrócił. Miał czuć się lepiej, a co robił? Leżał o nieludzkiej porze na twardej ławce i wpatrywał się w ciemność sufitu. Utopione w czerwonych pajęczynach białka oczu piekły, pomimo wilgoci pogody Anglii wysychały i resztkami sił łzawiły od częstego pocierania i mrugania.
Zaczęcie życia po szkole wydawało mu się trudne, a co dopiero przymus restartowania wszystkiego, zawierania nowych znajomości w atmosferze przypiekających ich morderczymi atakami śmierdzio-żerców. Co za patałachy, pomyślał automatycznie, gdy przed oczyma stanęły wspomnienia masek, z którymi walczył podczas Beltane. Nie byli dla niego ludźmi, tak było prościej, wtedy mógł nienawidzić bez skrupułów - czy w ten sposób myśleli poplecznicy Voldemorta, gdy zbierali się w swoim tajemnym miejscu i kisili mordercze pomysły? Na pewno, bo przecież jak inaczej zasypialiby w nocy, gdyby uświadomili sobie, że zamordowali człowieka, a nie pozbyli się ze świata czegoś brudnego, nie zasługującego na to miano.
Przewrócił się na bok, pozwalając długiemu rękawowi porozciąganej, czarnej koszulki z obdrapanym logiem chińskiego lokalu z Hong Kongu gnieść się pod ciężarem całego ciała. Odciążył plecy przykładające je tym razem do ściany i oczyma śledził posuwającą się linię świtu.
Przymknął oczy i stracił rachubę czasu - nie był pewien ile leżał na drewnianej ławce, ale nie mogło minąć aż tak dużo czasu, bo śledzona wcześniej linia światła nie wkradła się aż tak daleko, nie sięgała nawet końca baru. Z kruchego, acz błogiego stanu wybudziły go kroki i skrzypienie podłogi, serce podskoczyło panicznie w klatce i ostatkami sił powstrzymał się, by nie wystrzelić w górę i sprawdzić kto się zbliża - w najgorszym wypadku mógł się ukryć w cieniu, prawda? Ale... po co miał się ukrywać? Zamrugał zirytowany swoimi odruchami i rozczochranymi z niewyspania myślami. Przynajmniej nie uderzył z całej siły głową w blat stołu - należało skupić się na pozytywach.
Rozpoznając w przybyszu lokatorkę Rejwachu odetchnął z ulgą.
Idioto, a kto inny miałby to być? Skarcił się w myślach praktycznie natychmiastowo i bez zastanowienia podniósł się do siadu, ewidentnie zbyt skupiony na karceniu wewnętrznego monologu - wcześniej osiągnięty sukces nie uderzenia głową o blat stołu został stracony. Syknął niezadowolony, czując rozchodzący się po czaszce ból. Głuche tąpnięcie rozniosło się po pomieszczeniu, zapewne alarmując dziewczynę bardziej, niż powinno.
- Nosz kurwa - przeklną soczyście i złapał się za uderzone miejsce, zaraz uświadamiając sobie, że może jeszcze oberwać zaklęciem jeżeli nie da dziewczynie znać, że jest mieszkańcem tegoż dobytku - Sory, sory, leżałem tu, podniosłem się za szybko, nie ma paniki, nic się nie dzieje - paplał, panikując - Próbowałem ee, zasnąć, bo nie śpię. Nie mogę spać - opadł na blat stołu, w żałosnym obrazie cierpienia, jakim był od miesięcy.
- I tyle będzie z nonszalancji i robienia dobrego wrażenia - mruknął sam do siebie, mamrocząc w stół, więc rozmówczyni niewiele pewnie zrozumiała.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you