Normalnie zaoferowałaby, że na początku spróbuje widmowidzenia. Ale nawet jeżeli nie wpadała już w panikę na sam widok ognia, póki co była ostrożna, bo omamy czasem powracały i naprawdę nie chciała uciec stąd w panice z powodu kilku świeczek.
Coś boleśnie zwinęło się jej w żołądku na opowieść Victorii. Na wspomnienie Doliny, która tak ucierpiała i chyba nigdy już nie miała być miejscem, które znały z dzieciństwa. Dom Lestrange’ów spłonął. Doskonale chroniona Warownia została przeklęta, a nawet jeżeli ciemność wyciągnięto ze ścian, te pozostawały osmalone, naznaczone piętnem ognia.
– W Mabon podrzucono nam kości zwierząt pod mury, ułożone w taki dość makabryczny sposób. Ktoś się postarał – powiedziała, przeczesując włosy palcami. Nie sądziła, by zrobił to Thoran albo miało to jakiś związek z tą piwnicą. Ale i po prawdzie do tej pory nie miała pojęcia, że ofiarą takiego niewybrednego dowcipu padł ktoś jeszcze. – Myślałam, że to… jakaś forma wiadomości. Wiesz: sprzeciwiacie się nowym, wspaniałym rządom Voldemorta, skoro nie planujecie czołgać się w pyle, też będziecie kośćmi. Ale skoro wam też coś podrzucono, może ktoś robił sobie okrutne żarty.
Ewentualnie chodziło o to, że Victoria swojego czasu trafiła do Limbo, gdzie aurorzy przerwali Voldemortowi robienie tego… no cóż, tego, co tam robił, cokolwiek to było. Wykradanie energii zmarłych albo coś takiego?
– Oby nie. Nigdy nie umiałam grać nawet na tamburynie – powiedziała, posyłając Victorii uśmiech: ten rozpłynął się jednak, bo myśli krążące po głowie Brenny były bardzo dalekie od wesołych, i po chwili wahania uznała, że nawet jeżeli to bardzo paranoiczne teorie, to chyba jednak powinna się nimi podzielić. - Nie sądzę, żeby to miało związek z tym, skoro tam uszczęśliwiono rodziny nas obu – dodała, lekko machając ręką w stronę bębna. – Ale kiedy teraz o tym myślę, Tori, nie jestem pewna, czy powinnaś zostawać w tym domu. Bo jeśli to Thoran Yaxley, może się okazać, że to mniejszy problem niż alternatywa. Może mam zbyt bogatą wyobraźnię, ale to wygląda jak coś, co pasowałoby do tamtej kobiety z Afryki. Co jeśli jakiś angielski czarownik, w ehem, rodzaju podobnym do niej, też dodał dwa do dwóch i dał radę się tutaj dostać?
Może to były jakieś dziwne rytuały, mające wyciągnąć energię, którą zabrano z Limbo. Brenna chyba z dwojga złego wolała jednak dziwne eksperymenty byłych właścicieli albo Thorana Yaxleya, przychodzącego tutaj, by sobie pograć na bębenkach.