29.11.2025, 04:28 ✶
Nokturn nie był miejscem, w którym ktokolwiek marzyłby o oświadczynach, ani o wyznaniach, ani o pocałunkach, ani o szczęściu. To było najbardziej obskurne miejsce, w jakim można było komukolwiek wyznać miłość, ale gdy stałem naprzeciw niej, z jej dłońmi na mojej piersi, w tym cholernym półmroku oblepiającym nam kostki i rozmywającym rysy twarzy, wiedziałem jedno - bardziej właściwego miejsca by nie było, nie dla nas, nie dla tego, kim byliśmy. Nie dla chwili, w której wszystko miało się rozstrzygnąć.
To miejsce było obrzydliwe. Zimne, wilgotne, cuchnące Nokturnem i wszystkim, co Nokturn w sobie krył. Śmierdziało brudem, starą krwią i jakąś bardzo specyficzną stęchlizną, której nie chciałem analizować, nie z tego mieszkania, a z zewnątrz. Mimo to właśnie tu klęczałem, jak debil, ale to był najsłuszniejszy ruch, jaki zrobiłem w swoim życiu, bo klękałem przed nią - przed kobietą, której kurwa nikt nie dorównywał, żadna Matka, bogini, żadne przeklęte drzewo rodowe - ona była wszystkim. Nie liczyły się mury, nie liczył się brud, nie liczyło się, że właściciel baru obok pewnie kroił właśnie zwłoki domowego skrzata na „mięso gulaszowe” - liczyła się tylko ta cholerna chwila, która z jakiegoś powodu była idealna mimo całego tego syfu. Ironiczne, że dopiero tutaj, na klejącej się podłodze, w powietrzu pachnącym ogniem niedawnych pożarów, krwią i kurzem, dopiero tu mieliśmy powiedzieć sobie wszystko to, czego nie odważyliśmy się powiedzieć przez lata, ale nie liczyło się gdzie.
Liczyło się, kto.
Liczyło się, kiedy.
A odpowiedź na oba te pytania była taka sama - ona, teraz.
To, że padłem na kolano w tym syfie, było chyba najlepszym podsumowaniem mojego życia. Nigdy nie robiłem niczego tak, jak należało, nigdy, a jednak - kurwa mać - kiedy chodziło o nią, wszystko teraz było absolutnie właściwe. Nie myślałem o brudzie, zimnie, bólu w kolanie, przeciętej dłoni, o wojnie nad nami. O wszystkim, co powinno nas rozdzielać. Myślałem o niej. To, że Prue potrafiła się uśmiechać z nożem w dłoni, w takim miejscu, w takiej porze, po wszystkim, co sobie powiedzieliśmy - to był właśnie ten rodzaj szaleństwa, który mnie w niej kupił, ten, którego świat nie potrafiłby unieść, a ja nie chciałem już bez niego żyć. Tak, była nienormalna, ale ja też, a świat wokół nas był jeszcze bardziej popierdolony niż my dwoje razem wzięci. Nieważne, że Nokturn walił stęchlizną, że podłoga pod moim kolanem nie należała do najczystszych - i to nie przez brak zachowania czystości, tylko przez sam fakt, że tu wszystko zawsze lepiło się od tego bardzo specyficznego brudu - dla mnie to miejsce już zawsze miało być wyjątkowe.
Zerwałem się z kolan tak szybko, że nawet nie zdążyła wziąć wdechu, chwyciłem ją za twarz obiema dłońmi, nie patrząc na to, że jedna była lepka od krwi, że moje palce zostawiły na jej policzku długie, czerwone smugi. Oderwałem usta od jej ust dopiero wtedy, kiedy naprawdę musiałem, oparłem czoło o jej czoło, oddychałem ciężko, trzymałem ją tak mocno, jakbym się bał, że zniknie, jeśli tylko mrugnę. A potem znowu ją pocałowałem - tak, jakby świat miał się skończyć, a ja chciałbym umrzeć z jej smakiem na ustach. Pieprzona euforia. Przez lata próbowałem ją od siebie odepchnąć, oddzielić, ochronić, odgrodzić od całego tego gówna, które ciągnęło się za mną od dziecka, od nazwiska, od rodu, od wojny, od mojej pracy. A ona… Ona mówiła, że chce tego wszystkiego. Mnie. Teraz. Bez wahania.
- To dobsze, Sun, bo ja tesz nie zamieszam s tym kończyś. Nigdy. - Wyszeptałem, to wychodziło ze mnie to tak łatwo, tak prawdziwie, że aż mnie samego to zaskoczyło
To nie było zwykłe „kocham”.
To było „wybieram cię na wszystko”.
„Na całą resztę życia”.
„Na to, czego świat może nam zabrać”.
„Na każdą wersję jutra, nawet tę ostatnią”.
Przesunąłem kciukiem po jej skórze, ścierając smugę krwi, którą zostawiłem - pachniała ciepłem, pachniała sobą, domem. Patrzyłem na nią przez długą, żarliwą chwilę - tak długą, że musiała to poczuć, tak długą, że pewnie zaczęła się zastanawiać, czy coś powiem. A ja tylko pozwoliłem, żeby kącik ust drgnął mi w górę - powoli, z tym cholernie rzadkim uśmiechem, który wychodził ze mnie tylko wtedy, kiedy coś naprawdę trafiło do środka. Jej słowa uderzyły we mnie mocniej niż jakiekolwiek zaklęcie, nie zasługiwałem na nie, a ona wypowiedziała je tak, jakby była absolutnie pewna - jakby to była prawda zaklęta w gwiazdach.
- Bletchley… - Mruknąłem, po czym rzuciłem krótkie spojrzenie na nóż w jej dłoni, na sposób, w jaki jej palce zaciskały się na rękojeści. Oddychałem ciężko, nisko, jak ktoś, kto właśnie przekroczył granicę, której przysięgał nigdy nie przekraczać. - Prudence Fenwick… Sun, to bszmi tak dobsze, sze mam ochotę usłysześ to od ciebie jeszcze dziś. Na co czekamy? - To było wszystko - wszystko, co potrzebowałem powiedzieć, najprostsze zdanie na świecie, a czułem, jakby zmieniło układ gwiazd. Zdusiłem ciężki oddech na jej policzku, w zgięciu szyi ostatnim krótkim pocałunkiem - szybkim, pewnym, jak pieczęć przypieczętowująca coś, co już i tak zostało wypowiedziane.
Wziąłem jej wolną rękę - tę bez noża - i splotłem nasze palce, jej dłoń pasowała do mojej, jakby tak miało być od samego początku. Pociągnąłem ją delikatnie w stronę wyjścia, nokturnowy chłód uderzył w nas jak mokra mgła, ale ja nawet tego nie poczułem. Miałem ją przy sobie, a ona miała mnie.
Pierwszy raz od lat szedłem dokądś nie sam.
Pierwszy raz miałem kogoś obok.
Pierwszy raz wiedziałem dokładnie, dokąd idę.
I pierwszy raz naprawdę zamierzałem dopilnować, żeby to był prawdziwy początek. Nasz. Wspólny.
To miejsce było obrzydliwe. Zimne, wilgotne, cuchnące Nokturnem i wszystkim, co Nokturn w sobie krył. Śmierdziało brudem, starą krwią i jakąś bardzo specyficzną stęchlizną, której nie chciałem analizować, nie z tego mieszkania, a z zewnątrz. Mimo to właśnie tu klęczałem, jak debil, ale to był najsłuszniejszy ruch, jaki zrobiłem w swoim życiu, bo klękałem przed nią - przed kobietą, której kurwa nikt nie dorównywał, żadna Matka, bogini, żadne przeklęte drzewo rodowe - ona była wszystkim. Nie liczyły się mury, nie liczył się brud, nie liczyło się, że właściciel baru obok pewnie kroił właśnie zwłoki domowego skrzata na „mięso gulaszowe” - liczyła się tylko ta cholerna chwila, która z jakiegoś powodu była idealna mimo całego tego syfu. Ironiczne, że dopiero tutaj, na klejącej się podłodze, w powietrzu pachnącym ogniem niedawnych pożarów, krwią i kurzem, dopiero tu mieliśmy powiedzieć sobie wszystko to, czego nie odważyliśmy się powiedzieć przez lata, ale nie liczyło się gdzie.
Liczyło się, kto.
Liczyło się, kiedy.
A odpowiedź na oba te pytania była taka sama - ona, teraz.
To, że padłem na kolano w tym syfie, było chyba najlepszym podsumowaniem mojego życia. Nigdy nie robiłem niczego tak, jak należało, nigdy, a jednak - kurwa mać - kiedy chodziło o nią, wszystko teraz było absolutnie właściwe. Nie myślałem o brudzie, zimnie, bólu w kolanie, przeciętej dłoni, o wojnie nad nami. O wszystkim, co powinno nas rozdzielać. Myślałem o niej. To, że Prue potrafiła się uśmiechać z nożem w dłoni, w takim miejscu, w takiej porze, po wszystkim, co sobie powiedzieliśmy - to był właśnie ten rodzaj szaleństwa, który mnie w niej kupił, ten, którego świat nie potrafiłby unieść, a ja nie chciałem już bez niego żyć. Tak, była nienormalna, ale ja też, a świat wokół nas był jeszcze bardziej popierdolony niż my dwoje razem wzięci. Nieważne, że Nokturn walił stęchlizną, że podłoga pod moim kolanem nie należała do najczystszych - i to nie przez brak zachowania czystości, tylko przez sam fakt, że tu wszystko zawsze lepiło się od tego bardzo specyficznego brudu - dla mnie to miejsce już zawsze miało być wyjątkowe.
Zerwałem się z kolan tak szybko, że nawet nie zdążyła wziąć wdechu, chwyciłem ją za twarz obiema dłońmi, nie patrząc na to, że jedna była lepka od krwi, że moje palce zostawiły na jej policzku długie, czerwone smugi. Oderwałem usta od jej ust dopiero wtedy, kiedy naprawdę musiałem, oparłem czoło o jej czoło, oddychałem ciężko, trzymałem ją tak mocno, jakbym się bał, że zniknie, jeśli tylko mrugnę. A potem znowu ją pocałowałem - tak, jakby świat miał się skończyć, a ja chciałbym umrzeć z jej smakiem na ustach. Pieprzona euforia. Przez lata próbowałem ją od siebie odepchnąć, oddzielić, ochronić, odgrodzić od całego tego gówna, które ciągnęło się za mną od dziecka, od nazwiska, od rodu, od wojny, od mojej pracy. A ona… Ona mówiła, że chce tego wszystkiego. Mnie. Teraz. Bez wahania.
- To dobsze, Sun, bo ja tesz nie zamieszam s tym kończyś. Nigdy. - Wyszeptałem, to wychodziło ze mnie to tak łatwo, tak prawdziwie, że aż mnie samego to zaskoczyło
To nie było zwykłe „kocham”.
To było „wybieram cię na wszystko”.
„Na całą resztę życia”.
„Na to, czego świat może nam zabrać”.
„Na każdą wersję jutra, nawet tę ostatnią”.
Przesunąłem kciukiem po jej skórze, ścierając smugę krwi, którą zostawiłem - pachniała ciepłem, pachniała sobą, domem. Patrzyłem na nią przez długą, żarliwą chwilę - tak długą, że musiała to poczuć, tak długą, że pewnie zaczęła się zastanawiać, czy coś powiem. A ja tylko pozwoliłem, żeby kącik ust drgnął mi w górę - powoli, z tym cholernie rzadkim uśmiechem, który wychodził ze mnie tylko wtedy, kiedy coś naprawdę trafiło do środka. Jej słowa uderzyły we mnie mocniej niż jakiekolwiek zaklęcie, nie zasługiwałem na nie, a ona wypowiedziała je tak, jakby była absolutnie pewna - jakby to była prawda zaklęta w gwiazdach.
- Bletchley… - Mruknąłem, po czym rzuciłem krótkie spojrzenie na nóż w jej dłoni, na sposób, w jaki jej palce zaciskały się na rękojeści. Oddychałem ciężko, nisko, jak ktoś, kto właśnie przekroczył granicę, której przysięgał nigdy nie przekraczać. - Prudence Fenwick… Sun, to bszmi tak dobsze, sze mam ochotę usłysześ to od ciebie jeszcze dziś. Na co czekamy? - To było wszystko - wszystko, co potrzebowałem powiedzieć, najprostsze zdanie na świecie, a czułem, jakby zmieniło układ gwiazd. Zdusiłem ciężki oddech na jej policzku, w zgięciu szyi ostatnim krótkim pocałunkiem - szybkim, pewnym, jak pieczęć przypieczętowująca coś, co już i tak zostało wypowiedziane.
Wziąłem jej wolną rękę - tę bez noża - i splotłem nasze palce, jej dłoń pasowała do mojej, jakby tak miało być od samego początku. Pociągnąłem ją delikatnie w stronę wyjścia, nokturnowy chłód uderzył w nas jak mokra mgła, ale ja nawet tego nie poczułem. Miałem ją przy sobie, a ona miała mnie.
Pierwszy raz od lat szedłem dokądś nie sam.
Pierwszy raz miałem kogoś obok.
Pierwszy raz wiedziałem dokładnie, dokąd idę.
I pierwszy raz naprawdę zamierzałem dopilnować, żeby to był prawdziwy początek. Nasz. Wspólny.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)