Wrzesień miał przynieść wytchnienie. Nie naprawdę, ale po tym, co działo się w ostatnich miesiącach, Victoria powtarzała sobie jak mantrę, że będziedobrze, będziedobrze, będziedobrzebędziedobrze. Czy było? Nie mogła tego powiedzieć, bo miesiąc rozpoczął się… spokojnie, owszem, ale to był tylko cichy wstęp, by następnie zasypać ich rzeczywistość kolejnymi dziwnymi zjawiskami. Tym razem były to rośliny w ogrodzie, którym od pokoleń opiekowała się jej rodzina i Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że los po prostu gra im wszystkim na nosie. Mówisz sobie: będzie lepiej, a wtedy on mówi „ha! Tak? To patrz!”, robi salto do tyłu i oddala się ze śmiechem, a następnego poranka budzi cię gruchanie dwóch sów, które bardzo potrzebują twojej uwagi. Natychmiast. Tak jak te cholerne kwiaty.
Nie opuszczały jej myśli. Wczorajszego dnia poświęciła im tyle czasu, ile mogła, a dzisiaj był kolejny dzień i choć już wiedziała jakieś rzeczy, to generowały one jeszcze więcej pytań i Lestrange już nie mogła się prawdę mówiąc doczekać, aż uda się do ogrodu znowu, może wieczorem… i zobaczy jak sytuacja ma się dzisiaj. Miała też różę w wybitnie starej donicy we własnym domu i na razie zostawiła ją w spokoju, obserwując jedynie z daleka, zapisując notatki w zeszycie.
Ale życie nie kręciło się wokół roślin (a szkoda) – i praca wzywała. Tym razem była to kontynuacja sprawy, którą z Brenną ciągnęły już trzeci miesiąc. Miały potencjalny trop na jednego z kłusowników z szajki, na którą wpadły całkowitym przypadkiem, a że mieli oni ewidentny kontakt z czarnoksiężnikami: to była i ona. I było też Chinatown. I mieszkanie, do którego właśnie zmierzały, a gdzie miały złożyć bardzo niezapowiedzianą wizytę…
– Moja siostra wraca, wiesz? Z Francji – rzuciła ni z tego ni z owego do Brenny, gdy szły chodnikiem wzdłuż ulicy. Lestrange próbowała się ubrać „po mugolsku”, żeby nie rzucać się w oczy swoim mundurem, ale chyba nie do końca jej się to udało i i tak przykuwała wzrok, tylko innego rodzaju. – Dwa lata jej nie było – do Victorii dopiero teraz dotarło, jak dużo czasu minęło, gdy tak patrzyła przed siebie, mijając mugoli, którzy z jakiegoś powodu patrzyli w ich stronę. – Chyba dzisiaj powinna już być w domu – albo wczoraj…? Nie. Powiadomiliby ją przecież… Więc musiało to być dzisiaj. Chyba że wczoraj wieczorem…