• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [22/09/72, Mabon w domu Rowle] Dawno, dawno temu za smoczymi górami

[22/09/72, Mabon w domu Rowle] Dawno, dawno temu za smoczymi górami
sacrificial lamb
only there, on a bed of moss and grass would she allow her heart to rest
wiek
28
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
smokolożka
rude loki, ciemne i bystre oczy. Mierzy 168 cm

Mona Rowle
#21
21.07.2026, 19:21  ✶  
Mona wysłuchała słów Leviathana, a następnie skinęła głową. Odpowiedź kuzyna była dokładnie taka, jakiej mogła się po nim spodziewać — spokojna oraz rzeczowa. Na upartego, nawet doceniała fakt, że nie próbował ubierać rzeczywistości w pocieszające kłamstwa. Fakty były najprostszą formą pocieszenia, prawda? Zwierzaki ocalały. Domy wciąż stały. Ogień, chociaż zabrał wiele, nie pochłonął wszystkiego.
— To dobrze. Naprawdę dobrze — jej głos był łagodny. Rowle oparła policzek na dłoni i pozwoliła, aby spojrzenie uciekło ku jezioru.

Nie potrafiła całkowicie pozbyć się wrażenia, że wszyscy przy tym stole mówili o Spalonej nocy tak jakby należała już wyłącznie do kronik minionych wydarzeń. Jakby wystarczyło odwrócić stronę kalendarza, zapalić świece, rozłożyć haftowany obrus i nalać wina do kryształowych kielichów, aby świat zgodził się powrócić do dawnego porządku.

Jednocześnie nie chciała jednak pozwolić, żeby wspomnienie tamtej nocy zasiadło przy stole razem z nimi. Mabon nie był przecież świętem żałoby. Skoro wszyscy byli tutaj… może to właśnie był największy dar tego roku.

— Chyba nie potrafię mieć do nich o to pretensji — odezwała się, kiedy uniosła spojrzenie na Seisylla. — Strach jest przecież jedną z najbardziej pierwotnych rzeczy, jakie nosimy w sobie. Starszą od dumy, starszą od rozsądku, może nawet starszą od samej nadziei. Kiedy wszystko na czym człowiek opierał swoje przekonania, zaczyna się chwiać, kiedy świat nagle okazuje się miejscem znacznie okrutniejszym…  szuka czegoś, co wydaje się większe od niego samego nawet jeśli wcześniej odwracał od tego wzrok. Jeżeli dzięki temu odnajdą drogę do Matki, może kiedyś zostaną przy nich już nie ze strachu, ale z wdzięczności. Każdy przecież od czegoś zaczyna.

Słowa Helloise o pytaniach, które należy zadawać starszym, zapadły jej w pamięć. Sama rzadko pytała. Wolała obserwować, wyciągać wnioski, składać klocki w całość bez niczyjej pomocy. Może to był błąd. Może w tych rodowych archiwach, które ciotka tak dobrze znała, kryły się odpowiedzi na pytania, których Mona nigdy nie ośmieliła się sformułować na głos.
— Nie sądzę, żeby mugole byli jedynym źródłem znieczulicy na sacrum. Bywają czarodzieje, którzy nigdy nie przekroczyli murów Ministerstwa, a jednak obchodzą sabaty z taką samą obojętnością jakby to były po prostu wolne dni w kalendarzu.


Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#22
29.07.2026, 01:54  ✶  

Gdyby miał powiedzieć, za jakim sabatem przepadał najmniej, nie byłby w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Za wszystkimi - takie słowa wysuwały się na pierwszy plan, bo Leviathan nigdy nie był osobą przesadnie religijną, ani też zaangażowaną w oddawanie się związanymi ze świętami tradycjom. Nie potrzebował do tego zdrady ze strony bogini, która wydarzyła się podczas Lithy, ale ta zdecydowanie przypieczętowała jego zdanie na ten temat. Spoglądał więc na Helenę kątem oka, spokojnie i nieśpiesznie zajmując się kolejnymi kęsami swojego obiadu, podczas gdy ona rozważała, któreż to święto najbardziej do niej przemawia. Imbolc brzmiało jak każdy inny sabat, przynajmniej w jego mniemaniu. Cichy czy nie, wymagał oderwania się od rzeczy ważnych i codziennego życia.

— Szkoda, że to ich nawrócenie nic nie da. Marnują tylko czas — mruknął znad swojego talerza, po całym wywodzie Seisylla na temat rzekomo odnalezionej wiary przez rzesze zagubionych wiernych. Nie ważne czy chodziło o Matkę, Rogatego Boga czy innego chochoła, wszyscy wydawali się tak samo głusi na prośby i błagania swoich wyznawców. Nie chodziło nawet o to, czy coś ponad nimi w ogóle istniało, bo o tym Rowle zdążył dowiedzieć się z pierwszej ręki. Spotkanie to było jednak nad wyraz rozczarowujące i jasno wskazujące, że po pierwsze, bogowie nie posiadali takiej mocy sprawczej jak można było im przypisywać, a po drugie, mieli swoich wyznawców w poważaniu.

Poczuł na sobie twarde spojrzenie matki, bo ten temat przetaczał się o wiele za wiele odkąd odbyła się Litha. Nie ważne jak bardzo ktoś próbował nawrócić go na właściwą ścieżkę, jeśli chodziło o wiarę, Levi odmawiał wszelkiej kooperacji. Nie ważne czy była to Evelyn, Helloise, czy ktokolwiek inny.

— A co w tej magii nie jest naiwnego? — zapytał, unosząc spojrzenie dalej, przez twarz Cynthii i zatrzymując je na Helloise. — Wierzeniu, że ktoś rozwiąże twoje problemy, jeśli się pomodlisz wystarczająco gorliwie? Pobłogosławi twój dom, uchroni od złego, a może kiedy będzie wystarczająco łaskawy to sprawi że wydarzy się coś dobrego? Tylko dzieci są tak naiwne i tylko dlatego, że nie zorientowały się jeszcze, że świat działa inaczej — uniósł kieliszek stojący obok talerza i upił z niego nieco, nie odrywając od niej spojrzenia.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#23
08.08.2026, 23:24  ✶  
Był spóźniony.
Llyn Llydaw stygło na dnie doliny gładko jak sadło zebrane z rosołu. Ostatnim odcinkiem ścieżki był szybki krok po żwirze chrzęszczącym pod podeszwą niczym podeptane kości. Nie musiał nawet zadzierać głowy, aby ujrzeć jedenaście okien jadalni palących się tłusto, rzędem, jak ropiejące oczy gada. Owszem, jedenaście, policzył je, bo liczył wszystko, na czym dawało się przegrać, i z nasycenia mlecznych szyb wyczytał, że mięsiwa stoją na blacie od co najmniej kwadransa. Zdążyli więc wznieść te swoje toasty, wydusić z siebie pytania o zdrowie, o pracę, i poklepać się po plecach za rzeczy, na które i tak nikt nie miał żadnego rzeczywistego wpływu. Znał ten scenariusz doskonale, ale jakoś nie było mu z nim przykro. Tylko, że nie było mu z tym również dużo cieplej przy sercu, ale sam nie do końca wiedział dlaczego.

Wersję na wieczór miał przygotowaną już przy bramie. Świstoklik z Trondheim wyszedł pół doby po terminie — prawda, chociaż nie cała. Trzy tygodnie w śniegu mokrym jak surowe mięso i Norwegowie tłumaczący mu z uporem, że ich kolczozgrzbiete nie chorują na to, na co ewidentnie chorowały; w korespondencji nazywano to wymianą doświadczeń, w praktyce wyszły z tego dwie sekcje i jedna kłótnia zwieńczona darciem gęb w nieznanych sobie językach. Nie było źle, bo nie poszło w pięści, ale gdyby ktokolwiek słuchał go od pierwszego dnia, dwa zwierzęta jeszcze by żyły. Nie chciał tego rozżalenia pielęgnować, ale odreagować jakoś to musiał.
Reszta opóźnienia do wersji wejść nie mogła. Jęki pracownika o klaczy hipogryfa, któremu zaropiał kikut po skrzydle. Jedna szklanka ognistej, która okazała się trzema. Partyjka, która okazała się kurewsko nieopłacalna. Cóż, odreagował, ale nie był pewny czy wystarczyło. Pewnie nie.

Rękawy z litości opuścił dopiero na schodach. Stara, acz wciąż biała koszula sprawiała wrażenie czystej i… na tym jej zalety się kończyły — wyciągnięta z torby, przetrzepana dwa razy o kolano, z zagnieceniami głębokimi jak bruzdy na wypalonej ziemi. Pył trasy siedział nawet w szwach, w rancie kołnierza i w cholewach, i żadne otrzepywanie na dziedzińcu tego nie ruszyło; przy jasnym świetle wyglądałoby to jak popiół osiadły na kimś, kto igrał z ogniem, więc takie oto namaszczenie postanowił nosić na sobie niczym rodowy sygnet. Była też maść pod paznokciami, zielonkawa, dławiąca, rozmaryn wrzucony w ogień; nie brał jej ług, nie brało zaklęcie, nie brał tydzień. Na przedramieniu nosił świeżą krechę po pazurze, cienką jak przedziałek. Pod okiem widniało jeszcze widmo gojącego się lima. Ech, bywało gorzej i w takim gorszym stanie widziały go nawet najmłodsze siostrzeńce i bratanki, więc nikogo dziś już bardziej nie zgorszy.
Włosy — dłuższe, niż komukolwiek w tym domu się podobało, rude tą walijską rudością, która nie ma w sobie nic z miedzi, za to sporo z rdzy — przeczesał wszystkimi palcami i związał na karku. Trzydzieści pięć lat, sześć stóp z okładem, bary wyrobione przy zwierzętach ważących tyle co powóz; w rezerwacie robiło to wrażenie, w tej sali robiło z niego mebel, który choć dobrze uciosany, nie pasował do wystroju reszty domu.
Ocenił swoje odbicie w ciemnej szybie i jeszcze raz, na odchodne, przetrzepał dłonie. Odbicie było nader łaskawe, bo szyba była ciemna.

Cachu hwch. Pchnął barkiem podwójne drzwi.
Ciepło buchnęło mu w twarz jak z rozgrzebanego lęgowiska. Przepiórki, korzenne ciasto, wosk i kwaśny opar zadowolenia, który wypaca się ze skóry, kiedy świętuje się w gronie, które zarówno się kocha jak i nie do końca lubi. Nie widział ani jednej ryby i przysięgał, że poprawiło mu to humor po trzech tygodniach żucia morskich padlin o smaku soli i rozkładu. Nad wszystkim ciągnął się kamienny smok, łuska przy łusce, łeb wykręcony ku szczytowi — bestia nie strzegła głowy rodu, bestia ją uważnie taksowała. Uważał to spostrzeżenie za wybitne od czternastego roku życia, ale ani razu nie wystawił go na cudzy osąd.
Odczekał, aż zaklęte skrzypce dojdą do końca frazy, i wszedł w ciszę głośniej, niż wymagała akustyka sali.
— Noswaith dda, kochana rodzino! — zawitał, a ręce miał rozłożone. Żadnej skruchy, rozmach jak z powrotu spod Agincourt, nie z sekcji zwłok. — Zanim ktoś zacznie liczyć minuty: ministerstwo ma absolutnie gdzieś świtoklikowe opóźnienia. Pretensje proszę adresować do Oslo…
Trzy głowy wydały z siebie anemiczny chichot. Dwie z uprzejmości, jedna dlatego, że siedziała już przy czwartym kielichu.
Poszedł wzdłuż blatu, mijając ich rzędami jak woliery, w których z góry wiadomo, co siedzi w której. Seisyll na swoim miejscu, Hela, dalej Helena, Leviathan, Mona. Cynthia po przeciwnej stronie, jedyna nosząca cudze nazwisko przy rodowym stole.
Przystanął na wysokości szczytu.
— Lazarusie. Evelyn. —  Dwa skinienia, bratu i bratowej, odmierzone tak, żeby nikt nie miał się o co zaczepić i żeby nikt nie poczuł się zaszczycony.
Przy Matce zwolnił naprawdę, całując ją rytualnie w dłoń. Potem wypadało usiąść. Był tylko jeden problem.

Miał dziewięć lat, kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, i wtedy też nikt nie zrobił z tego afery. Przyniesiono taboret ze spiżarni, ustawiono go przy narożniku, gdzie blat zwężał się do niczego, i podano mu talerz nad czyimś ramieniem. Przez całą kolację nie potrafił zdecydować, gdzie podziać kolana. Wieczorem powiedziano mu, że przecież nie było wiadomo, czy do nich zejdzie, bo przecież mały Gary i jego duże kaprysy sprawiały, że nie warto było zastawiać dla niego stołu. Zapamiętał to zdanie w całości, razem z intonacją, i przez następne dwadzieścia sześć lat wyciągał je sobie z kieszeni jak zużyty bilet — na dowód, albo argument, coś, co zawsze można wyłożyć na stół zamiast riposty.

Rozejrzał się, chłonąc tę piękną, rodzinną ilustrację. Kilkanaście oparć. Policzył je jak talię, w której as musi przecież jeszcze gdzieś siedzieć. Piękna ilustracja, bo piękna rodzina. Tyle pięknych twarzy! Tyle pięknych uśmiechów. Ile z tych uśmiechów wysłanych będzie właśnie jemu?
Cisza zsiadła się nad stołem jak tłuszcz na wystudzonym rosole. Ktoś przestał żuć. Płomień najbliższej świecy położył się w stronę drzwi i wyprostował, jakby też chciał wyjść.
— Skrzat — rzuciła jedna z kobiet w stronę bocznych drzwi, tonem, jakim zamawia się sos do pieczeni. — Krzesło dla Garetha.
Stał więc, z kurzem z dwóch krajów na butach, z rękoma luźno wzdłuż ciała, i przez ułamek sekundy naprawdę rozważał, czy nie przysiąść na parapecie i nie sprawdzić, czyja piękna twarz pęknie pierwsza. Zamiast tego uśmiechnął się do Seisylla. Szeroko, z zębami, tym uśmiechem, którym obdarzyć go mógł wyłącznie jego najmłodszy brat.
Potem, nie ruszając głową, przesunął wzrok o miejsca dalej i tym razem, uśmiechnął się do Helloise. Ten uśmiech był krótszy i szedł tylko jednym kącikiem ust, ale rodzeństwo czyta takie rzeczy szybciej niż laurkowe zdania.
Zaklęte instrumenty brzdąkały dalej. A Gareth sobie stał, tupał rytmicznie nogą, marząc o ciepłym szlugu w ustach.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (1870), Gareth Rowle (1084), Helena Rowle (1326), Helloise Rowle (2737), Leviathan Rowle (1182), Mona Rowle (1468), Seisyll Rowle (1103)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa