• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#21
22.12.2025, 00:07  ✶  

Rozmowa była bardzo intensywna, pobudzająca, spowodowała, że Prue stwierdziła, że pomysł, aby się tutaj pojawiła nie był wcale taki najgorszy. Najwyraźniej nawet na takim pustkowiu można było spotkać interesujących ludzi, którzy potrafili bawić się słowem, mieli bystry umysł, a ona zawsze to doceniała. Uwielbiała podobne potyczki słowne, rzadko kiedy trafiała na kogoś, kto był w stanie za nią nadążyć i nie była w tym pyszna, po prostu jej umysł był bystrzejszy od większości ludzi, jednak nie tym razem. Doceniała to, że mogła się nieco pogimnastykować, nieznajomy wzbudził w niej ciekawość, ogromną, to naprawdę zdarzało się bardzo rzadko.

Gdzieś między słowami, zaczęli się też umawiać na coś zupełnie innego niż wspólne gotowanie i chociaż nie miała tego w zwyczaju, to nie widziała w tym nic nieodpowiedniego. Nie robiła takich rzeczy, ale może to był moment, w którym mogła zaszaleć, zmienić podejście na dzień, lub kilka, obozowy romans? Czemu nie, mógł jej nieco urozmaicić czas spędzony w tym miejscu, już zresztą to się działo. Pojawiła się iskra, uśmiech na twarzy i chęć sprawdzenia jak daleko będą się w stanie posunąć i ona i on, bo co chwila przesuwali granicę. I to wszystko tylko przez rozmowę, którą prowadzili, to było niesamowite.

Nie musiała widzieć, jak wygląda, nie obchodziło jej to, nie w tej chwili, nie kiedy potrafił w ten sposób z nią dyskutować, chciałaby zobaczyć jak faktycznie może się to skończyć, bo raczej była pewna, że nie chodziło tylko o słowa, skoro te przychodziły im tak łatwo, to i cała reszta mogła wyglądać w ten sposób, faktycznie może dobrze byłoby mieć się do kogo przytulić podczas tych chłodnych nocy w górach, złapała się na tej myśli, ale nie próbowała się jej pozbyć, nie tym razem, to był zresztą tylko moment, krótka chwila, którą miała tu spędzić, później mieliby się rozejść każde w swoją stronę, bez żadnych konsekwencji, więc czemu by na to nie przystać.

Dość szybko jednak osunęła od siebie tej myśl, przyszło jej to równie szybko, co się pojawiło, bo konwersacja przybrała zupełnie inny obrót po tym jednym, bardzo drobnym niepowodzeniu, które poprowadziło ich na zupełnie inną stronę, cóż to też była jakaś rozrywka, może nie taka przyjemna jak tamta poprzednia, jednakże nie miała zamiaru jej sobie darować.

- Starego psa trudno jest uczyć nowych sztuczek. - Wzruszyła nawet ramionami, gdy się odezwała. - Jeśli przez tyle lat, nie byłeś w stanie opanować podstaw, to już raczej się nie zmieni, niektórzy są okropnie toporni na przyswajanie wiedzy, tablica, obrazki nie są tutaj w stanie pomóc, nie w przypadku takich ewenementów. - Mówiła dalej, jakby naprawdę miała do czynienia z jakimś krnąbrnym uczniem, a przecież stał przed nią dorosły mężczyzna.

- Widzisz, to może się łączyć, zachowujesz się jak rozkapryszona nastolatka, ale przyswajasz wiedzę jak stary pies, który niczego już nie jest w stanie się nauczyć, bardzo prosta sprawa, te dziedziny się ze sobą nie łączą, wiec można korzystać z różnych przykładów. - Nadal mówiła tym pouczającym tonem, jakby to była najbardziej prosta rzecz na świecie, a on dalej nie był w stanie przez swoje ograniczenia tego dojrzeć. Jasne, łapał ją za słówka, próbował wyprowadzić z równowagi, sugerować, że ona się mieszała, ale nie pozwalała na to.

- Mówiłam już, że jestem tolerancyjna i otwarta, więc raczej nie mam zamiaru się bawić ani w jedno, ani w drugie, po prostu dostosowuję się do sytuacji, możliwości. Nie wepchniesz mnie w żadne ramy. - Nie wiedzieć czemu było to dla niej bardzo istotne w tej chwili, jakby miało jakieś znaczenie. Nie znosiła, gdy ktoś próbował jej coś narzucać, to chyba przez to.

- W papierach masz dwadzieścia sześć? Ciekawe, szkoda tylko, że nie do końca odzwierciedla to sposób w jaki się zachowujesz. - Teraz już sama nie wiedziała, czy chciała go bardziej wepchnąć w łatkę rozkapryszonej nastolatki, czy jednak pozostać przy starym bucu, który nie rozumiał tego, że ktoś może widzieć coś inaczej niż on, że niektóre rzeczy faktycznie były całkiem logiczne i nie trzeba było ich mówić wprost.

Nie spodziewała się, że porównanie go do napuszonego ptactwa wywoła, aż taką reakcję, ale chyba trafiła całkiem celnie, widziała to prychnięcie, dostrzegła, że pewniej się oparł i chciał się odgryźć, czekała na to, nie bez powodu przecież weszła z nim w tę polemikę.

- Nie, to nie Twój sport? Jakoś nie chce mi się wierzyć. - Bo inaczej niby dlaczego nadal stał tu przed nią, nadal z nią dyskutował, zamiast obrócić się na pięcie, jak dla niej to chciał coś udowodnić, pokazać piórka, czy coś, prosta sprawa.

- Nie muszę wybierać miejsc bez konkurencji, żeby gruchano mi z aprobatą, takie okazy raczej cieszą się uwagą, nie muszą nawet o nią specjalnie zabiegać. Dziobaniem też nie musisz się przejmować, naprawdę takie gołębice są na tyle interesujące że, gdy już opuszczają gołębnik to pojawia się wokół nich wiele ptaków, gotowych stanąć w kolejce i czekać na swoją kolej. - Nie powinna była w to brnąć, miał rację, Prue bardzo rzadko opuszczała swoje sterylne sale, nigdy jej to jednak nie przeszkadzało, teraz poczuła, że to jest nieco ograniczające, bo od zawsze zamykała się na ludzi i miejsca, a zarazem też na doświadczenia. - Obyś więc nie myślał o nadziewaniu, kiedy faktycznie będziesz musiał z niego korzystać, kto wie, kiedy może Cię znowu zamroczyć, jak widać nie do końca możesz polegać na tym swoim instynkcie, skoro tak łatwo jest spowodować, żeby coś odwróciło Twoją uwagę. Nie muszę niczego udowadniać, to nie są moje teorie, to są teorie ludzi, którzy już coś widzieli, coś przeżyli, ja tylko się nimi kieruję, bo w ten sposób łatwiej jest uniknąć popełniania błędów, które ktoś już kiedyś popełnił. - Pewnie zupełnie go to nie interesowało, skoro kierował się instynktem, to i instynktownie musiał popełniać błędy i pakować się w kłopoty, a ona wolała tego unikać, byli zupełnie z innych światów, na szczęście dosyć szybko do tego doszli, bardzo dobrze, szkoda było czasu na późniejsze rozczarowania, mimo wszystko nadal czuła, że ta rozmowa wzbudza w niej więcej emocji, niż by chciała.

- To źle myślałeś, nie ograniczam się, tutaj również. - Na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech, wspominała przecież o tym, że ma otwarty umysł, czyż nie, nie chodziło tylko o podejście do ptaków, a o cały światopogląd.

- Nic nie wiesz o moich mechanizmach, jak sam zauważyłeś jestem zupełnie innego gatunku, to, że przez chwilę uważałam, że być może koguciki, czy tam pawie są w stanie zwrócić moją uwagę, to było tylko chwilowe rozproszenie, spowodowane jakimś zaćmieniem. Potrafisz się kamuflować, na szczęście szybko wyszło szydło z worka. - To nie tak, że przestała odczuwać cokolwiek w jego towarzystwie, nadal wypełniały ją wszelkie, możliwe emocje i nie podobało jej się to, ale przecież nie mogła mu powiedzieć o tym, że faktycznie myśli o jego ptaku, i że chciałaby być może... jej myśli zmierzały w bardzo złą stronę i on doskonale ją rozgryzł, wiedział, co się z nią działo, nie podobało jej się wcale. - Zresztą mam gdzieś Twojego naprężonego ptaka... - Dodała jeszcze nadal nie przestając na niego spoglądać.

- Nie zamierzam też nigdzie uciekać, ale tego powinieneś się już domyślić, racjonalizacji nie jestem w stanie pominąć, bo to moja domena, tak samo jak elegancja. - Doskonale, że to dostrzegał, szkoda tylko, że widział to wszystko takim, jakie było naprawdę, mimo, że próbowała, aby tak nie było. Powinna się odwrócić na pięcie i zniknąć w namiocie, tyle, że przecież mówiła, że nie ucieka, więc nie mogła tego zrobić.

Zabawne, że myślała o ucieczce, a chwilę później musieli uciekać, tyle, że razem, bo góra postanowiła im przypomnieć o tym, że nic nie było takie proste, że czasem pojawiały się czynniki zewnętrzne, które mogły bardzo namieszać. Zapomnieli o tej rozmowie, jednej, czy drugiej, złączyli ze sobą swój los na czas katastrofy, razem próbowali jakoś to przetrwać.

Nie było to najlepszym doświadczeniem, to znaczy Prudence chyba nigdy nie była w podobnej sytuacji, nigdy nie musiała walczyć o życie w ten sposób, nie była do tego przystosowana, nie miała wyśmienitej sprawności fizycznej, nie miała doświadczenia w uciekaniu przed goniącym ją śniegiem, nie miała pojęcia, czy on je miał, ale widać było, że ten mityczny instynkt w tej chwili pomagał, wiedział co robić, gdzie iść, gdzie biegnąć, aby chociaż spróbować to przetrwać. W tej chwili to było naprawdę wiele, bo gdyby nie było go obok, to pewnie po pierwszej minucie, czy dwóch znalazłaby się pod grubą warstwą śniegu, która byłaby jej grobowcem.

Tak to starała się iść, mimo śniegu, który okropnie to utrudniał, mimo tego, że nie miała już siły ciągnąć nóg, jakoś zmierzała przed siebie, no w pewnej chwili się zaplątała, ale nie pozwolił jej zostać w śnieżnej zaspie, uniósł ją nad ziemię, wypchnął do przodu, aby ona wyznaczała tempo, co było naprawdę głupim pomysłem, bo ledwo ciągnęła nogi przez te warstwy śniegu, chociaż starała się to robić, bo nie zależało od tego wyłącznie jej życie, związał swoje życie z jej tym szalikiem, który mógł się okazać dla niego ścieżką do trumny. Na pierwszy rzut oka widać było, kto z nich radził sobie lepiej, kto miał większe szanse to przetrwać, mimo wszystko nie porzucił jej, to było wyjątkowe, bo nie spodziewała się, że wiele osób zrobiłoby coś takiego, każdy raczej starał się chronić tylko i wyłącznie własną dupę.

Później nie ominęło ich najgorsze, znaleźli się pod śniegiem, lawina w końcu złapała ich w swoje sidła, jednakże nie skończyli jako jej ofiary, miał on w sobie tyle uporu, że jakimś cudem wypchnął ją na powierzchnie, a później sam się na niej znalazł. To było niesamowite, bo ona sama była na etapie witania się z drugą stroną, zupełnie niepotrzebnie, nie pozwolił jej umrzeć pod tą warstwą śniegu i lodu. Huk, trzaski, które przed chwilą rozchodziły się po okolicy zamilkły, teraz otaczała ich przerażająca cisza. Nie było słychać niczego poza nią.

Gdy znaleźli się na powierzchni przyciągnął ją do siebie, przystała na to, nie odrzuciła go, nie chciała tego robić. Takie wydarzenia potrafiły łączyć, jak nic innego. Przetrwali to razem, właściwie to przetrwała to dzięki niemu, była tego świadoma, nie chciała myśleć o tym, co by było gdyby nie znalazł się obok, chociaż miała tendencje do analizowania, nie robiła tego tym razem.

Starała się oddychać spokojniej, chociaż po takim wysiłku trudno jej było uspokoić oddech, do tego śnieg miała chyba wszędzie, trudno byłoby nie mieć po tym co przeżyli, ale jednak udało im się uniknąć śmierci pod nim, to było niesamowite. Skupiała się na ciepłym ciele, które znajdowało się pod nią, nie na zimnie, chłodzie, to by w niczym nie pomogło.

- Trudno jest ocenić gatunek przy poznaniu, ale możesz mieć jakieś naleciałości, które ciągną Cię do konkretnych. - Nie brzmiało to najlepiej, jeśli faktycznie zawsze gustował w tych najbardziej upartych, to nie miał lekko, faktycznie to mógł być problem związany z jego gustem, cóż nie mogła zaprzeczyć, że wpasowywała się w to, co powiedział, ona była uparta jak cholera i nie należała do łatwych w obsłudze osób, a chyba się nią chociaż na chwilę zainteresował, co było tylko potwierdzeniem jego słów.

- Nie wiem, czy to powód do dumy, wiesz, może trochę, dążenie do celu, mimo wszystko, konsekwencja, to się ceni. - Nie chciała go oceniać, trochę znała to wszystko z autopsji, sama nie potrafiła odpuszczać, miała z tym ogromny problem mimo tego, że była raczej całkiem rozsądna, nie znosiła jednak przegrywać.

- Chciałam być miła, bo dzięki tej Twoje zawziętości aktualnie leżymy na śniegu, a nie pod nim. - Nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości, że stało się to tylko wyłącznie dlatego, że on nie pozwolił im umrzeć, instynkt zadziałał.

Zaśmiała się, gdy wspomniał o tym, że wyjątkowo go wkurwiała. Ten śmiech się urywał, bo jeszcze bolały ją płuca, ale nie mogła się powstrzymać, to naprawdę było idealne wyznanie, jak na ten moment.

- Skoro tak mówisz, skoro pierwsze jest nie do pobicia, to muszę pogodzić się z drugim. - Nie umknęło jej to, że wspomniał o tym, że wkurwianie łączy się z pociąganiem, to było dość istotne w tym wszystkim, szczególnie, że teraz na nim leżała, słabo byłoby gdyby tylko i wyłącznie go irytowała. Nie miała zamiaru udowadniać mu, że byłaby w stanie wskoczyć na pierwsze miejsce w tym rankingu, bo w tej chwili zbyt wiele mu zawdzięczała.

- Nie wyglądasz na kogoś kto lubi wieczory przy świecach. - Dodała jeszcze, bo raczej wydawało jej się, że pierwsze randki w jego wykonaniu mogą być dość nietypowe, no, nie zakładała, że lawiny były dla niego codziennością, bo jednak takie katastrofy nie zdarzają się często. - Wiesz, ratujesz damy w opałach, przez co nie mogą Ci się oprzeć, każda katastrofa zmienia się w coś dobrego, myślę, że to brzmi jak nie najgorsza pierwsza randka. - Mógł zrobić z siebie bohatera, a bohaterom ciężko było się oprzeć, już ona coś o tym wiedziała.

- Całkiem szybko zacząłeś planować naszą wspólną przyszłość, wystarczyło, że prawie umarliśmy pod tym śniegiem, a Ty już nam wróżysz wspólny rok, nieźle. - Próbowała brzmieć poważnie, jednak szło jej to dość ciężko, była zmęczona, a do tego przerażona, teraz powoli zaczynała wracać do normalności, o ile w ogóle można to było nazwać normalnością.

- Ale zgadzam się, jedna katastrofa na rok wystarczy. - Tak naprawdę, to wystarczyłaby jej na całe życie, ale skoro mieli mieć umowę, to niech będzie, mogła się do tego przekonać. Przynajmniej dzisiaj poczuła, że żyje, bardzo mocno poczuła, bo jej całe ciało było obolałe.

- O, to ciekawe, tak właściwie to może coś w tym jest, ta sójka to nie najgorszy wybór, Ty za to przypominasz sokoła, one są niesamowicie szybkie i odważne, wiesz, wszędzie potrafi się odnaleźć, ma niesamowity instynkt. - Skoro już wrócili do tematu sprzed katastrofy, to również postanowiła się zreflektować. Nie chciała, żeby myślał, że faktycznie ma go za kogucika, czy pawia, zresztą sięgała po te porównania tylko, żeby go wkurzyć, wtedy też tak nie myślała. Ciało przypominało jej o tym, co się przed chwilą wydarzyło, mężczyzna całkiem skutecznie jednak odsunął jej myśli od tego, że przed chwilą prawie zginęli pod bardzo ciężką warstwą śniegu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#22
22.12.2025, 19:23  ✶  
Złapałem się na tym, że uśmiecham się do ciemności, do głosu, którego jeszcze nie potrafiłem przypisać do twarzy, i że to wcale mi nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, gdzieś pomiędzy jednym żartem a kolejną ripostą przesunęliśmy granicę, nawet nie zauważając, kiedy, to nie było zaproszenie wypowiedziane wprost, raczej ciche porozumienie, zawieszone w powietrzu, jak obietnica, której nikt jeszcze nie musiał dotykać. I to było absurdalne, i kuszące, i niebezpiecznie proste. Pomyślałem, że po tych nocach, po tym chłodzie, po tym miejscu, posiadanie kogoś obok mogłoby być… Logiczne, nie romantyczne, logiczne. Nie wiedziałem, jak wyglądała, nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, nie wtedy, kiedy słowa układały się tak gładko, kiedy myśli zderzały się bez tarcia. Wyobraziłem sobie, że równie łatwo mogłaby oprzeć się o mnie ramieniem, moglibyśmy ogrzać się nawzajem bez zobowiązań, bez jutra, tylko na chwilę - pozwoliłem tej myśli zostać, nie odrzucałem jej, nie spieszyłem się też, by ją spełniać.
A potem wszystko się przesunęło, jedno drobne potknięcie, jeden gest za szybki, jeden ton za ostry, rozmowa skręciła, napięcie zgęstniało, zrobiło się mniej gładko, bardziej szorstko, ale zamiast się wycofać, zamiast wygasić to, co jeszcze przed momentem było obietnicą, poszliśmy w to dalej, bo najwyraźniej oboje lubiliśmy sprawdzać, jak bardzo można coś naciągnąć, zanim pęknie. Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem, to było to miejsce, w którym człowiek albo się cofał, albo szedł na zwarcie, a ja nigdy nie byłem dobry w cofanie się. Zrobiłem pół kroku bliżej, nie nachalnie, bardziej jak duży ptak sprawdzający, czy mniejszy odleci, czy jednak zostanie na gałęzi - została. Uśmiechnąłem się krzywo, tym sposobem, który wcale nie oznaczał rozbawienia, tylko gotowość do kolejnego starcia. Słuchałem jej uważnie, aż za uważnie, chociaż oczywiście udawałem, że to tylko kolejny bełkot z ambony wyznawczyni pseudorozsądku.
- Wiesz, liczby są świetne. Zwłaszcza do kontroli granicznych i robienia wrażenia na ludziach, którzy potrzebują cyferek, żeby wiedzieć, co myśleć. Tyle że ja nie zachowuję się „według wieku”, tylko według sytuacji, i najwyraźniej ten typ elastyczności absolutnie nie doprowadza cię do białej gorączki. To, co teraz mówisz, to zdecydowanie nie próba ustawienia mnie pod linijkę, tylko „dostosowanie do możliwości”, prawda. Brzmi niemal łagodnie, gdyby nie fakt, że cały czas mówisz do mnie jak do projektu badawczego, który nie spełnił normy. - Wzruszyłem ramionami, naśladując ją bez wstydu. - W dokumentach mam dwadzieścia sześć, w terenie mam doświadczenie, a w tej rozmowie mam cierpliwość na wyczerpaniu, jeśli to się nie zgadza, trudno, świat rzadko bywa symetryczny. A to, czy zachowuję się jak nastolatka czy jak stary buc, zależy chyba głównie od tego, jak bardzo ktoś próbuje mnie ustawić na tablicy poglądowej. - Spojrzałem na nią z tym samym bezczelnym błyskiem w oczach. - Toporny czy nie, jakoś funkcjonuję. Góry mnie jeszcze nie wypluły, ogień mnie nie zjadł, a wiedza praktyczna trzyma się mnie lepiej niż ty trzymasz te twoje obrazki. Może dlatego, że nie próbuję jej wtłaczać komuś do głowy na siłę. - Machnąłem dłonią niedbale. - Tak inteligentna osoba powinna wiedzieć, że zachowanie to kwestia warunków bytowych. W złych warunkach nawet najrozsądniejszy okaz potrafi zacząć piać o północy. - Wzruszyłem ramionami. - Ty na przykład mówisz jak wykładowczyni, a zachowujesz się jak ktoś, kto z premedytacją sprawdza, jak daleko może kogoś pchnąć, zanim ten się cofnie. Albo zanim zrobi krok w przód. To zabawne, wszystko, co mówisz brzmi dokładnie jak coś, co mówi się chwilę przed tym, jak zaczyna się wyliczać cudze ograniczenia punkt po punkcie. - Kącik ust drgnął mi minimalnie. - Brzmisz jak broszura informacyjna. Ładna, dopracowana, tylko trochę śliska w dotyku. - Przesunąłem ciężar ciała, nie cofając się ani o krok, bardziej z przekory niż z potrzeby.
- „Tolerancyjna i otwarta”. - Powtórzyłem, wolno, niemal uprzejmie, jakbym obracał w palcach kamyk, zanim nim rzucę. Uśmiech miałem krzywy, zbyt pewny siebie jak na kogoś, kto przed chwilą dostał po kostkach. - Jasne. Jasne. Tylko wiesz, gołąbeczki niby latają wszędzie, a i tak zawsze wracają do swojego gzymsiku, ale rozumiem, to pewnie ta elastyczność sytuacyjna, o której mówisz. - Wzruszyłem ramionami. - Ramy może i Cię nie interesują, ale linijkę trzymasz pewnie, przyznaj, że tak samo ochoczo pilnujesz, żeby nikt nie przestawił Ci klatki. Nie muszę cię nigdzie wsadzać, wystarczy mi, że sama co chwilę sprawdzasz, czy drzwiczki są zamknięte. - Wypowiedziałem to, jakby to była zupełnie normalna deklaracja, a nie próba wbicia jej kolejnego pazura.
- Mój instynkt? Jasne, bywa zawodny. Tak samo jak teorie ludzi, którzy „już coś widzieli”. Różnica jest taka, że ja biorę odpowiedzialność za błędy, zamiast chować się za cudzym doświadczeniem. Ty wolisz elegancko je cytować, to też wybór. - Przechyliłem głowę, spojrzenie miałem czujne, uparte. Jej metafory krążyły nad nami jak natrętne kruki, więc złapałem jedną w locie. - Teorie są świetne. - Przyznałem. - Do momentu, kiedy trzeba wyjść z klatki i przestać cytować podręczniki hodowli. Góry mają gdzieś wykresy i przypisy. Tu albo lecisz, albo spadasz. - Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem, spokojnie, bez pośpiechu. Parsknąłem znowu, tym razem już bez rozbawienia, raczej z tym suchym dźwiękiem, który pojawiał się wtedy, gdy ktoś właśnie dotknął nerwu i najpewniej doskonale o tym wiedział.
- Muszę przyznać, że masz bogatą awifaunę w głowie i bardzo wysokie mniemanie o własnym gołębniku. Gratuluję. - Kącik ust mi drgnął. - Tylko wiesz, co jest zabawne. Te najbardziej „oblegane gołębice” zwykle najgłośniej muszą o tym mówić. Reszta po prostu robi swoje i nie liczy ptaków w kolejce. Gołąbeczki, które naprawdę nie potrzebują niczego udowadniać, zwykle nie wygłaszają manifestów o tym, ilu chętnych czeka w rezerwie, one po prostu odlatują. Ty stoisz w kurniku i tłumaczysz mi, dlaczego powinienem przestać trzepotać w twoim polu widzenia. Tylko że im dłużej ćwierkasz o tym, jak bardzo nie potrzebujesz uwagi, tym wyraźniej słychać echo. - Głos mi stwardniał, chociaż nadal mówiłem równo. - Młode ptaszyny zawsze twierdzą, że nie interesuje ich pióropusz, a potem i tak najdłużej pamiętają tego jednego. - Zawiesiłem głos na moment, znacząco, jakby to była tylko definicja z podręcznika, który ktoś mi właśnie wciskał do ręki.
- A co do kamuflażu… - Dodałem ciszej. Zatrzymałem na niej spojrzenie, dłużej niż było to konieczne. - Nie, to nie mój sport, gdybym chciał się przed tobą kamuflować, już dawno bym to zrobił. Jeśli jeszcze tu stoję, to nie po to, żebyś mogła triumfalnie notować, że kolejny kogucik zapiał zgodnie z przewidywaniami. - Wyprostowałem się, jakby to był gest dobrej woli, odchyliłem się minimalnie, dając jej przestrzeń tylko na pokaz. - Jak na kogoś, kto „ma gdzieś mojego ptaka”, poświęcasz mu zadziwiająco dużo uwagi. Najwyraźniej liczysz mi piórka szybciej, niż ja zdążę je nastroszyć. Nie jesteś taka nieprzezroczysta, jak ci się wydaje. Pod tą elegancją i racjonalizacją aż furkocze. Możesz udawać, że nie, ale ja nie mam cierpliwości do aktorek. Lubię wiedzieć, z jakim gatunkiem mam do czynienia, zanim uznam, że w ogóle warto mu sypać ziarno. - Uśmiechnąłem się lekko. - Spokojnie. Nie mam zamiaru zaciągać cię do żadnego gniazda, przynajmniej nie bardziej, niż ty próbujesz udowodnić, że absolutnie, kompletnie i całkowicie nie masz na to ochoty. Ja tylko patrzę, jak sama krążysz wokół jednego, bardzo konkretnego karmnika. - Zawiesiłem na niej spojrzenie, dłużej niż trzeba, zupełnie niepotrzebnie. - Szczególnie, że mówisz o tym wszystkim z taką pewnością, jakbyś naprawdę często opuszczała ten swój sterylny gołębnik. A coś mi mówi, że to raczej rzadkie migracje. - Przyjrzałem jej się uważniej, bez pośpiechu, w końcu to była część tej samej gry, w której oboje udawaliśmy, że nie chodzi o to, co oczywiste.

Oddychałem głęboko, trochę za głośno, śmiesznie nierówno, jakbym dopiero uczył się z powrotem podstawowych funkcji organizmu. Przekręciłem się  tylko lekko, tak żeby było nam wygodniej, by ciężar rozkładał się sensownie, a nie na jednym zdrętwiałym biodrze, a potem na chwilę zamarłem w tej pozycji. Adrenalina jeszcze we mnie huczała, więc mówiłem szybciej niż zwykle, trochę za gładko, jakbym próbował zagadać własne łomoczące serce, to było jedyne, co w tej chwili potrafiłem zrobić, żeby nie myśleć o tym, jak blisko było. Leżeliśmy w śniegu, obolali, żywi, a ja gadałem chyba głównie po to, żeby nie dopuścić do tej jednej myśli, że naprawdę mogliśmy tam zostać, i że świat mógł nie być jeszcze do końca pewien, czy już nas puścić, czy dorzucić poprawkę. Zaśnieżony grunt skrzypiał pod moimi plecami, noc była absurdalnie cicha po tym całym huku.
Uniósłem brew, wyraźnie szczerze zaskoczony, a potem prychnąłem cicho, tym krótkim śmiechem, który pojawia się, kiedy ktoś właśnie przestrzelił założenie. Akurat w tym trafiła kulą obok tarczy.
- Świece? - Reagowałem szybciej, mówiłem więcej i lżej, niż od wielu miesięcy, nawet tego nie analizując, jakbym coś nadrabiał. Przesunąłem dłoń po ramieniu dziewczyny, odruchowo, bardziej uspokajająco niż bohatersko, jakby ciało samo wiedziało, że teraz trzeba trzymać, nie puszyć się. - O, tu bym cię zaskoczył. To jeden z podstawowych rekwizytów w mojej robocie, to chyba mówi wszystko, lubię, jak nie gasną przy pierwszym podmuchu wiatru. - Uśmiechnąłem się krzywo, trochę zbyt żywo, bo wciąż próbowałem odsunąć od nas obraz śniegu zsuwającego się z góry. - Nie jestem obozowym kucharzem, to już ustaliliśmy. Jestem klątwołamaczem. Mogę rozpalić kolację przy świecach nawet w środku niczego i nie byłby to nawet romantyczny gest, tylko odruch zawodowy. Ogień kontrolowany, wiesz, kręgi, runy, rytm, nie ten od przypalania ptaków. Pieczęcie, znaki, zamykanie rzeczy, które nie chcą być zamknięte. W połowie moich zleceń stoję po kostki w wosku. Gdybyś zobaczyła, ile ich noszę, zmieniłabyś zdanie, mam ich zawsze więcej, niż potrzebuję, więc tak, do kolacji też potrafię je zapalić. Nawet równo. - Parsknąłem cicho, tym razem już bez zadziorów, bardziej zmęczeniem niż drwiną. Leżeliśmy w śniegu jak po źle zaplanowanym pikniku i naprawdę ostatnią rzeczą, na jaką miałem siłę, było budowanie mitu o sobie.
- Z tym ratowaniem dam, to… Nie przesadzaj. - Dodałem. Pociągnąłem nosem, czując zimno i adrenalinę, parsknąłem cicho, bo inaczej chyba bym się roześmiał albo zaklął, a nie byłem pewien, co byłoby bardziej na miejscu po prawie-śmierci. - Nie robię tego, żeby ktoś nie mógł mi się oprzeć, do tego wystarczy mi pięć minut w normalnych warunkach, prawda jest prostsza. Katastrofy mają tę wadę, że robią z ludzi legendy na kredyt. To raczej niski próg przyzwoitości. Jak już ktoś wpada w kłopoty w mojej obecności, to głupio byłoby udawać, że mnie tam nie ma. Tyle. Reszta to marketing. - Mruknąłem, ironicznie miękko, jakby cały mój wcześniejszy pazur został gdzieś pod tą lawiną. Poprawiłem nas bardziej odruchowo niż świadomie, tak, żeby ona mogła normalnie oddychać, a ja żebym przestał czuć, jak jej serce waliło mi w gardło.
- Fakt, planowanie przyszłości po jednej lawinie brzmi jak przesada. - Dodałem, tonem niby żartobliwym, niby nie do końca, z tym udawanym luzem, który ledwo trzymał się kupy. - Ale umówmy się, byłoby strasznie słabe, gdybyśmy po czymś takim wrócili do cywilizacji, skinęli sobie głowami i poszli w swoje strony, jakby nic się nie wydarzyło. - Wskazałem brodą w mrok, z którego przyszliśmy. - Poza tym - urwałem, odchrząkując, jakby to była najpoważniejsza analiza świata - masz ewidentnie do czynienia z kimś, kto ma talent do wyciągania ludzi z zasp. Śnieżnych, błotnych, życiowych. Byłoby mało rozsądne pozbywać się mnie przed wiosną. - Stwierdziłem lżej, drocząc się już zupełnie jawnie. - Na wiosnę są kałuże. - Ciągnąłem tonem quasi-wykładowym. - Też zdradliwe, potrafią być głębokie. Latem przedzieranie się przez pokrzywy, jesienią przez liście. Zimą już wiesz, cały rok pełen pułapek, patrząc logicznie, jestem wyborem podręcznikowym. Całorocznym. - Parsknąłem cicho, bo brzmiało to absurdalnie nawet dla mnie. - Zwłaszcza że czeka nas dłuższy spacer, a ja znam siebie. Potrafię być czarujący, da się we mnie zakochać, podobno. Przynajmniej na krótko, na odcinku od punktu A do punktu B. To wada zawodowa. Tragiczna sprawa, naprawdę. - Mrugnąłem, nawet jeśli mogła tego nie zobaczyć, bardziej po to, żeby odgonić obraz śniegu zsuwającego się nad nami, niż żeby naprawdę ją rozbawić. Leżeliśmy nadal blisko, za blisko jak na ludzi, którzy dopiero co się kłócili, i dokładnie wystarczająco blisko jak na tych, którzy prawie umarli razem. Odsunąć się teraz byłoby… Dziwnie.
Pochyliłem się nieco bliżej, głos obniżyłem do półszeptu, kumpelskiego, konspiracyjnego, mówiłem dalej, bardziej żeby utrzymać nas oboje w tym „tu i teraz”, niż dlatego, że wierzyłem we własne słowa.
- W sekrecie ci powiem, że w tym kurniku jest mnóstwo ptasich móżdżków, które tylko stroszą piórka, gdaczą, a w praktyce niewiele potrafią. Na ich tle wypadam naprawdę dobrze. Musisz mi na razie zaufać na słowo, bo jeszcze nie miałaś okazji sprawdzić empirycznie, ale… No, statystyki są po mojej stronie. - Wzruszyłem ramionami, nadal bardziej koleżeńsko niż zaczepnie. Odchyliłem głowę na śnieg, wpatrując się w niebo, gwiazdy wciąż wydawały się zbyt ostre. - Właściwie to, dobra. - Mruknąłem jeszcze, z tym suchym humorem, który przychodzi tylko po prawie-śmierci. - Oficjalnie zmieniam teorię. To nie był kurnik. To była kolonia lęgowa dla idiotów z ambicjami. - Nie zwróciłem uwagi na dobór słownictwa i na to, co powiedziałem między słowami - „była”, nie „jest”, ale przecież oboje wiedzieliśmy, że tam już nie wrócimy, bo nie było, do czego wracać, musieliśmy udać się w kierunku cywilizacji, tak mieliśmy większe szanse, niż czekając na to, kiedy ktoś z zewnątrz zauważy zniknięcie jednego obozu w samym środku dziczy.
- Jesteś inteligentna i zachowawcza. Jeśli faktycznie planujesz karierę w terenie, to jasne posunięcie. Doświadczony, zabawny, inteligentny, przystojny, lojalny facet stanu wolnego, bez zobowiązań, bez dzieci w siedmiu portach, to całkiem sensowne wsparcie. Mogę ręczyć słowem. - Uniosłem brew. - A że dobry w łóżku, długie ręce, długie nogi, długie… I umie cię ogrzać w każdych warunkach cywilizacyjnych… To już tylko miły dodatek. Nie pamiętam, czy wspominałem, że równie inteligentny, co atrakcyjny fizycznie. - Westchnąłem teatralnie. Zerknąłem na nią z dołu, nawet jeśli widziałem głównie zarys. - Patrząc na dzisiejszy wieczór, to zestaw całkiem… Kompatybilny z twoimi potrzebami. Przynajmniej w sytuacjach granicznych. - Uśmiechnąłem się krzywo, spojrzeniem uciekając w gwiazdy, bo łatwiej było żartować niż przyznać, że serce wciąż waliło jak oszalałe. - Wiesz, po czymś takim człowiek zaczyna być bardzo liberalny w kwestii klasyfikacji. - Głos miałem lżejszy, ironiczny, ale podszyty czymś niepokojącym. Parowało nam z ust, gwiazdy wyglądały jakby były bliżej niż zwykle, a ja miałem wrażenie, że mój mózg wciąż próbował nadrobić fakt, że jeszcze chwilę temu mógł przestać działać na zawsze. - Bywam wkurwiający, to fakt. Ty też. Wychodzimy na zero. Poza tym duży ptak, który potrafi naładować baterie w każdych warunkach cywilizacyjnych i fakt, że właśnie żyjemy, bardzo pomagają wybaczać mi okazjonalne zachowywanie się jak… Jak to było? Rozemocjonowana nastolatka. - Śnieg skrzypiał pod moimi plecami, oddech miałem głośniejszy niż zwykle, serce waliło jak oszalałe, a mimo to parsknąłem krótkim śmiechem, zanim zdążyłem się ugryźć w język.
- Wiesz co, przyznaję, trochę poniosła mnie wyobraźnia. Prawie-śmierć ma to do siebie, że nagle wszystko przyspiesza, to ponoć klasyczny objaw. Trauma, adrenalina, mózg robi skróty. Spokojnie. Nie mówię o gnieździe, patykach i wspólnym wysiadywaniu jaj. Raczej… Chwilowym zawieszeniu migracji. - Mruknąłem ironicznie, kręcąc głową i patrząc gdzieś w nocne niebo. - Jedna katastrofa rocznie brzmi jak bardzo rozsądny plan. Podpisuję się obiema łapami i jednym skrzydłem. - Jej zgoda zabrzmiała jak rozejm - oparła się wygodniej, a ja odruchowo objąłem ją ramionami, tak, żeby mogła oddychać, żeby śnieg nie wpychał się między nas, było w tym coś z desperackiej czułości, tej, która pojawia się tylko wtedy, gdy statystyka prawie się domknęła.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słuchając jej głosu, już mniej drżącego, to było kojące, jak powrót pulsu do normalnego rytmu. Poruszyłem ramieniem, nieświadomie przyciągając ją jeszcze odrobinę bliżej, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie.
- Myszołów. - Powiedziałem po chwili. Oparłem brodę o jej włosy, ostrożnie, tak żeby wciąż mogła swobodnie oddychać, chociaż nie do końca orientowałem się w tym, co robiłem, to był autopilot. Śnieg skrzypiał pod nami, noc była nienaturalnie cicha, bycie obok kogoś wydawało się najlepszym rozwiązaniem. - Wolałbym myszołowa niż sokoła. Mniej efektowny, za to uparty i długodystansowy. A sójki i myszołowy… - Zamyśliłem się na chwilę, patrząc w gwiazdy nad nami. - Potrafią się kręcić wokół siebie latami, podkradać sobie przestrzeń, obserwować się z drzew, naśladować swoje dźwięki. Jedna kradnie błyskotki i wszystko zapamiętuje, drugi nurkuje bez zastanowienia. To by nawet pasowało. - Przesunąłem dłonią po jej plecach, bardziej uspokajająco niż śmiało. - Albo możemy to uprościć. - Rzuciłem lżej. - Kruk i wrona. To brzmi jak rozwiązanie pośrednie, pasujące do tej całej naszej narracji. - Przesunąłem ramię tak, żeby było jej wygodniej, ciepło między nami robiło się coraz bardziej oczywiste.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#23
22.12.2025, 23:34  ✶  

łatwo było odnaleźć się w tej rozmowie, zbyt łatwo. Być może to miejsce robiło swoje i świadomość, że raczej nie spotyka się tutaj kogoś kto nadawał na podobnych falach, bo przecież nie było tu zbyt wielu ludzi, ale rozmowa z nim płynęła, tak po prostu, jakby nie było nic bardziej oczywistego. Czasem tak się zdarzało, że udawało się z kimś kliknąć niemalże od razu i miała wrażenie, że to był właśnie ten moment. Co właściwie szkodziło temu, aby rozmowę zamienili w gesty, chociaż na moment, na chwilę, której nikt im nie mógł odebrać. Na pewno warto byłoby kiedyś wrócić do tych wspomnień, może nawet za kilkadziesiąt lat, tylko po to, aby uśmiechnąć się do siebie na tę myśl, że kiedyś postępowało się nie do końca rozsądnie, a jej nie zdarzało się to zbyt często, cóż - na pewno ten rodzaj dyskusji też był dla niej wyjątkowy, nie udawała nawet, że nie jest. Zaangażowała się w nią ogromnie, odbijała piłeczkę, równała tempo i to było naprawdę ciekawym doświadczeniem, powodowało, że chciała sięgnąć po więcej, zobaczyć, czy były im przewidziane inne, równie interesujące doświadczenia, właściwie to zdążyli się już na nie umówić, gdzieś między słowami, korzystając z momentu.

Później, bardzo szybko zmienili narrację, nie spodziewała się nawet, że jest to możliwe, jak widać jednak wystarczyła drobna iskra, aby doszło między nimi do spięcia. Tak to jest, kiedy trafia kosa na kamień. Wystarczyło jedno słowo, nieodpowiedni ton głosu i pękło, żadne z nich nie chciało odpuścić, co mówiło samo za siebie, byli do siebie bardziej podobni niż mogli zakładać, mimo, że wydawali się pochodzić z zupełnie różnych światów, najwyraźniej każde zamierzało udowodnić swoją rację, co na pewno miało skończyć się ciekawie.

- Bo nie mieścisz się w normie, przez co trudno jest Cię sklasyfikować, a ja lubię klasyfikację. - Niby zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre zachowania zależały od sytuacji, ale jednak klasyfikacja ułatwiała jej przewidywanie, dzięki niej mogła wiedzieć, czego powinna się spodziewać, on był zbyt elastyczny, zbytnio lawirował między jednym a drugim, co powodowało, że nie mogła mieć żadnego punktu odniesienia - tylko musiała być gotowa na wszystko.

- Nikt nie próbuje Cię nigdzie ustawiać, i tak nie dałoby się tego zrobić, bo jesteś za bardzo taki... - Machnęła przy tym ręką próbując nakreślić, co oznacza "taki, bo chyba nieco brakowało jej słów, aby jakoś konkretniej to w nie ubrać.

- Obrazki wyciągam tylko w ostateczności, możesz tego nie wiedzieć, masz prawo tego nie wiedzieć, bo przestałeś nadążać, ale to nic nowego. - Dodała jeszcze, żeby odrobinę go sprowokować, bo nadążał aż za bardzo ten jeden moment, to była jedyna sytuacja, w której coś mu nie wyszło, przegapił tę bardzo prostą wcale nie tajemną wiedzę o tym, że był punkt, który pominęła, bo dla niej wydawał się oczywisty.

- Niby kwestia warunków bytowych, ale zawsze jest coś głębiej, coś poza nimi, w końcu musisz być kimś poza tym do czego się dostosowujesz. - Jasne, mógł próbować być elastyczny, starać się odnajdywać w każdych warunkach, ale zawsze kryło się coś głębiej, i to ją zawsze najbardziej obchodziło, nie próby dostosowywania się. Nie chodziło o maski, które zakładał.

- Lubię sprawdzać granice, muszę przygotować się do wyliczania mankamentów, a najlepiej jest to robić poprzez własne doświadczenie. - Nie powinna mu tłumaczyć swoich metod działania, ale to robiła, fakt, Prue nie do końca zachowywała się jak typowy teoretyk, ale zawsze uważała to za swoją przewagę. Sprawdzała to, w jaki sposób zachowują się inni - wynosiła z tego wiele.

- Z przestawieniem nie mam problemu, ale pilnuję, aby nie wszedł do niej kto popadnie. - Skoro już o to zapytał... cóż widział, jak się zachowywała, niby próbowała sprawdzać, przekraczać granice, ale potrzebowała swojego bezpiecznego azylu, którego nikt nie mógł przekraczać.

- Gdybym nie chciała wyjść z klatki, to bym się tutaj nie znalazła, jak widzisz nie boję się spaść, ani polecieć, tylko mam nieco inne metody działania, my mamy, to od początku nie mogło się udać. - Znajdowali się po dwóch stronach barykady, każde zawzięte, każde widziało tylko swoje racje, dobrze, że dość szybko to zweryfikowali.

- Widzę, że masz doświadczenie z młodymi gołąbeczkami, może nawet większe, niż zakładałam, stąd ta twoja pewność siebie, gorzej jak źle trafiłeś z oceną gatunku, wtedy może się to wszystko trochę zacząć sypać. - Wydawało mu się, iż wie o niej wszystko, o metodach jej działania, o tym, czego chce, ale to było niekoniecznie prawdziwe, być może miał do czynienia z kimś jej podobnym, ale wiedziała, że na pewno nie miał szansy trafić na taki egzemplarz.

- To właściwie w jakim celu tutaj przede mną stoisz, chcesz coś udowodnić mi, czy sobie? bo wygląda to trochę dwuznacznie, może nawet tak, jakbyś chciał zapiać, bo gdyby tak nie było to po co poświęcałbyś mi swój czas? Masz trochę gorzej - ja mam pełen karmnik, a Ty co? Nic. - Nie mogła przestać, nie umiała się hamować, okropnie łatwo przychodziło jej zaangażowanie w tę konwersację.

- To może być Twoją stratą, niektóre gatunki lubią się kamuflować, zresztą nigdy nie mówiłam, że jestem przezroczysta, to Ty stwierdziłeś, że jestem gołębicą, więc nadal wierz w tę wersję, może dzięki temu zaśniesz spokojniejszy, gdybyś trafił to wcale nie musiałbyś spać, to był Twój wybór, koguciku... - Nie mogła powstrzymać się przed kolejnym komentarzem, nadal w to brnęła, chociaż wiedziała, że nie przyniesie to niczego dobrego.

- Trudno abym nie krążyła, skoro ten karmnik stoi przede mną, nie mam nawet szansy sprawdzić, jak wyglądają inne. - Tak naprawdę to nawet nie chciała tego robić, trafił się jeden, jeden jedyny który w jakikolwiek sposób ją zainteresował, który wzbudzał jej emocje, to jej wystarczało, nie potrzebowała więcej wrażeń.


Później nastąpiła katastrofa, która odsunęła gdzieś w czasie i przestrzeni ich kłótnię, zamiast tego przyniosła śniegi i walkę o życie, naprawdę niesamowita zamiana okoliczności, wystarczyła, aby podejście Prudence stało się bardziej łagodne, tak naprawdę to chyba nic innego nie mogło spowodować, aby zmieniło się aż tak.

Gadanie było bardzo dobrą metodą na to, aby zapomnieć o tym, że przed chwilą prawie wyzionęli ducha, nawet ona uznawała to za słuszne, mimo tego, że raczej nie należała do szczególnie rozmownych osób. Co innego im pozostawało? Musieli jakoś odnaleźć się w rzeczywistości.

- O to, jest całkiem ciekawe, bo świece są jednym z przedmiotów, które pozwalają mi analizować. - Nie nazywała jeszcze rzeczy po imieniu, był całkiem bystry, w którymś momencie powinien się domyślić w jaki sposób mogła z nich korzystać. - Też bardzo je lubię, ale służą mi w nieco inny sposób, raczej wypuszczają to, co chciało zostać zatrzymane, pomagają znaleźć przesłanie, chyba znowu nieco się różnimy podejściem. - Skoro on zamykał wszystko w kręgu, to zdecydowanie o tym świadczyło, ona starała się dotrzeć do wspomnień, chwil, momentów, tak czy siak jednak świecie były poniekąd elementem wspólnym, mogła się skusić na kolację przy nich, bez względu na to, co miała ze sobą nieść.

Poczuła dłoń przesuwającą się na jej ramieniu, to było całkiem przyjemne, przypominało o tym, że nie była tutaj zupełnie sama, że ich los się splątał, dzięki czemu mogła przeżyć tę noc. Nie uciekała od dotyku, nie było to konieczne, wręcz przeciwnie, nieco się do niego przysunęła, aby ułożyć się jeszcze bardziej wygodniej.

Zaśmiała się, kiedy usłyszała jego kolejne słowa, był bardzo pewny siebie, w tej chwili zupełnie jej to nie przeszkadzało. - Czyli normalnie nie potrzebujesz katastrof, aby kogoś zauroczyć, całkiem proste, jeśli jednak nadarza się ku temu okazja, to jej nie omijasz. - Niby całkiem jasno stwierdził, że nie musiał tego robić, ale Prue wiedziała swoje, wyciąganie pomocnej dłoni mogło być dużo bardziej skuteczne niż jego normalne, zwyczajne flirty, bo tego nie dało się zapomnieć, czego by nie mówił, nie dało się wyprzeć z pamięci tego, że pochylił się nad czyimś losem.

- Całkiem nieźle idzie Ci autopromocja, naprawdę, musiałabym zweryfikować to wszystko, wiesz, nie jestem taka łatwowierna, fakt wspólne brodzenie w śniegu mamy już za sobą, ale nie mogę mieć pewności, że tak doskonale radzisz sobie z innymi warunkami, być może trzeba to sprawdzić, później będę mogła Ci wystawić referencje. - Nie wątpiła w to, że ze wszystkim poradziłby sobie doskonale, skoro udało mu się przetrwać najgorszy moment, nie byłaby jednak sobą, gdyby nie negowała jego słów, oczywiście, że zasugerowała, że mogłaby to sprawdzić, była gotowa poświęcić się dla tego drobnego eksperymentu.

- Stawiasz mnie trochę pod ścianą, wiesz? czeka nasz dłuższy spacer, nie mogę z niego zrezygnować, chociaż bym chciała, nie wiem, czy to jest do końca fair... - Oczywiście, że było po tym, co razem przeżyli, nie zamierzała jednak tak łatwo wpaść w jego sidła, chociaż, czy aby na pewno, już dawno do tego doszło.

- Na szczęście jestem wyjątkowo oporna na uroki, to nie powinno się przydarzyć. - Nie łatwo było sobie owinąć ją wokół palca, on powoli to robił, naprawdę przekonywał ją do swojej osoby, chociaż starała się nie pokazywać, że tak było.

Zbliżył nieco swoją twarz do jej, mówił tak, jakby był naprawdę pewien tej opinii, trudno jej ją było negować, zwłaszcza, że nie miała szansy przekonać się o całej reszcie zawartości kurnika, inni byli na przegranej pozycji, musieli jej to wybaczyć.

- Tak, masz rację, przez co znajdujesz się na prowadzeniu, Twoje argumenty działają, chyba nie da się już wybrać lepszego kurnika. - Poniekąd też nie było to raczej możliwe, bo tak jak zauważył, wszystko trafił szlag, byli tylko oni, nie mieli nawet pewności, że ktoś poza nimi przetrwał tę noc.

- Czyli jak, jesteśmy wkurwiający, ale da się na to przymknąć oko, zważając na inne zalety? - Nie mogła się nadziwić temu, jak lekko przychodziła mu ta reklama, gdy tak o tym wspominał, faktycznie brzmiał jak idealny wybór na chwilę, wiedziała, że próbuje rozładować atmosferę, która była dość ciężka po tym, co im się przytrafiło, udawało mu się to całkiem nieźle.

- Strasznie dużo gadasz, wiesz? To też odrobinę wkurwiające. - Próbowała się skupić na konkretnych słowach, ale on nie przestawał, dalej płynął, dalej miał coś do powiedzenia, kiedy ona jeszcze przed chwilą walczyła o życie, przez co trudno było jej się skupić na rzeczywistości.

- Możemy to sprawdzić wiesz, czy zadziała, ale musisz mówić mniej, wtedy powinno być w porządku, a i na pewno się w Tobie nie zakocham, bo nie chcę mieć złamanego serca. - Dodała jeszcze, bo wcześniej wspomniał o tym, że niby łatwo się to dało zrobić, ale wolała tego nie sprawdzać, mogła jednak zobaczyć jak to jest być blisko chociaż na chwilę, bo w sumie już trochę to sprawdzała, leżąc przy nim na tym zimnym śniegu.

- Chwilowe zawieszenie w migracji brzmi w porządku, gniazdo to jednak jeszcze nie ten etap, może kiedyś, gdzieś daleko stąd. - Zrozumiała do czego zmierza, i wydawało jej się to całkiem w porządku. Chwilowy układ, który miał pomóc im przetrwać trudny czas, zasługiwali na to, bo los postanowił splątać ich drogi ze sobą i pozwolił im przetrwać razem tę katastrofę, faktycznie słabo byłoby się teraz rozejść każde w swoją stronę.

- To mamy układ, całkiem rozsądny. - Naprawdę nie zamierzała dopuścić do tego, aby przytrafiła im się kolejna katastrofa - jakby w ogóle miała na to jakiś wpływ.

- Jeśli wolisz myszołowa, to będzie myszołów. Myszołów i sójka brzmią chyba lepiej od kruka i wrony. W sensie tak mi się wydaje, kruk i wrona są często ze sobą mylone, te łatwiej rozpoznać. - Prue nie była, aż takim specjalistą od ornitologii, jak jej się wydawało. - To może mieć sens, gdy mówisz o tym w ten sposób, sójka i myszołów, ale teraz faktycznie czekają nas lata krążenia wokół siebie, nie wiem jak sobie z tym poradzimy. - Okropnie łatwo przyszło im mówić o czymś więcej, niż dzień, czy miesiąc, i gdy czuła jego ciepło pod swoim ciałem, wcale nie wydawało jej się to niewłaściwe.

- Nie upraszczajmy niczego, komplikacje nie są wcale takie złe. - Dodała jeszcze przysuwając się bliżej, co było całkiem proste, bo znajdowała się nad nim i to ona rozporządzała ich wspólną przestrzenią.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#24
23.12.2025, 14:24  ✶  
Stałem prosto, z ogniem za plecami i tym irytującym poczuciem, że rozmowa przyspiesza szybciej, niż powinienem na to pozwalać. To było dziwne, drażniące i przyjemne jednocześnie, jak rozciąganie mięśni, których dawno się nie używało, bez cienia wątpliwości było między nami miejsce na słowa, na ironię, na to drobne przeciąganie liny, podobało mi się to bardziej, niż mógłbym przyznać.
- Rozumiem, lubisz szufladki. Świat jest wtedy mniejszy, bardziej przewidywalny, daje poczucie kontroli. - Uniosłem lekko głowę, jakbym przyjmował do wiadomości coś, co już dawno podejrzewałem. Kiwnąłem, uznając punkt, choć nie zamierzałem się cofać. - Ja z kolei lubię, kiedy się z nich wysypuje zawartość. - Wzruszyłem ramionami. - Bo widzisz, problem z „normą” polega na tym, że zwykle opisuje coś martwego, spreparowanego, a ja mam alergię na formalinę. - Parsknąłem cicho, bardziej z niedowierzaniem niż z irytacją, to był ten moment przed burzą, kiedy jeszcze wszystko iskrzyło, ale nikt nie spodziewał się, że zaraz poleci grad. - Nie mieszczę się, bo nie próbuję, nie za bardzo nadaję się do gabloty. - Dodałem, wszystko było ostrzejsze, lżejsze jednocześnie, jakby świat dawał nam kredyt na bezczelność.
Słuchałem jej uważnie, z tym skupieniem, które zwykle zostawiałem na momenty, kiedy ktoś naprawdę próbował mnie rozebrać na części pierwsze, a nie tylko wygrać rozmowę. Ona machnęła ręką, więc odbiłem piłeczkę bez zwłoki, zrobiło się szybciej, słowo na słowo.
- Nie ustawiasz mnie, jasne. - Prześmiewczy ton wślizgnął się sam. Mówiła gładko, z przekonaniem, jakby każda kolejna linia była już wcześniej przećwiczona, a ja byłem kolejnym przypadkiem do sprawdzenia w terenie. - Tylko próbujesz mnie przypiąć do tablicy korkowej, bo jednocześnie aż skręca cię potrzeba, żeby mnie jednak jakoś nazwać. A ja nie jestem motylkiem. Prędzej czymś, co wyrywa szpilkę i ucieka przez okno. - Pauza, krótka, napięta. Kosa i kamień, dwa twarde materiały - iskry nie brały się znikąd. - To adaptacja w najprostszej formie. - Ciągnąłem, ostrzej, ale z błyskiem rozbawienia. - „Taki” to zresztą moja ulubiona kategoria, dziękuję bardzo. - Podchwyciłem natychmiast. To było… Interesujące. I drażniące. - Bardzo pojemna. Zwykle trafiają do niej rzeczy, które są niewygodne, ale ciekawe. Albo ludzie, których nie da się przewidzieć na trzy ruchy do przodu. - Spojrzałem na nią uważniej, z tym samym niepokojącym zainteresowaniem, które pojawiło się między słowami dużo wcześniej, bo jeszcze nie zdecydowałem, czy pozwolić sobie na obrót na pięcie i odejście, czy kopnąć stół i patrzeć, jak notatki lecą na ziemię. - Może po prostu twoja skala nie obejmuje wszystkiego. I to nie jest mój problem. - Wzruszyłem ramionami, z tym półuśmiechem, który mówił „nie biorę tego do siebie”, chociaż brałem aż za bardzo. - Nie jestem z tych, co dobrze znoszą klatki, nawet te eleganckie. Ja z tym akurat potrafię żyć. - Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą, ogień trzaskał, a rozmowa zaczynała przypominać napiętą linię lotu nad stromo ukształtowaną doliną.
Deklaracja, że „od początku nie mogło się udać”, trafiła we mnie jak kamień rzucony zbyt wcześnie - nie zabolało, ale obudziło przekorę.
- To zabawne - nie zaprzeczyłem, nie zaśmiałem się nawet - mówisz o lataniu i o gotowości na upadek, a jednocześnie ogłaszasz porażkę, zanim cokolwiek faktycznie się wydarzyło. Brzmi mniej jak odwaga, a bardziej jak zabezpieczenie wyniku. - Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem, bo to kolejne zdanie trafiło dokładnie tam, gdzie nie powinno, a ja nie miałem zamiaru udawać, że tego nie poczułem. Gotowałem się pod skórą, ale na zewnątrz pozwoliłem sobie tylko na krzywy uśmiech, ten, który pojawiał się zawsze, kiedy ktoś próbował mnie przyszpilić.
- Doświadczenie? Owszem. Z ptakami, które udawały delikatne, a potrafiły dziobać do krwi. Dlatego w przeciwieństwie do ciebie wolę wiedzieć, kto naprawdę siada na żerdzi, zamiast liczyć skrzydła w tłumie. - Odparłem bez pośpiechu, uśmiech wrócił, tym razem ostrzejszy. Oparłem się ciężarem na pięcie, bliżej ognia, jakbym chciał zaznaczyć przestrzeń, a nie ją skrócić. - Nie stoję tu, żeby piać. Ani przed tobą, ani przed sobą. - Zaprzeczyłem, po raz kolejny wzruszywszy ramionami, w moim tonie wciąż była zaczepka. - Stoję, bo rozmowa jest ciekawsza niż większość rzeczy, które oferuje ten karmnik. Rzadko trafia się ktoś, kto potrafi krążyć tak blisko, nie próbując od razu usiąść na grzędzie. To przyciąga uwagę, nawet jeśli człowiek nie planował jej nikomu poświęcać. - „Kogucik”. No jasne. - Dzięki za troskę o mój spokojny sen. - Powiedziałem sucho, z cieniem ironii. - Zawsze miło wiedzieć, że ktoś tak uważnie analizuje moje nocne perspektywy. - Parsknąłem krótko i skinąłem głową, jakby właśnie odhaczyła jakiś punkt na liście. - Pełny karmnik to jeszcze nie dowód życiowego powodzenia, brzmi dumnie, dopóki nie zajrzysz bliżej. Czasem to tylko znak, że ktoś sypie ziarno byle komu. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, bo właśnie potwierdziła coś, co i tak już chyba wiedziałem o kobietach w takich miejscach, chociaż miałem naiwną nadzieję, że nie dotyczyło to każdej, najwyraźniej moje instynkty wyjątkowo mocno dziś szwankowały. - Ja wolę mieć pusto i wybrednie niż tłoczno i bez smaku. Serio. Nie mam w zwyczaju połykać komentarzy tylko dlatego, że kogoś drażni bezpośredniość. Jak to ma cię razić, to masz rację, zmarnowalibyśmy sobie czas. W takich warunkach wolę wrócić do namiotu i zająć się sobą, niż udawać, że to prowadzi dokądkolwiek sensownego. - Spojrzałem na nią spod rzęs, po czym uniosłem ramiona w teatralnie bezradnym, ale w pewnym sensie szczerym geście, bez cienia zażenowania i skruchy. - Jeśli mam wybierać między byciem kolejnym ptakiem w czyimś mentalnym rejestrze a świętym spokojem… To wolę sobie zwalić i iść spać. Sam ze sobą nie muszę negocjować granic, nie muszę zgadywać gatunku ani udawać, że chodzi o coś innego. To nie ujma na honorze. Za to trochę gorzej znoszę hipokryzję. - Uniosłem kącik ust w czymś, co było bardziej ironią niż uśmiechem. - Ujmą jest pakowanie się w cudze gniazda i nazywanie tego „wolnością”. Połowa tych ptaków, które tak chętnie liczysz, ma już obrączki na łapach. Jedne błyszczą bardziej, inne są sprytnie schowane, ale nadal tam są. To dopiero ryzykowny inwentarz. Jeśli natomiast masz to rzeczywiście tak kompletnie w dupie, jak sugerujesz, to życzę powodzenia i dobrej zabawy. Tym bardziej się nie dogadamy. - Odwróciłem lekko głowę, sprawdzając obóz za jej plecami, jakby sprawa była zamknięta. Miałem sporo za uszami, nie dało się ukryć, nawet na samym początku tej nocy umówiłem się z nią na coś bez zadawania zbędnych pytań o jej status, najwyraźniej bardzo debilnie zakładając, że nie musiałem… No, cóż, przynajmniej wiedziałem, kiedy odlecieć, zanim ktoś zacznie mnie traktować jak rezerwowe piórko w cudzym ogonie.

Katastrofa zrobiła z nas dwoje ludzi, którzy nie mieli już siły na ciąg dalszy wojny, zostało coś cichszego, miększego, podszytego świadomością, że przed chwilą los mógł nas zwyczajnie wykreślić. Kiedy przesunąłem dłoń na jej ramieniu, zrobiłem to odruchowo, bardziej jak sprawdzenie, czy nadal tu ze mną mentalnie była, niż jakikolwiek gest zaplanowany. Poczułem, że się nie odsunęła, wręcz przeciwnie, przysunęła się bliżej, ciężar jej ciała ułożył się pewniej, a ja zorientowałem się, że wstrzymany wcześniej oddech w końcu ze mnie schodzi.
- Wiesz, to nie jest aż tak sprzeczne, jak brzmi. Krąg bez rdzenia jest pusty, a rdzeń bez granicy potrafi zeżreć wszystko dookoła. Różne metody, ten sam ogień. Efekt bywa podobny. Coś się odsłania, coś przestaje drapać od środka, w obu przypadkach wystarczy światło, żeby zobaczyć, z czym się właściwie siedzi przy stole. -  Odchyliłem głowę, patrząc w niebo nad nami. - Świece i tak robią swoje, niezależnie od naszych teorii, dają punkt zaczepienia, a punkt zaczepienia, jak się już okazało, potrafi uratować życie. - Zamilkłem na chwilę, dalej spoglądając gdzieś w górską ciemność. - Czasem dobrze jest po prostu mieć światło, kiedy noc robi się zbyt gęsta.
W myślach wiedziałem swoje - ratowanie kogoś zostawia ślad. Widziałem to już wcześniej, u innych, u siebie też, nie było w tym czystej kalkulacji, raczej instynkt - kiedy pochylasz się nad czyimś losem, przestajesz być anonimowy, nawet jeśli bardzo byś chciał. Zamknąłem na chwilę oczy, wsłuchując się w jej oddech i w noc dookoła. Ciepło drugiego człowieka było zaskakująco skuteczne w przywracaniu poczucia, że świat znów ma stałe krawędzie.
Parsknąłem cicho, kiedy wspomniała o autopromocji. Adrenalina wciąż krążyła mi pod skórą, nie miała gdzie ujść, więc pozwalałem tej nadwymiarowej energii rozlewać się w słowach. Gdybym przestał mówić, przestał żartować, wszystko by do mnie wróciło naraz - śnieg, lodowaty, duszący ciężar lawiny, moment, w którym ciało decydowało szybciej niż głowa, chwile tuż przed umknięciem kostusze. Wbrew pozorom - nie byłem na to aż tak odporny, jak chciałbym być, wciąż mną to wstrząsnęło.
- Śnieg zrobił nam tę uprzejmość i pominął kilka etapów. - Powiedziałem lekko, wzruszając ramieniem, choć moja dłoń nadal spoczywała na jej barku. - Niegrzecznie byłoby tego nie wykorzystać. W końcu nie codziennie los robi tak nachalną prezentację. - Dorzuciłem z udawaną nonszalancją.
Leżeliśmy w śniegu, a ja czułem jej ciężar na sobie, realny, ciepły, przypominający, że to nie był sen. Ramię bolało, plecy piekły od zimna, ale nie poruszyłem się ani o centymetr, bo w tym momencie stabilność była walutą cenniejszą niż komfort. Czułem, jak napięcie wreszcie zaczyna się we mnie rozplątywać, każdy jej komentarz w odpowiedzi był kolejnym supełkiem puszczonym bez bólu. Nie było w tym żadnej wielkiej deklaracji, żadnego patosu. Był dialog - ludzki, prosty, uczciwy, wystarczający po tym, co nas przed chwilą niemal zmiażdżyło, gadanie było liną ratunkową, na której oboje wisieliśmy.
Słuchałem jej słów jak czegoś, co przychodzi z opóźnieniem, jak echo po huku lawiny - dotarły do mnie przez ten szum, miękko, ale celnie, „pod ścianą”, „dłuższy spacer”, „nie do końca fair” - oczywiście że stawiałem ją pod ścianą, ściany dziś miały tendencję do pojawiania się nagle.
Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bardziej do siebie niż do niej. Dopiero potem odchyliłem głowę na bok, żeby móc spojrzeć na nią lepiej, choć półmrok wciąż robił swoje.
- To zabawne ujęcie, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwilę temu ścianą była góra, która próbowała nas zabić. - Świat dopiero wracał na swoje miejsce, a ja mówiłem szybciej, niż zwykle myślałem, bo cisza po lawinie była gorsza niż hałas. - Pod ścianą to ja zwykle stawiam się sam. - Dorzuciłem lekko, jakby to była błahostka. - Ten spacer i tak by się wydarzył. Po czymś takim nie da się po prostu odwrócić i pójść w swoją stronę, nawet jeśli bardzo się chce. Fair czy nie fair nie ma tu wiele do gadania.Zawsze jest fair, na ile się da, Cindy Lou. - Mruknąłem spokojnie, nie próbując się podnosić, jakby to, że wciąż leżała częściowo na mnie, było najnaturalniejszą rzeczą na świecie. - Po tym, co właśnie zrobiliśmy ze statystykami przeżywalności, uczciwość nagle bardzo zmienia definicję. - Przeciągnąłem dłonią po własnym udzie, strzepując z niego śnieg, bardziej nerwowo niż chciałem - palce miałem jeszcze sztywne, lekko drżące, więc zacisnąłem je na chwilę w pięść, jakbym sprawdzał, czy nadal mam nad nimi kontrolę, potem rozluźniłem uścisk.
Kiedy mówiła o swojej odporności, przechyliłem głowę, jakbym ją oceniał pod innym kątem, kącik ust uniósł mi się krzywo - ten uśmiech pojawiał się zawsze, gdy coś mnie bawiło i intrygowało jednocześnie, i - cóż - w setkach, jeśli nie tysiącach innych okoliczności też, był najbardziej naturalny ze wszystkich moich wyrazów twarzy.
- Poza tym „łatwo się we mnie zakochać” to nie jest obietnica, raczej ostrzeżenie. Z gatunku tych, które się ignoruje, bo brzmią zbyt pewnie siebie. A potem człowiek udaje, że nic się nie stało. Ja tylko… Informuję o możliwościach. - Parsknąłem, krótko, niemal bezgłośnie. Spojrzenie zatrzymałem na niej na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne.
Wciągnąłem powietrze głębiej, potem wypuściłem je powoli przez nos, jakbym próbował się uspokoić, nie całkiem skutecznie, serce nadal waliło mi jak młot.
Uniosłem brew, kiedy to przyznała mi rację, a potem zaśmiałem się krótko, pod nosem - ten śmiech był szczery, trochę zmęczony, trochę rozbawiony faktem, że leżeliśmy na śniegu po prawie-śmierci i prowadziliśmy rozmowę, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
- „Na prowadzeniu” brzmi podejrzanie oficjalnie. W takich warunkach to już sukces sam w sobie. Kurnik bez dachu, śnieg zamiast grzędy, a i tak ktoś dostaje punkty. Wezmę to. - Rzuciłem, kręcąc głową. Przez chwilę pozwoliłem sobie na ten drobny, zupełnie niepotrzebny triumf - nie dlatego, że coś wygrałem. Raczej dlatego, że ona wciąż tu była, oparta o mnie, żywa, ciepła wbrew całej tej białej pustce, ja też tu byłem, to wystarczało.
- Tak. Jesteśmy. - Przyznałem bez oporu. - Wkurwiający, ale funkcjonalni. - Powiedziałem z naciskiem. Oparłem głowę odrobinę wygodniej, śnieg skrzypnął cicho. - To ważna kategoria. Są ludzie mniej irytujący, ale kompletnie bezużyteczni. Ja jak już się uprę, to raczej nie znikam przy pierwszym przeciągu. To chyba da się policzyć jako zaletę, nawet jeśli nie jest szczególnie romantyczna. - Był w tym spokój, nie przechwałka. Przesunąłem dłonią po jej ramieniu w tym samym, uspokajającym geście co wcześniej.
Jej uwaga o gadaniu wywołała u mnie krótki śmiech - prawdziwy, nie ten na pokaz. Zamilkłem na krótką chwilę, jakbym naprawdę sprawdzał, czy potrafię. Potem pokręciłem głową, już z tym lżejszym tonem, który znałem u siebie najlepiej. Trafiła w punkt i… Zupełnie mnie nie zatrzymała.
- Dużo gadam, bo jeszcze oddycham. Da się zignorować, kiedy bilans się zgadza. A bilans, umówmy się, nie wygląda dziś tragicznie. Żyjemy, nie zamarzliśmy, nie leżymy metr pod śniegiem. To już trzy punkty na plus. -  Odparłem. Wola przetrwania wciąż trzymała mnie za kark, miałem w sobie za dużo energii, więc słowa wylewały się same, jedno popychało kolejne, jakby gadanie było wentylem bezpieczeństwa. - Jak przestanę, wtedy będzie się trzeba martwić. Poza tym nie możesz mi tego zabronić. Mogę mówić wolniej, ciszej… Ale mniej? Nie. To część zestawu. Urocza, irytująca, nierozłączna. - Obróciłem głowę tak, żeby spojrzeć na nią z boku, z tym półuśmiechem, który bardziej prowokował niż uwodził. - Poza tym lubisz to. Nie mów, że nie. Gdybyś nie lubiła, nie podbijałabyś piłeczki. A robisz to całkiem sprawnie. Oboje wiemy, że gdyby to było naprawdę nie do zniesienia, już dawno kazałabyś mi zamilknąć w dużo mniej uprzejmy sposób. - Zawyrokowałem, czując to znajome, lekko absurdalne wrażenie, że znowu robiliśmy dokładnie to samo co na początku - zamiast uciekać w rozsądek, znowu krążymy słowami, testowaliśmy powietrze między nami, sprawdzaliśmy, czy da się w nim utrzymać lot. Zbyt dużo adrenaliny, zbyt mało tlenu, zbyt blisko było końca, żeby teraz udawać obojętność.
Wzmianka o złamanym sercu sprawiła, że uniosłem brew i pochyliłem się minimalnie bliżej, głos automatycznie zszedł niżej.
- Zatrzymajmy się przy tym. - Rzuciłem, niby mimochodem, ale z wyraźnym zainteresowaniem, zerkając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Dlaczego właściwie miałabyś skończyć ze złamanym sercem. Co dokładnie mi tu insynuujesz, leżąc na mnie po wspólnej ucieczce spod lawiny i proponując testy w terenie. - To nie do końca były pytania, ton zdecydowanie nie był pytający, raczej dociekliwy.
Skinąłem głową powoli, jakby to było coś więcej niż tylko słowa rzucone w noc i śnieg. „Chwilowe zawieszenie w migracji” brzmiało zaskakująco sensownie, jak na rozmowę prowadzoną na śniegu, po tym jak góra próbowała nas zjeść - niemal elegancko, jak na warunki, w których leżeliśmy, oblepieni lodem i adrenaliną, z sercami jeszcze zbyt głośnymi, by udawać cokolwiek.
- Możemy sprawdzić, jak to działa. Bez budowania gniazda na siłę, bez obietnic wyrytych w lodzie. Tu i teraz wystarczy. Reszta może poczekać, nawet bardzo daleko stąd. - Nie musiałem wiele mówić, nie tym razem, bo zabrzmiało to dokładnie tak, jak coś, na co i tak już się zgodziłem, tylko jeszcze nie nazwałem tego na głos. Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do punktu wyjścia, tylko już po drugiej stronie strachu, to było znajome uczucie - to samo, które pojawiło się na samym początku, zanim zaczęliśmy się gryźć, zanim padły słowa ostrzejsze niż trzeba. Teraz brzmiało spokojniej, dojrzalej, jak decyzja podjęta mimo wszystko, a nie przez przypadek. - Mamy układ. Ty udajesz, że się nie zakochasz. Ja udaję, że potrafię mówić mniej. Oboje wiemy, że żadne z nas nie jest w tym dobre, ale to chyba część naszego uroku. - Zamiast uciekać w prostotę, znowu zakręciliśmy rozmowę, jakby to było naturalne, a nasze głowy znały już ten rytm. Leżała na mnie, ciepła, żywa, po wszystkim, co przed chwilą się wydarzyło, to „cokolwiek” było więcej niż wystarczające.
Na myszołowa tylko skinąłem głową, przyjmując to jak coś oczywistego.
- Myszołów i sójka. - Powtórzyłem. - Masz rację, tych przynajmniej nikt nie pomyli na pierwszy rzut oka. Jedno krąży wysoko, drugie udaje, że kontroluje wszystko poniżej. Brzmi znajomo. - Uśmiechnąłem się pod nosem. Za dużo mówiłem, wiedziałem to gdzieś na obrzeżach świadomości, ale nie potrafiłem przestać, słowa płynęły same, szybciej niż myśli, szybciej niż oddech, jakby organizm próbował zagadać coś, czego jeszcze nie umiał nazwać. Czułem jej ciepło wyraźniej niż zimno śniegu, wyraźniej niż wiatr, który szarpał namiotami gdzieś daleko, o ile w ogóle jeszcze istniały, to ciepło było konkretne, przyjemne, zakotwiczało mnie tu i teraz, więc nie cofnąłem się ani o centymetr, kiedy przysunęła się bliżej.  - Komplikacje… Jasne, że nie są złe, zwłaszcza jeśli oboje je dokładamy z premedytacją. - Kiwnąłem głową, jakbyśmy właśnie przypieczętowali coś bardzo ważnego, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to było raczej porozumienie na miękkich zasadach. Było w tym coś naturalnego, bez napięcia, bez tej wcześniejszej wojny na słowa. - Dajmy na to, te lata krążenia nie brzmią źle. W gruncie rzeczy to całkiem miłe komplikacje. Jest za czym wypatrywać, coś się pojawia na horyzoncie, znika, wraca, to utrzymuje czujność. Całkiem dobrze wiedzieć, że jest na co patrzeć na niebie. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, czując jej ciepło i własny oddech, który wreszcie się uspokajał. Oddychałem już równiej, serce przestało walić, świat zdawał się wracać na swoje miejsce. Skupiłem się na jej ciemnej twarzy nad sobą, na tym, jak gwiazdy rysowały się za jej profilem. Mrugnąłem kilka razy, gwiazdy zadrżały, jakby ktoś poruszył całym firmamentem.
- Całkiem dobrze… - Ni to odchrząknąłem, ni to parsknąłem cicho, rozbawiony własną myślą. Coś we mnie zadrżało, nagle, nieprzyjemnie znajomo, obraz się przesunął, jak źle nałożona klisza, Appalachy odpłynęły na ułamek sekundy, może krócej, śnieg został, gwiazdy zostały, ale góry już nie były już ważne. Zacisnąłem palce w śniegu, potem rozluźniłem je z cichym westchnieniem, jakbym właśnie przypomniał sobie coś ważnego, coś, co zawsze przychodziło za późno. - Całkiem dobrze jest mieć na czym zawiesić wzrok. - Głos miałem swobodny, nawet pewny, ale gdzieś pod tym wszystkim ciało zaczynało robić się ciężkie, obce. Uśmiech nie schodził mi z ust, choć ramiona zaczęły robić się dziwnie ciężkie, ciepło, które czułem, przestało być tylko jej ciepłem, zlało się z czymś innym, gęstym, rozlewającym się pod skórą. Nie zarejestrowałem tego od razu. Zarejestrowałem za to ten moment, kiedy przesunęła się lekko, niebo za jej plecami było czarne i pełne gwiazd.
Mrugnąłem - raz, drugi - skupiłem się na zarysie jej twarzy, na tym jak rysowała się na tle nieba, rozmyta mleczną poświatą śniegu. Mrugnąłem kolejny raz, potem drugi, bo obraz na moment się rozwarstwił, jakby ktoś przesunął kliszę nie tam, gdzie trzeba. Ten sam układ ciała, ten sam kąt głowy, tylko tło się nie zgadzało. Zimno zaczęło wciskać się głębiej, ostrzej. Zorientowałem się nagle, że ona drży, albo że wydaje mi się, że drży. Wrażenie skostnienia wgryzało się nagle i bez ostrzeżenia, poczułem je w palcach, w karku, w miejscu, gdzie plecy stykały się ze śniegiem. Mrugnąłem kilka razy, próbując złapać ostrość, coś się nie zgadzało, ale nie potrafiłem jeszcze nazwać tego uczucia.
Zmarszczyłem brwi z irytacją, sięgając do szalika, splątanego między nami, chcąc go rozplątać, rozwiązać, oddać jej, bo przecież marznie, zawsze marzła, a ja zawsze o tym pamiętałem… Tylko że węzeł nie chciał puścić. Palce nie chciały współpracować. Materiał wymykał się z uchwytu. Frustracja przyszła nagle, ostra i dziecinna.
Westchnąłem ciężko i bez większego namysłu ściągnąłem chustę z własnej szyi, ruchem bardziej gwałtownym, niż planowałem, i wsunąłem ją pod jej dłoń, dociskając lekko, żeby nie wypadła. Wcisnąłem ją jej pod palce, nie patrząc nawet, czy protestuje.
- Weź… - Mruknąłem. - Tobie bardziej się przyda. - Powiedziałem cicho, z tą samą troską, którą pamiętało moje ciało, nawet jeśli rozum gubił adresata, zbyt cicho jak na rozmowę tu i teraz. - Zawsze miałaś ten sam problem… - Milczałem przez ułamek sekundy dłużej, niż wypadało. - Zimno kompletnie cię nie interesowało, kiedy byłaś skupiona. Mogłaś stać pod gołym niebem, byle myśl ci się nie urwała. - Stwierdziłem niemal z rozbawieniem, jakby to była stara anegdota, którą opowiadaliśmy sobie wielokrotnie.
Odchrząknąłem, a potem parsknąłem cicho, rozbawiony myślą, która przyszła mi do głowy, choć nie potrafiłem już powiedzieć, skąd dokładnie.
- Śmieszne. - Dodałem, rozproszony tą nie do końca klarowną konkluzją, która właśnie mnie znalazła. - Że człowiek potrafi pomylić niebo, jeśli gwiazdy są wystarczająco podobne. - Nie byłem pewien, do kogo mówię, w końcu się nie znaliśmy. Wiedziałem tylko, że głos mi zmiękł, zdradliwie, jakby nie miał już siły trzymać tej bezczelnej nuty, którą tak lubiłem. Zrobiło mi się zimniej, a jednocześnie jej ciepło było jedyną rzeczą, która trzymała mnie przytomnego. W piersi miałem dziwnie pusto, jak po zbyt długim wstrzymaniu oddechu, więc znowu zaczerpnąłem lodowaty wdech, kręcąc głową.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#25
24.12.2025, 01:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 01:32 przez Prudence Fenwick.)  

Brnęli w tę rozmowę coraz bardziej, odbijali piłeczkę, jedno przez drugie. Wydawali się nie mieć granic w tych argumentach, którymi w siebie rzucali, kłótnię też potrafili stworzyć naprawdę spektakularną, zwłaszcza, że żadne nie chciało odpuścić, każde z nich miało coś do udowodnienia, właściwie tylko przed ich dwójką i pewnie mogliby tak dyskutować do świtu, sięgając po tę całą ornitologię, która towarzyszyła im od samego początku, ale katastrofa przerwała im możliwość kontynuowania tej dyskusji. Zakończyła się jeszcze bardziej burzliwie niż rozpoczęła, musieli uciekać, to znaczy mogli nie, ale wtedy raczej nie przetrwaliby następnych kilku minut. Zapomnieli więc o tej drobnej niesnasce, i złączyli swój los na dalszą część nocy, jeśli on miał przeżyć - ona też, jeśli ona umrze, on umrze z nią, całkiem optymistyczne scenariusze im się tutaj kreowały.


Udało im się przetrwać, nie mogło się to skończyć lepiej, znaleźli się na śniegu, jakoś dotarli do tego miejsca. Takie wydarzenia miały prawo nieco zmienić okoliczności, nawet bardzo, raczej nieczęsto zdarzało się przetrwać z kimś coś takiego, uniknąć razem śmierci. Nie widziała więc nic złego w tym, że teraz razem leżeli na śniegu, właściwie to on leżał na śniegu, a ona, ona leżała na nim, czuła pod swoim ciałem jego ciepło, skupiała się na tym, uspokajała oddech, starała się wrócić do rzeczywistości, chociaż nie było to takie łatwe, jak niby można do niej wrócić po czymś takim co ich spotkało. Skupiała się na cieple, ich oddechach, no i jego głosie, okazało się bowiem, że naprawdę lubił mówić, powinna to zauważyć już wcześniej, znaczy widziała, ale wtedy ją to irytowało, przynajmniej przez dłuższą chwilę, teraz wręcz przeciwnie, uspokajało, pozwalało się skupić na czymś innym niż na tej katastrofie, którą jakimś cudem przetrwali.

- Czyli jedne świece, różne cele, a i tak każdy kończy usatysfakcjonowany, kiedy tak o tym mówisz, to nawet nabiera sensu. - Mogłaby nieco zmienić swoje zdanie na podstawie jego argumentów. - Co prawda to prawda, chodzi o to, żeby mieć światło w mroku, jak ono jest to zawsze uda się przetrwać. - Warto było czegoś się trzymać, chociażby tego niewielkiego źródła jasności, który mógł gwarantować poradzenie sobie z najgorszym mrokiem, dzisiaj mieli siebie, dzięki temu przetrwali.

Na pewno nigdy nie zapomni mu tego, że tej nocy stał się jej światłem w ciemności, przetrwała dzięki temu, że nie zgasł, kiedy nadszedł mrok, pochylił się nad jej nosem, sama pewnie pozwoliłaby sobie oddalić się w ciemność, nie miała wystarczająco siły, aby z tym walczyć, jasne, była uparta, ale sam charakter nie warunkował przeżycia, trzeba było mieć coś więcej, a tego jej brakowało, pomógł jej jednak, dzięki temu wykrzesała z siebie odrobinę woli walki, jakoś udało im się przeżyć. Nie znajdowali się pod hałdami śniegu, tylko nad nimi, to był spory sukces, jak na to, co ich spotkało.

- Faktycznie śnieg był dla nas dzisiaj wyjątkowo uprzejmy. - Parsknęła cicho, można było na tę sytuację jak widać było patrzeć bardzo optymistycznie, szukać pozytywów. - Zdecydowanie lepiej ją wykorzystać, bo kto wie, do czego się posunie, jeśli tego nie zrobimy, wolałabym jednak nie sprawdzać, jak bardzo jest uprzejmy. - Nie dało się nie zauważyć, że lawina zmieniła ich położenie, nie tylko to fizyczne, miała wpływ również na podejście do siebie nawzajem, bo takie momenty tkwiły w człowieku najprawdopodobniej na zawsze. Niewiele razy w ciągu całego życia można było je stracić w taki sposób, no w jej przypadku nie zdarzało się to często, nie wiedziała jak to jest z takimi jak on, jednak nie wydawało jej się również, aby była to codzienność.

- To był kawał ściany, ta teraz jest mniejsza. - Rzuciła jeszcze, chociaż to spostrzeżenie nie było zupełnie potrzebne. - Racja, spacer nas nie ominie, więc warto jest go w pełni wykorzystać. Nie ma za bardzo z czym dyskutować, to prawda. Po czymś takim na pewno trudno będzie się rozejść każde w swoją stronę, chociaż w sumie Ty powinieneś zwiewać w podskokach, bo widzisz, że przynoszę kłopoty, ale jeśli tego chcesz, to czemu nie. - Kolejne słowa, które wypowiedział wydawały jej się znajome, jakby je gdzieś już słyszała, jakby kiedyś ktoś rzucił przy niej coś podobnego, albo ona to powiedziała, nie miała pojęcia, może był to tylko zbieg okoliczności? Na pewno.

- Informujesz o możliwościach, ostrzegasz, i niby ma się w to sama wpakować, na własne życzenie? Jeszcze na koniec pewnie rzucisz "a nie mówiłem"? - Ta rozmowa po raz kolejny była wyjątkowo abstrakcyjna, jednak naprawdę przyjemnie się ją prowadziło, przynajmniej mogli odetchnąć od tego, co ich spotkało, przygotować się do tego, co miało nadejść, nie wątpiła, że spacer, który ich czekał miał należeć do tych bardzo wyczerpujących.

- Nie zamierzam narzekać na warunki, te są naprawdę idealne. - Miała bowiem świadomość, że mogło być dużo gorzej, nie potrzebowała kurnika, czy grzędy, to już nie było jej do niczego potrzebne.

- To jest zaleta, czy ja wiem, czy wcale nie taka romantyczna, dobrze wiedzieć, że masz w sobie na tyle zaciekłości, żeby nie uciekać w podskokach, dla mnie plus, mogę dopisać do listy. - Listy były wyjątkowo istotne dla Prue, nie wiedziała, czy już mu o tym wspominała, chyba nie.

- Nom, jest coraz lepiej, jak będziesz tak brnął do przodu, to zabraknie mi kartki na Twoje wszystkie zalety. - Fakt, miał rację, życie było bardzo kruche, co mogli zobaczyć przed chwilą warto więc było gadać, oddychać, cieszyć się nim na tyle na ile pozwalała na to sytuacja, nigdy nie wiadomo, kiedy przytrafi się im kolejna katastrofa.

- Masz mnie, lubię to, rzadko kiedy można trafić na takiego dobrego rozmówcę, trudno mi jest powstrzymać się przed tym, aby nie brnąć w to dalej. Nie przywykłam do tego, żeby gadać z kimś w ten sposób i jest to odświeżające, trochę jak wyzwanie, sprawdzenie, kto na ile sobie pozwoli, a ja lubię wyzwania. - Może nie wyglądała, jakby lubiła, ale te słowne sprawiały jej ogromną przyjemność, cholernie łatwo zatracała się w tej konwersacji, tak samo jak wcześniej, a nawet w ich kłótni o której już chyba zapomnieli.

Zatrzymał się na tym, na czym nie do końca chciała się skupiać, cóż, musiała sobie z tym jakoś poradzić. - Nic konkretnego, po prostu wiem, że z czasem każdy chce czegoś lepszego, innego, atrakcyjniejszego. - Nie do końca potrafiła ująć to w słowa, ale przywykła do spodziewania się najgorszego, nie była pierwszym wyborem, no, może gdy innego nie było, jak teraz, w świetle dnia sporo mogło się zmienić.

- Taki test brzmi dobrze, warto jest sprawdzić, czy faktycznie to może zadziałać, nie myśleć o tym, co będzie, bo doskonale wiemy, że jutra może nie być. - Nie było to takie głupie po tym, co dzisiaj przeżyli, wydawało się wręcz całkiem logiczne. Prosta sprawa, żadnych oczekiwań, wtedy nic nie mogło się spieprzyć.

- Układ, tak, wyhodowany na kłamstwie na pewno będzie miał bardzo silną siłę przeżycia, może warto dopisać do niego, że informujemy się, kiedy przestajemy udawać? Wiesz, wtedy będzie łatwiej to przyjąć. - Skoro właśnie negocjowali umowę, to warto było do niej coś dodać, później mogło być na to zbyt późno.

- Tak, sójka będzie krążyć nisko i czekać, aż myszołów w końcu się pojawi, pewnie może tak długo, a komplikacje tylko uatrakcyjniają sytuację, to brzmi jak całkiem dobry plan, jesteśmy dogadani. - Naprawdę była skłonna to sobie wyobrazić, zabawne, jak jedna wspólna walka o życie mogła zmienić punkt widzenia. Poruszyła się odrobinę, ledwie odczuwalnie, żeby sprawdzić, czy faktycznie nie śni, czy jednak nie umarła i nie znajdują się w jakimś innym świecie, ciało jednak współpracowało, co oznaczało, że nadal tu była.

Miała wrażenie, że kiedy się poruszyła zrobiło się nieco cieplej, nie wiedziała jednak jeszcze dlaczego, przesunęła dłoń po jego ciele, zupełnie bezwiednie, nieświadomie. On zaczął się plątać, to znaczy próbował rozplątać ten szalik, którym dzisiaj splątali ze sobą swój los, ale mu się nie udało, to był bardzo porządny węzeł, musiał taki być skoro decydował o ich życiu, póki co nadal miał ich ze sobą łączyć.

Wepchnął jej pod palce swoją chustę, uniosła się nieco do góry, i wtedy to zobaczyła, krew pod palcami, szkarłatny kolor wyróżniał się na tle śniegu, było go dużo, za dużo na to, aby był dowodem na to, że komuś z nich przytrafiło się jakieś drobne zadrapanie, a on mówił, mówił, o niej, jakby ją znał, wszystko się zgadzało, tylko, że przecież pierwszy raz na siebie trafili, najwyraźniej ktoś przed nią, podobny do niej był już kiedyś w jego życiu, zabawne, że tyle się zgadzało.

Kolor śniegu jednak nie był zabawny, podniosła się więc gwałtownie, on odpływał, mieszała mu się rzeczywistość, nadal trzymała tę chustę w palcach, dopiero teraz z bliska przyjrzała się tej twarzy i uderzyło w nią to wszystko.

To nie było możliwe, ale jednak, jednak jakoś im się przytrafiło, jakim cudem znaleźli się na drugim końcu świata, wszystko się składało, stąd ten rytm rozmowy, wszystko było jasne, to nie był przypadek, przypadki się nie zdarzały, jeśli miała z kimś to przetrwać to tylko z nim, oczywiście. Musiała działać, krew, było zbyt wiele krwi.

Nie pytała o zgodę, rozsunęła jego płaszcz, żeby zobaczyć, co właściwie się dzieje, musiała zlokalizować źródło krwawienia, miała je czym uciskać, to był plus, ale co dalej, co dalej, skoro znajdowali się pośrodku niczego.

- Wish, nie odpływaj, proszę Cię. - Powiedziała cicho, spokojnie, jakby panowała nad sytuacją, chociaż wcale tak nie było, musiała jednak udawać, musiała sprawiać pozory, musiała odzyskać kontrolę.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa