19.01.2026, 17:42 ✶
—25/09/1972—
Anglia, Londyn
Lana Dolohov & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=qH1r2pp.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qH1r2pp.png)
Koniec podróży –
Ciągle żyję – tu
Tego jesiennego wieczora
![[Obrazek: imgproxy.php?id=qH1r2pp.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qH1r2pp.png)
Koniec podróży –
Ciągle żyję – tu
Tego jesiennego wieczora
Popołudnie było spokojne. Piękne. Ciche.
Jacquelin wraz z matką i dziećmi umówione były w bibliotece Parkinsonów na spotkanie, więc dom - oczyszczony, wyremontowany, ustabilizowany po niedawnej tragedii - mógł przyjąć gościa.
Anthony rozmyślał o tym spotkaniu długo, o wiele dłużej niż byłby w stanie przyznać. Kuzynka zdawała mu się odległą postacią, a spotkanie na pogrzebie wymianą zwyczajowych pozdrowień i obietnic odnowienia kontaktu. A jednak. Coś było takiego w zachowaniu, w sposobie wypowiadania się, w sposobie formowania myśli tej młodej kobiety, co przykuło jego uwagę i pragnęło kurtuazję przekuć w czyn.
Nie chciał też być sam.
Tego powodu nie zamierzał nikomu wyjawiać, zwłaszcza swoim najbliższym - byłym i obecnym - którzy mogliby jakkolwiek zacząć naciskać go do wyciągnięcia ku Selwynowi ręki. Ich konflikt zdawał się niemożliwy do rozwiązania, zadra przypieczętowana spalonym Londynem ukonstytuowała się i dawała mu znać za każdym razem, gdy przez krótki moment, w sposób sztuczny i wymuszony próbowali być dla siebie mili.
Nie. Myśl o tym pozostawił za drzwiami, rad, że zaproszenie młodej naukowczyni zostało przyjęte, a im przyjdzie rozmawiać w zaciszu jego littlehangletońskiego gabinetu.
Tu bowiem, na pierwszym piętrze rezydencji w skrzydle zachodnim, znajdował się jego osobisty księgozbiór. Nie w londyńskim apartamencie, a w letniej tylko z nazwy rezydencji, wznosiły się regały pełne białych kruków, skarby literatury tak magicznej jak... mugolskiej. Wysokie sztuczne okna imitujące widoki Włoch wpuszczały miękkie światło popołudnia, w pomieszczeniu pachniało atramentem, pergaminem i świeżo parzoną herbatą. Na porcelanowym spodeczku zdobionym w niebieskie kwiaty, czekały na spragnionych słodkości kruche ciasteczka. Piasek w klepsydrze przesypywał się, gospodarz domu sam pilnował, aby napar był zaparzony odpowiednio.
– Jeśli cokolwiek wpadnie Ci w oko, jestem skłonny podzielić się słowami – zauważył hojnie, nie chcąc nadto rozdrapywać rany, jednocześnie pragnąc dowiedzieć się o młodziutkiej osobie zdecydowanie więcej. – Ufam Twoim dłoniom i... domostwu w którym się zatrzymałaś. Odznacza się raczej szacunkiem do książek, czyż nie? – zdawało mu się, że były to Prawa Czasu, co dodawało nieco pikanterii całej tej rozmowie, choć nie na tyle by paliło usta. Ledwie łagodne mrowienie na końcu podniebienia. – Jeśli masz ochotę, mogę poprosić Wergiliusza, żeby dostarczył nam wino – zaproponował jeszcze, utylizując liście z imbryczków, gdy piasek wyznaczył czas.
Jacquelin wraz z matką i dziećmi umówione były w bibliotece Parkinsonów na spotkanie, więc dom - oczyszczony, wyremontowany, ustabilizowany po niedawnej tragedii - mógł przyjąć gościa.
Anthony rozmyślał o tym spotkaniu długo, o wiele dłużej niż byłby w stanie przyznać. Kuzynka zdawała mu się odległą postacią, a spotkanie na pogrzebie wymianą zwyczajowych pozdrowień i obietnic odnowienia kontaktu. A jednak. Coś było takiego w zachowaniu, w sposobie wypowiadania się, w sposobie formowania myśli tej młodej kobiety, co przykuło jego uwagę i pragnęło kurtuazję przekuć w czyn.
Nie chciał też być sam.
Tego powodu nie zamierzał nikomu wyjawiać, zwłaszcza swoim najbliższym - byłym i obecnym - którzy mogliby jakkolwiek zacząć naciskać go do wyciągnięcia ku Selwynowi ręki. Ich konflikt zdawał się niemożliwy do rozwiązania, zadra przypieczętowana spalonym Londynem ukonstytuowała się i dawała mu znać za każdym razem, gdy przez krótki moment, w sposób sztuczny i wymuszony próbowali być dla siebie mili.
Nie. Myśl o tym pozostawił za drzwiami, rad, że zaproszenie młodej naukowczyni zostało przyjęte, a im przyjdzie rozmawiać w zaciszu jego littlehangletońskiego gabinetu.
Tu bowiem, na pierwszym piętrze rezydencji w skrzydle zachodnim, znajdował się jego osobisty księgozbiór. Nie w londyńskim apartamencie, a w letniej tylko z nazwy rezydencji, wznosiły się regały pełne białych kruków, skarby literatury tak magicznej jak... mugolskiej. Wysokie sztuczne okna imitujące widoki Włoch wpuszczały miękkie światło popołudnia, w pomieszczeniu pachniało atramentem, pergaminem i świeżo parzoną herbatą. Na porcelanowym spodeczku zdobionym w niebieskie kwiaty, czekały na spragnionych słodkości kruche ciasteczka. Piasek w klepsydrze przesypywał się, gospodarz domu sam pilnował, aby napar był zaparzony odpowiednio.
– Jeśli cokolwiek wpadnie Ci w oko, jestem skłonny podzielić się słowami – zauważył hojnie, nie chcąc nadto rozdrapywać rany, jednocześnie pragnąc dowiedzieć się o młodziutkiej osobie zdecydowanie więcej. – Ufam Twoim dłoniom i... domostwu w którym się zatrzymałaś. Odznacza się raczej szacunkiem do książek, czyż nie? – zdawało mu się, że były to Prawa Czasu, co dodawało nieco pikanterii całej tej rozmowie, choć nie na tyle by paliło usta. Ledwie łagodne mrowienie na końcu podniebienia. – Jeśli masz ochotę, mogę poprosić Wergiliusza, żeby dostarczył nam wino – zaproponował jeszcze, utylizując liście z imbryczków, gdy piasek wyznaczył czas.