— Oczywiście, zadbam o to — odpowiedział gładko, nawet nie wstydząc się tego, że został na wykręcie przyłapany. — Nie jestem przesadnie dobrym koneserem sztuki kierowanej do mas skłonnych wysupłać galeony na cel, którego opłacenie powinna zorganizować rodzina odpowiedzialna za prowadzenie swego przybytku. Niemniej jednak miałem okazję zaznajomić się z nową interpretacją występu — wyjaśnił, ale ile w tym faktycznie było prawdy, ciężko było jednoznacznie powiedzieć. Słysząc natomiast jej warunki, zamilkł na chwilę, przypatrując się jej uważnie. W końcu jednak, roześmiał się zwyczajnie. Krótko, w sposób jakby narzucona sztywność nie do końca pozwalała mu na swobodę w tym geście, niemniej jednak jej słowa uznał właśnie za takie. Zabawne.
— O to akurat, proszę się zanadto nie martwić. Biorąc pod uwagę to co powiedziałem, odnośnie pani możliwości, nie zamierzam wykorzystywać pani do czegokolwiek co miałoby wspólnego z wezwaniem do walki natury innej niż ta piśmiennicza. Nasz Pan też nie jest do tego skory. — Nikt chyba nie był w stanie wyobrazić sobie tej starej kobiety, biegającej z różdżką i rzucającej zaklęcia na prawo i lewo, byleby tylko sprawdzić się w walce. — Jest tylko jedna osoba, którą za wyżej postawioną można uważać. Jeśli pojawi się ktoś, podający rzekomo za kogoś takiego, proszę poprosić go o imię, którym przedstawia się w naszym gronie. Jeśli przedstawi się jako Martes, może mu pani zaufać. — Chociaż słowo zaufanie niewiele miało wspólnego z Louvainem. Przynajmniej tak to postrzegał Leviathan. — Nic, czego byłbym świadom. Nic, czego inni też mogliby być świadomi. — Uśmiechnął się do Philomeny grzecznie. Nie spodziewał się, by ktokolwiek wiązał go jednoznacznie z tym, co działo się aktualnie w Anglii. Z resztą, miał na głowie zbyt dużo zajęć, które wiązały się z opieką nad rezerwatem, a skoro już o nim była mowa, to Rowle złożył wreszcie przed panią mecenas dokumenty, z którymi przyszedł. Potrzebował parę parafek, ale także by Mulciber zaznajomiła się z nimi. Chciał nawiązać współpracę z zagranicznym rezerwatem. Zwiększyć zasięgi, rozpoznawalność, wymianę gatunkową, a to z kolei napełniłoby rodzinną sakiewkę. Potrzebował tego teraz, a rozmowa przeprowadzona z Philomeną pozwoliła mu opuścić jej gabinet z pewnością, że właśnie zastępy Czarnego Pana zwiększyły się o kolejną osobę.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast