07.02.2026, 02:04 ✶
[c.d. sesji z Mabon w Mulciber Manor - odpowiedź na post Charlie]
To nie był łatwy wieczór dla nikogo z ich rodziny. No może babka Philomena czuła się jak zwykle świetnie, ale ta wiedźma nie była najlepszym wyznacznikiem “udanego święta”. Dla niej pewnie i dożynki w mugolskim piekle byłyby wyśmienitą rozrywką.
Dzieci były. Nawet jeśli już trochę podskoczyły wzrostem, dzieci zawsze były w tym dziwacznym rodzinnym równaniu najważniejsze. Idąc za Charlotte usłyszała dźwięk skrzypiec z jadalni. Odetchnęła z ulgą. Scarlett miał kto się tam zaopiekować.
Dlaczego zawsze tak musiało być. Dlaczego zawsze coś było nie tak. Może ściągała pecha na Mulciberów? Nie chciała. Najgorsze było właśnie to, że nie chciała. Oczywiście, wdową była równie udaną co Robert był mężem, ale… Po raz pierwszy w życiu była karana za swoją niewinność.
I nawet fakt, że w jej obronie stanęli praktycznie wszyscy pozostali członkowie rodziny nie zmienił faktu, że ręce jej drżały, a krok był mniej pewny niż zwykle. Musiała stamtąd uciec i chcąc nie chcąc Charlotte stała się doskonałą ku temu wymówką.
Usłyszała szczęk zamka, który wyrwał ją z rozmyślań. Zebrała się mentalnie w sobie przywołując na twarz łagodny uśmiech. Ten jednak zniknął, gdy tylko dostrzegła w jakim stanie jest jej podopieczna. Płacz pozostawiał po sobie ślad nie tylko w roztartym, pośpiesznie uprzątniętym makijażu; nie tylko w błyszczących oczach czy drżących kącikach ust. Płacz odbijał się w całym ciele. Dlatego, gdy Lorien wślizgnęła się do łazienki, natychmiast po wręczeniu prezentu złapała Charlotte czule za przedramiona. Obejmowanie zawsze było trudne przy takiej różnicy wzrostu. Gdy jednak została przytulona, natychmiast pogłaskała dziewczynę po plecach. Uśmiechała się stało, jakby jej samej było z tym wszystkim ciężko. Ale od tego byli dorośli, żeby pocieszać młodzież. Więc zdusiła w sobie tyle ile była w stanie.
- Charlie. Popatrz na mnie.- Wysunęła się z uścisku, po czym stanęła na palcach by otrzeć wierzchem dłoni łzy z policzków Mulciberówny.- Musisz wiedzieć, że bardzo się cieszę, że w ogóle przyszłaś. Bałam się, że po śmierci Thadeusa…
Nie dokończyła, bo w tym samym momencie Charlotte podwinęła rękaw sukni. Lorien natychmiast spoważniała. Zaczęła oglądać srebrny, zakrwawiony rumień. Srebrzyca. Oczywiście. Jak mogła nie pomyśleć, że kłótnia przy stole wpłynie na jej stan zdrowia.
- Tym bardziej nie przepraszaj.- Powiedziała surowo, chociaż w jej głosie nie było złości. Była za to dość szczera troska.- Nigdy nie przepraszaj za swoją chorobę i rzeczy na które nie masz wpływu.
Pod względem wszelkich klątw i chorób nie było chyba lepszego sojusznika nad Lorien. Czarownica ujęła ją pod rękę, zręcznie omijając wszystkie miejsca, gdzie zrobił się stan zapalny. Nie była magomedykiem, nie byłaby w stanie jej uleczyć. Miała przeczucie, że upchane po wszystkich łazienkach odkąd się sprowadziła do Mulciber Manor eliksiry uspokajające też niewiele zdziałają.
- Czy chcesz żebym cię zabrała do Munga? Mój kuzyn Basilius jest wybitnym lekarzem… Pod jego opieką będziesz najbezpieczniejsza.
To nie był łatwy wieczór dla nikogo z ich rodziny. No może babka Philomena czuła się jak zwykle świetnie, ale ta wiedźma nie była najlepszym wyznacznikiem “udanego święta”. Dla niej pewnie i dożynki w mugolskim piekle byłyby wyśmienitą rozrywką.
Dzieci były. Nawet jeśli już trochę podskoczyły wzrostem, dzieci zawsze były w tym dziwacznym rodzinnym równaniu najważniejsze. Idąc za Charlotte usłyszała dźwięk skrzypiec z jadalni. Odetchnęła z ulgą. Scarlett miał kto się tam zaopiekować.
Dlaczego zawsze tak musiało być. Dlaczego zawsze coś było nie tak. Może ściągała pecha na Mulciberów? Nie chciała. Najgorsze było właśnie to, że nie chciała. Oczywiście, wdową była równie udaną co Robert był mężem, ale… Po raz pierwszy w życiu była karana za swoją niewinność.
I nawet fakt, że w jej obronie stanęli praktycznie wszyscy pozostali członkowie rodziny nie zmienił faktu, że ręce jej drżały, a krok był mniej pewny niż zwykle. Musiała stamtąd uciec i chcąc nie chcąc Charlotte stała się doskonałą ku temu wymówką.
Usłyszała szczęk zamka, który wyrwał ją z rozmyślań. Zebrała się mentalnie w sobie przywołując na twarz łagodny uśmiech. Ten jednak zniknął, gdy tylko dostrzegła w jakim stanie jest jej podopieczna. Płacz pozostawiał po sobie ślad nie tylko w roztartym, pośpiesznie uprzątniętym makijażu; nie tylko w błyszczących oczach czy drżących kącikach ust. Płacz odbijał się w całym ciele. Dlatego, gdy Lorien wślizgnęła się do łazienki, natychmiast po wręczeniu prezentu złapała Charlotte czule za przedramiona. Obejmowanie zawsze było trudne przy takiej różnicy wzrostu. Gdy jednak została przytulona, natychmiast pogłaskała dziewczynę po plecach. Uśmiechała się stało, jakby jej samej było z tym wszystkim ciężko. Ale od tego byli dorośli, żeby pocieszać młodzież. Więc zdusiła w sobie tyle ile była w stanie.
- Charlie. Popatrz na mnie.- Wysunęła się z uścisku, po czym stanęła na palcach by otrzeć wierzchem dłoni łzy z policzków Mulciberówny.- Musisz wiedzieć, że bardzo się cieszę, że w ogóle przyszłaś. Bałam się, że po śmierci Thadeusa…
Nie dokończyła, bo w tym samym momencie Charlotte podwinęła rękaw sukni. Lorien natychmiast spoważniała. Zaczęła oglądać srebrny, zakrwawiony rumień. Srebrzyca. Oczywiście. Jak mogła nie pomyśleć, że kłótnia przy stole wpłynie na jej stan zdrowia.
- Tym bardziej nie przepraszaj.- Powiedziała surowo, chociaż w jej głosie nie było złości. Była za to dość szczera troska.- Nigdy nie przepraszaj za swoją chorobę i rzeczy na które nie masz wpływu.
Pod względem wszelkich klątw i chorób nie było chyba lepszego sojusznika nad Lorien. Czarownica ujęła ją pod rękę, zręcznie omijając wszystkie miejsca, gdzie zrobił się stan zapalny. Nie była magomedykiem, nie byłaby w stanie jej uleczyć. Miała przeczucie, że upchane po wszystkich łazienkach odkąd się sprowadziła do Mulciber Manor eliksiry uspokajające też niewiele zdziałają.
- Czy chcesz żebym cię zabrała do Munga? Mój kuzyn Basilius jest wybitnym lekarzem… Pod jego opieką będziesz najbezpieczniejsza.