• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent

Lato 1972, 29 lipca // Kamienica Dolohova // Vakel & Laurent
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#11
11.08.2024, 17:36  ✶  
Nawet tonąc w tym co tak uwielbiał, zachował percepcję należytą osobie o swojej sławie i umiejętnościach. Reakcję Laurenta zauważył szybko - poza tym bardzo łatwo było wyłapać, że w przeciwieństwie do reszty tej rozmowy chłopak nagle milczał, co skutecznie wytrąciło numerologa z trybu, w którym mógł skupić się swoich działaniach.

Czy Dolohov był dobrym człowiekiem? Nie. Dobrzy ludzie nie kąpali się w diamentach, kiedy dzieci biedaków umierały w rynsztokach, ale Dolohov z pewnością nie był potworem ani kimś pozbawionym empatii. Wyjątkowo nie lubił też tego spojrzenia - tym samym spojrzeniem częstowała go jego córka kiedy spodziewała się, że za chwilę ją skarci, skrzyczy, wyśmieje... On sam nienawidził tego robić. Chciał, żeby osoby wokół niego czuły się bezpiecznie. Zalewał ich absurdalnymi ilościami prezentów mających niejako rekompensować to, że niezależnie od układu innych planet to on pozostawał gwiazdą socjometryczną w centrum uwagi wszechświata. Inni ludzie go aż tak nie obchodzili, ale w Laurencie zdołał już dostrzec swoje odbicie i nie chciał widzieć w tym odbiciu strachu, jaki czuł na widok Vladimira Dolohova. Nie był Vladimirem Dolohovem. Nie chciał nim być, dołożył w swoim życiu wszelkich starań, żeby wyrosnąć na lepszego od niego człowieka i zrobił to. Własnymi siłami zbudował Prawa Czasu. Nie udało mu się zbudować ich na głębokiej miłości, chociaż bardzo tego pragnął, ale zbudował je na ciężkiej pracy, która przychodziła mu naturalnie i był naprawdę dumny, nie czerpiąc z rodzinnego skarbca choćby knuta - ta kamienica nie była utrzymywana z krwawych pieniędzy, a on nie musiał ranić innych prawdą o nich, jeżeli tego nie chcieli.

- Dobrze się pan czuje?

Rzut PO 1d100 - 9
Akcja nieudana

Dolohov zmrużył swoje oczy. To pytanie nie wymagało bezpośredniej odpowiedzi, ponieważ od razu zajrzał wgłąb jego duszy, doszukując się wskazówek co do tego, w jaki sposób powinien się zachować. Jasnowidz właściwie od razu ruszył się na krok od maszyny i machnięciem różdżki otworzył okiennicę. Wraz z poruszeniem się ciemnoniebieskiej kotary, do pomieszczenia wpadła fala świeżego powietrza.

- Nie muszę tego wszystkiego mówić. Po spotkaniu i tak sporządziłbym panu stosowny dokument, ale... być może ma pan jakieś pytania. Ja mam ich wiele. Żeby zawęzić te możliwości, ponieważ mam ich przynajmniej trzy.


with all due respect, which is none
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
12.08.2024, 00:07  ✶  

Och nie. Nie podobało mu się przerwanie tego. Napotkanie tych oczu, teraz trochę za blisko. Powinien wrócić na swój fotel? Stać tutaj? Jego duma, albo przynajmniej jej resztki, nakazywały stać. Coś nadal sprawiało, że miał wrażenie, jakby te zielone ślepia były ślepiami pantery. Mogła być kotem, który czeka na pogłaskanie, ale nadchodzi zmierzch i drapieżnik ruszał na polowanie. Każdy, kto miał w sobie iskry charyzmy był takim drapieżnikiem. Nie musieli chcieć krzywdzić, ale dla Laurenta dzielili się zazwyczaj na dwie grupy: tych, którzy go zaraz poderwą i tych, na których musiał uważać. Vakel w tej chwili wcale nie wydawał się... drapieżny. Nie wydawał się być jak diament, którego z rozkoszą pożerał - o ostrych krańcach, które mogą uczynić krzywdę. W tym przebłysku człowieczeństwa przestał nawet przypominać złoto, które lśniło w zieleni jego duszy. Co to za przebłysk? To ta woda, która obmywa nogi? Albo ciało, które obejmuje ciało z samego rana, chwilę przed tym, nim zostajesz sam?

Nie był w kontroli. W ogóle stracił kontrolę, a ciekawość gorała tak długo, jak długo nie płaciło się za nią strachem. Jedno i drugie chodziło ze sobą zazwyczaj w parze, bo przykazane było nam bać się tego, co nieznane. Z jednej strony powinien więc złapać swoje palce na paseczkach, do których podpinano marionetki, a z drugiej nawet nie wiedziałby, gdzie ich tutaj i teraz szukać. To było wręcz irytujące, jak mały się w tej chwili poczuł przy Vakelu. Nie lubił tego uczucia w połączeniu z niepewnością, jak ten człowiek będzie się zachowywać i czego mógł się po nim spodziewać. Czy to, co jest tu mówione, jest objęte tajemnicą zawodową? Chciał zapytać, ale tego nie zrobił. Obraziłby go. Czuł, że mógł go tym obrazić, a przynajmniej na to stawiał swój strzał, którego tym razem w grze zgadywania nie zamierzał konfrontować z rzeczywistością. Nawet jeśli źle wymierzył to był drugi argument - ten człowiek nie byłby na tej pozycji, z której był taki dumny (to było wszak widać), gdyby nie był godny zaufania w tym, co robił. Owszem, mógł za pomocą tego wyciągać haki na ludzi, oszukiwać, szukać ich słabości, żeby potem zbierać pieniądze w palce... tymczasem to, co słyszał o Dolohovie było jedynie superlatywami. Chciał powiedzieć tak, kiedy padło pytanie. Najgorsze w takich momentach było to, że musisz reagować od razu. Będziesz zwlekać za długo - zrobi się dziwnie. Skłamiesz bezmyślnie - zrobi się jeszcze dziwniej.

- Powinienem czuć się źle? - Zapytał bardzo poważnie, spoglądając w zieleń bujaną wiatrem... a zaraz w skroń mężczyzny, w rozwiane włosy, kiedy obrócił się z różdżką w stronę okna i machnął nią. Odetchnął głęboko, zwalczając odruch przyłożenia dłoni do klatki piersiowej. Uspokój się.. Zamiast tego nerwowo obracał palcem jeden z pierścionków. - Ależ proszę. Po to tutaj jestem. Wolę słuchać ludzi z pasją niż czytać papier. Człowiek niesie ze sobą emocje. Papier jest bezosobowy. - Nie miało znaczenia, czy to przeczyta czy usłyszy..? Miało. Wolał słyszeć - bo tylko tutaj mógł obserwować Vakela i jego reakcje. Tylko tutaj mógł się dowiedzieć, czy powinien czuć się źle, czy może ani trochę. - Nie wiem nawet... o co pytać. - Starał się nie wyglądać na skonfundowanego i niepewnego, starał się, żeby ten niepokój nie brzmiał w jego głosie. Jak trudno jednak jest oszukać kogoś takiego jak Vakel Dolohov? To była jedna z tych masek, której Laurent potrzebował, żeby spróbować odzyskać kontrolę nad sytuacją, w której zaczął być bezradny. - Pobieżnie wyjaśnił mi Pan działanie tego precedensu, ale trudno mi... jest dla mnie zadziwiające, że tak wiele zostało powiedziane z ledwie garstki informacji.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#13
12.08.2024, 21:34  ✶  
Przerwał swój wywód, ale nie wyglądał na szczególnie mocno wybitego ze swojego rytmu. Jego aura pozostawała spokojna, był nieszczególnie zaciekawiony stanem Laurenta, ale trwał w gotowości, aby wesprzeć go w chwili, kiedy gradobicie informacji spychało myśli na dalsze, ciemniejsze plany. Ta postawa była jednocześnie jego maską, ale i jego pragnieniem.

Ich ojcowie chcieli od nich tego samego.

Dolohov się tym stał. Naprzeciw Laurenta, odziany w idealnie dopasowane ubrania, pachnący świeżością i owiany nieprzeniknioną mgiełką mistycyzmu stał on - pionier, ojciec i przywódca, którego bliscy postrzegali jako dobrego nauczyciela, a ci dalsi, nawet jeżeli nie dostrzegali życiowej mądrości, jaką mogli chłonąć przez samo otaczanie się jego osobą, musieli ulec głębi jedynek i ósemek składających się w jego portret. To był portret wytrwałości i siły. Nikt nie dorastał mu do pięt, ale to nie oznaczało, że ojcostwo, jakie reprezentował musiało zamieniać się w tyranizm. O wiele lepiej niż jako bat realizował się jako klucz - taki, który otwiera wiele kłódek, uruchamia cudzy potencjał, pozwala odkrywać innym samych siebie. Próbował wibrować pozytywnie.

W takich ludziach jak on nie dostrzegało się rozedrgania, póki ci na to nie pozwolili. Prewett musiałby poznać go poza tym gabinetem. Za drzwiami Praw Czasu ten ideał kruszał - okazywało się bowiem, że każdy bóg skazany był na samotność, a on samotności znosić nie potrafił. Pasma sukcesów, chociaż niosły ze sobą wiele satysfakcji, nigdy nie leczyły jego młodzieńczych ran, a ilekroć spojrzał w lustro przypominał sobie o ciężarze upływu czasu nie niosącego żadnych dobrych rozwiązań na puste pokoje, samotne noce i desperackie rozmowy z żyjącymi w kamienicy zwierzętami, żeby móc otworzyć do kogoś usta w innym celu niż wieczne pouczenia.

- Nic pan nie powinien. Wiele pan może. Emocje są skomplikowane, czyż nie? - Uśmiechnął się do niego. - Nawet jeżeli miło się o nich słucha. - Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Wysoki wzrost, duma i dostojność były jednym - wychudzenie drugim. To nie mógł być człowiek, który nawykł do stania długo w bezruchu. Przed następnym zdaniem odetchnął w nieco głośny sposób. - Nie nazwałbym tego garstką informacji. Lat badań, obliczeń... to jak... ah nie potrafię przyrównać tego do pana zawodu, używając fachowego słownictwa, jednak domyślam się, że w opiece nad rezerwatem niezwykle przydatną jest intuicja. Jako posiadacz trzeciego oka nabyłem jej względem ludzi aż w nadmiarze.


with all due respect, which is none
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
13.08.2024, 21:28  ✶  

Tak, ten spokój... Ten spokój był od niego wyczuwalny nieustannie, tylko przybierał różne barwy. Jak skóra węża, co mieni się w blasku słońca przechodząc z zieleni do fioletu, muskając niebieskie barwy i staczając się gdzieś w żółć. Te zmiany były tak subtelne, że ktoś by powiedział: ale przecież to nadal jest zielony. W fantazyjnym umyśle Laurenta ten koloryt nie mógł być taki płaski, bo nie uwierzyłby, że człowiek przed nim to jednopoziomowa płaszczyzna zadufanego w sobie megalomana. Przypominał mu Edwarda. Różnica w kolorystyce była więc taka, że tak jak na początku prawie czuł czerwień, nie prowokacyjną, a ostrzegającą, tak teraz rzeczywiście łapał nitki zieleni. Koloru spokoju. Tego, którym malowano szpitalne korytarze i którego używano w gabinetach terapeutów w postaci roślin, żeby pacjent czuł się swobodniej. Pomyśl o czymś miłym i spróbuj nie wyobrazić sobie przy okazji łąki. Drzew. Myśli Laurenta powędrowałyby najpierw do koloru niebieskiego. Koloru smutku. Wszystko przez to, że morze i oceany przybierały się w takie szaty, choć woda była przejrzysta. Zaraz później pomyślałby o puszczy New Forest i tym, jak cudownie było, gdy żaden człowiek nie oddychał obok ciebie. Przynajmniej przez kilka chwil mógłby się tym sycić, zanim przypomniałby sobie, że bez czyjego oddechu na swojej szyi był zupełnie nikim.

Próbował wibrować pozytywnie i nie były to próby czcze, bo z pozycji kontrofensywnej, jaką przybrał wchodząc do tego gabinetu w pierwszej styczności z Dolohovem, w której słuchał go jednym uchem, ale zaćmiony wydarzeniami końca lipca umysł nie rejestrował wypowiedzi, do momentu, w którym sam próbował... wyczuć te wibracje. Załapać ich rytm. Drapiące rozdrażnienie mogło sunąć z prostego faktu - ten człowiek był poza jego zasięgiem. A każdy, kto był poza jego zasięgiem i dodatkowo był uzbrojony w wiedzę, której nie życzył sobie, by posiadały osoby nieznajome, nie wpisywał się w listę specjalnych sympatii Prewetta. Wpisywał się w listę osób, z którymi nie wiedział, jak się obchodzić. A skoro nie wiedział - musiał się dowiedzieć. Przecież do każdej kłódki był klucz. Do każdego człowieka było dojście. Nie wszystkie kłódki powinno się jednak otwierać - i nie wszystkie osoby składać jak puzzle.

- Emocje są skomplikowane, a komplikują się tym bardziej, kiedy jest się jednostronnie rozbieranym na części pierwsze. - Wyszedł naprzeciwko stwierdzenia, a potem zadanego pytania. Śliczny uśmiech. Czarujący - i może zbyt czarujący jak na gusta selkie, która miała złą słabość do starszych dżentelmenów. Przyniosło mu to jak dotąd same kłopoty i wyniszczenie. Dziwne? Ani trochę. Sam był sobie winien - swojej głupocie i słabości, swojej naiwności i pragnieniom. - Ach tak? Lubi pan słuchać o emocjach? - Chciał powiedzieć, swoim zwyczajem, że nie posądzałby go o to i strzelić w to stwierdzenie... ale wcale nie był taki pewien. Vakel brzmiał teraz tak, jakby tomik poezji Goethe pasował idealnie do jego dłoni jesiennym wieczorem, z wyciągniętymi nogami na podnóżek, z filiżanką herbaty w dłoni. Wyobraźnia blondyna miała jednak duże skłonności do szaleństw. Tak jak teraz chciał powiedzieć, że właściwie powiedziałby, że swojej intuicji zawdzięczał karierę, ale to przecież było wiele więcej czynników. - Wyciągnąłbym na przyszłość wnioski, żeby w takim razie unikać posiadaczy tej genetyki, ale po co byłaby mi ta ostrożność - przecież drugiej takiej osoby nie spotkam. - Uśmiechnął się delikatnie, anielsko. Nie był wcale pewien, czy kupował sobie czas, czy może Vakel kupował go dla niego. Ale narcystycznie musiał sobie dać kilka punktów - chociażby tylko po to, żeby samemu sobie pomóc się uspokoić. - Dobrze, więc... proszę wybaczyć, ale nie rozumiem zupełnie tej części o ojcach i liderach. Rozumiem metaforę maski, o ile to jest metafora, a nie specjalistyczne określenie niekoniecznie zrozumiałe dla laika, ale dalsza część jest dla mnie konfundująca. - Żaden z niego ojciec nie był... CHYBA. CHYBA ŻE o czymś nie wiedział i nie chciał się teraz nagle dowiedzieć, ale jedyne dwie kobiety, które go do siebie przyciągnęły, miały się dobrze i w żadnej ciąży nie były.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#15
17.08.2024, 19:27  ✶  
Znów uśmiechnął się, spoglądając na chłopaka. Jego uśmiech był jednak elementem gry, której Laurent najwyraźniej się obawiał - unoszenie kącików ust było u Dolohova w głównej mierze wyuczonym gestem. Rzadko, ale czasami - reakcją na możliwość zadrwienia z kogoś, kogo nie darzył sympatią. Sytuacje, w których uśmiechał się szczerze, z własnej woli, z czegoś, co przyniosło mu prawdziwe szczęście, dało się policzyć przez ostatnie lata na palcach i obawiał się, że byłyby to palce nie dwóch, a jednej ręki. Bliższy mu był uśmiech rozpaczy przed zalaniem się rzewnymi łzami niż uśmiech radości.

Uśmiechnął się sztucznie, któryś już raz dzisiaj, nie wynikało to jednak z osobistych sympatii ani antypatii. On już taki po prostu był - piekielnie smutny, nawet jeżeli nosił w tym czar i urok, a wszelkie niedociągnięcia zakrywał kocem z mistycyzmu i elegancji, jakim owijał się szczelnie, nie chcąc pokazywać światu, jak bardzo był przy tym wszystkim wybrakowany.

- Denerwuje pana widzenie w tym siebie czy to, że jestem częścią tej sceny? I oczywiście, że lubię. Powiedziałbym nawet, że powierzyłem temu swoje życie. Jestem teoretykiem magii, panie Prewett, a magia jest niczym innym jak materializacją tkwiących w nas i we wszystkim innym emocji. Bez emocji nie ma czarów, nie ma nas. Składa się z nich wszystko, co nas otacza. Nie widzę - a widział naprawdę wiele - sensu w udawaniu, że jest inaczej. - Chociaż mógłby być mniej porywczy.

Nie gubiąc tego sztucznego uśmiechu, skinął do niego głową, bo owszem, zauważył to drugiej takiej osoby nie spotkam i doskonale rozumiał dobór słów, dał więc chłopakowi do zrozumienia, że w jakiś sposób to doceniał, nie raczył tego jednak w żaden sposób zwerbalizować. A później ten uśmiech poszerzył się nieznacznie wraz z zetknięciem ze słowami „proszę wybaczyć” w kontekście tego, że... coś pozostawało niezrozumiałe?

- Mam przez to „proszę wybaczyć” rozumieć, że przeprasza mnie pan za własną niewiedzę, czy moje nieprzystępne tłumaczenie? - Mrugnął do niego, splatając ręce na wysokości klatki piersiowej. - To był oczywiście żart - dodał dla pewności, nie ruszając się samemu z miejsca, ale wskazując Laurentowi jedno z siedzisk, na wypadek, gdyby jednak zechciał na nim spocząć. Nie był w tym geście ani trochę nachalny, towarzyszył mu jednak w wędrówce przez pokój, świadom tego, że niewielu lubiło mówić do ściany.

- Wprowadzę pana głębiej w podstawy numerologii. Nie zamierzam wchodzić teraz w szczegółowe dywagacje ze stanem faktycznym pańskiego życia, może to być więc nietrafione założenie - ale proszę pomyśleć tak: pana ojciec, jako znany biznesmen ma pierworodnego syna, który kiedyś ma szansę iść w jego ślady i kontynuować rzeczy, które zostały rozpoczęte przed jego narodzeniem. Oczywiście może poświęcić czas należytemu wychowaniu i nauce, nie ulega jednak wątpliwości, że w takich sprawach można dopomóc sobie samymi liczbami. Tak jak mówiłem - istnieją cztery podstawowe liczby rządzące naszym życiem. Jedna, główna, wyliczana jest z daty urodzenia. Jak na nią wpłynąć? - Dolohov zaśmiał się, wzruszając wręcz ramionami w bezradności. - Kiedy się wylicza kosmogram, panie Prewett, data urodzenia ma znaczenie co do godziny ze względu na wędrówkę księżyca po niebie. Czy da się wpłynąć na tę datę? Oczywiście, można począć dziecko w określony miesiąc, ale jako że pracuje pan ze zwierzętami, to pewnie nie musimy rozwodzić się nad tym, że cud narodzin potrafi być rzeczą bardzo, bardzo losową - i nawet z najlepszym planem możemy się w tej sprawie bardzo, ale to bardzo pomylić. Powiedziałbym, że jest to data, której nie idzie dobrać samodzielnie - dobiera nam ją los. Dobierają nam je nasze warunki, zbyt wiele tam jest czynników, na które nie mamy wpływu.

Ale mamy wpływ na imiona.

I tym się właśnie zajmowali niegdyś numerologowie - dobieraniem imion. Bo trzy kolejne liczby wylicza się nie z daty urodzenia, lecz z imienia i nazwiska właśnie. Jest to jedna z czarodziejskich tradycji - wycieczka do numerologa, który dobierze to imię tak, żeby ta ekspresja, osobowość i dusza nadrobiły wszelkie ewentualne „braki”, jakie mogłyby sięgnąć przyszłej głowy rodziny. I takie imię przekazywało się dalej, pokolenia za pokoleniem. Cóż... czy tak jest w pana przypadku? Mogę o to zapytać tarota, może się pan też zapytać swojego rodzica o prawdę, bo być może jest to również dzieło przypadku, ale pana portret posiada najbardziej pożądane w takim portrecie głowy rodu cyfry. Wszystkie trzy.

Cel pana życia określa dziewiątka, będąca ostatnią z cyklu liczb prostych. Liczba domknięcia. Najskrytszą potrzebą pana duszy jest jedynka - liczba otwarcia. Kiedy pan sobie wyobraża wibracje, one mogą się w pana umyśle objawiać na różne sposoby, ale trzeba pamiętać, że wibracja to w fala
- wykonał ręką gest wskazujący na kształt sinusoidy - drganie. Jedynkę notuje się jako linię prostą. Jedna, ciągła linia. Jasna, biała, synestetycy wiążą ją z ogniem i słońcem. To liczba szefów, liderów. Ludzi o wielkich zdolnościach przywódczych. Tacy, za którymi chcą iść tłumy. Chcemy ich słuchać, chcemy, żeby wykazywali inicjatywę. Instynktownie dokładamy się do ich siły i chcemy ich wspierać, zamiast z nimi konkurować. Liczbą, przez której pryzmat postrzegają pana inni jest ósemka - liczba ojców właśnie, ale również liczba przywódców. Nazwano tak tę liczbę, bo zdaniem numerologów, którzy stworzyli podwaliny tejże nauki, tacy właśnie są ojcowie. Dobrzy organizatorzy - układający życie innych ludzi, rodziny. Sprytni, zaradni - bo przecież trzeba reagować na tak wiele rzeczy nieprzewidzianych, niosąc odpowiedzialność za wiele dusz. Wytrwałość, na ojcowskich barkach utrzymują się przecież wszyscy. Logiczny, bardzo praktyczny, w przeciwieństwie do - z tego wyraźnie drwił - rozedrganej emocjonalnie matki. Jest od niej o wiele bardziej zdyscyplinowany.

Oczywiście nie przeczę - raz jeszcze - to mógł być przypadek, ale pana maska składa się kolejno z liczby domknięcia, liczby będącej ucieleśnieniem męskiej energii yang i liczby ojców, którą zwykłem nazywać w ten sposób z tego powodu, że ojcowie chętnie dobierają ją swoim synom. Z pokolenia na pokolenie. Jeżeli to był przypadek, zażartowałbym teraz, że proponuję pańskiemu ojcu obstawić fortunę, bo ma szansę ją potroić, ale nie zrobi tego przecież we własnym zakładzie bukmacherskim.

Swoją drogą, czytałem ostatnio publikację, w której zastosowano nazwy zapewne przyjaźniejsze uszom laików. Według niej pana portret składa się z liczby Pioniera, Misjonarza i Żniwiarza. Wie pan, co mi do tego bardzo pasuje? Kiedy idzie się przed siebie, igra z losem i kiedy pojawia się nad nami sytuacja, w której energia drogi życia załamuje się, Laurent Prewett zaciska pięść i mówi: ale ja jestem synem mojego ojca i moja droga się jeszcze nie skończyła. Takim człowiekiem chciałby uczynić pana ten portret. Tylko jak pan sam zauważył i czuje zapewne, to nie jest takie proste.


with all due respect, which is none
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
19.08.2024, 23:37  ✶  

Nie grali w grze, w której Laurent mógłby temu człowiekowi dorównać. Jego świat, jego kredki, jego kolorowanka. Do tej kolorowanki zapraszał ludzi zewsząd - ciekawe, czy byli tacy, na których spoglądać nie chciał i którym odmawiał jakiegokolwiek zbliżenia? Których nie częstował nawet fałszywym uśmiechem? Vakel nosił swoją koronę, a przy tym nie zakładał jej wcale. Nie musiał. Próżność? Och, ona by pozwoliła trzymać tonę złota na skroniach, na tych idealnie ułożonych włosach, ale przecież lepiej byłoby ją schować w szafie. Najlepiej zaś - w szafie własnych trzewi. Jego królowanie, ten reżim autorytarny, nie miał podłoża do wszczynania buntów dla osób tak małych jak Laurent Prewett. Niektórzy uważali, że blondyn był spostrzegawczy, ale ta spostrzegawczość nie była podyktowana czymś namacalnym. Więc kiedy przychodziło jego wcale nie najlepszemu wzrokowi przyglądać się Vakelowi nie potrafił powiedzieć, że ten uśmiech jest sztuczny. To uniwersum pokazywało mu kolory dokładnie takimi, jakimi kolorował je ten człowiek mający tu władzę, choć nie noszący korony i nie machający berłem.

Poddani nie mogli nawet modlić się o zobaczenie czegoś autentycznego człowieku, którego życie było tysiącami złożonych masek.

Hm... a powinno być to oczywiste..? Zapytał siebie samego, bo oczywistość tego, że ktoś pracuje z emocjami nie znaczyło, że faktycznie je lubi. Związał pracę tego człowieka z emocjonalnością i szybko zobaczył, że ten fach nie istniał bez emocji. One kreowały w końcu człowieka, a skoro kreowały człowieka, człowiek zaś kreowany był przez gwiazdy, to i gwiazdy niosły ze sobą ich moc. Jakoś. Tłumaczenie sobie pewnych rzeczy w swojej głowie czasem mogło przynieść gorsze skutki od pytania wprost, ale Laurent był chwilowo zbyt zafrasowany ilością bodźców i informacji, żeby tę naganną czynność w sobie wyłapać. Naganną, ponieważ lubił wiedzieć, a skoro lubił wiedzieć, to i chciał wiedzieć bez przekłamań, które jego własny, zbyt psotny (i niekiedy nader kreatywny) umysł wytworzył. Był zadowolony z tego, że jednak postawił dobre założenie ze wstrzymaniem się swojego strzału. Spudłowałby. Pomyłki i pudła nie prowadziły go do zamknięcia swoich badań i następnych prób, nie zniechęcały, ale o wiele bardziej zachęcało, kiedy to się powodziło. Nie trudno też chyba dodać, że to naturalne - otwierasz się na człowieka, który również się otwiera. Klasyczne zagrywki manipulantów, niekoniecznie od razu tych, którzy chcą źle. Wszak Vakel źle nie chciał, choć w percepcji Laurenta to nie było wcale takie oczywiste. O tym, kto chce dobrze, a kto nie, mógłby już pisać książkę - w gonitwie niepewności i zagubień pomiędzy ludzkimi przekłamaniami i szczerościami.

- Można nie udawać, że żyje się w biedzie, ale niekoniecznie oznacza to od razu, że tę biedę się lubi. - Dla Dolohova jedno z drugim było tożsame, czy jednak nie? Laurent nie widział, żeby żyli w społeczeństwie, w którym mówienie o swoich uczuciach wszem i wobec było mile widziane. Wręcz przeciwnie. Zostawcie większość rzeczy za firankami domu, nikt nie chce widzieć prawdy, nie chcą jej znać. Niech i magia będzie składową emocji, czy też emocje magii - ale nie każdy chciał o tym słyszeć! - Sens udawania, że jest inaczej, czasami pozwala przetrwać. - I tak też pozwalała trwać Vakelowi - człowiekowi, który udawał, że jest zupełnie inaczej. Że jest inny. Cały teatr dla pospólstwa. Ale Laurent nawet nie patrzył na niego w chwili, w której to mówił. Jego oczy znów spoczęły na tym złotym pięknie, po tym urządzeniu, które najwyraźniej pomagało Dolohovowi liczyć. Tak czy siak te stwierdzenia, oczywiste, były jego ucieczką od zadanych pytań i sedna tematu. Bo czy chciał szczerze odpowiadać? Czy W OGÓLE chciał temu człowiekowi odpowiadać? I czy sens miało zastanawianie się nad tym, skoro był już i tak rozbierany na części pierwsze i... kiedy tylko o tym myślał to krew się w nim burzyła. Bał się tego. Odkrył, że to był zwykły strach. Tylko czy faktycznie samej wiedzy, czy może tego, że miała świadka? Albo oba na raz? - Nie ufam ludziom, na których nie mam wpływu. - Spojrzał w oczy Vakela. - Nie ufam prawdzie leżącej na wierzchu. Świat jest lepszy, kiedy widzi cię takim, jakim ludzie chcą cię malować. - Tymczasem... - Nad panem nie mam kontroli, a niektóre z wypowiedzianych rzeczy nie powinny wybrzmiewać nigdzie. - Tymczasem mieliśmy tutaj właśnie taką sytuację, gdzie dwa elementy tworzyły ze sobą tak urokliwe kombo! - Pytanie o to, czy to wszystko pozostaje tajemnicą nie ma sensu, bo przecież pozostanie. Mogłoby wręcz obrazić pański kunszt. Unoszenie się i poddawanie emocjom również nie ma sensu, bo niczego nie zmienia płacz nad rozlanym mlekiem. Rozmowa o problemie i towarzyszącym mu emocjach nie poprawi sytuacji, bo im więcej ich padnie, tym cięższa będzie waga Temidy. - Oczywiście, że Laurent analizował to wszystko, mógł to robić równie dobrze na głos, skoro już padły te pytania, a on postanowił oddać kolejny strzał.

Na momencik się spiął i zatrzymał oddech w klatce piersiowej, poruszając nerwowo palcami po pierścionkach, zaraz się jednak uśmiechnął. Trochę z wdzięcznością, trochę z politowaniem dla siebie samego. Ponieważ jednak zostało to zaakcentowane jako żart postanowił (broń Merlinie) nie ciągnąć tematu. Usiadł na zaproponowanym miejscu w zasadzie z ulgą. Jakoś ta pozycja w tej chwili wydawała się lepsza. Było mu dziwnie, a kiedy było mu dziwnie w ten sposób to czekał już na to, aż jego nieprzyjemnie bijące serce zacznie bardziej wydziwiać, zrobi się za ciepło, a tlenu zacznie brakować. To ten moment napięcia, kiedy jesteś pewien, że skądś się pojawi atak, ale nie możesz się na niego przygotować, bo nie masz pojęcia skąd.

Ten nie nadszedł, a nadszedł za to wykład, w który Laurent się coraz bardziej wciągał, bezwiednie wręcz kiwając głową, jakby Vakel potrzebował potwierdzeń, że jest słuchany. Raczej nie potrzebował. Mina Laurenta mówiła mu pewnie wszystko.

- Edward Prewett jest zbyt arogancki, żeby wybór imion dla swoich dzieci zostawić w rękach numerologa. - Uśmiechnął się nieco, ale to nie był do końca wesoły uśmiech, bo i to nie był do końca żart. Naprawdę Laurent nie miał wątpliwości, że Edward nikogo nie pytał o poradę i sam wybrał imię. Takie, które kojarzyło mu się odpowiednio bosko. Za to już wręcz cicho prychnął na żart, że skoro to przypadek, to Edward powinien obstawić jakiś zakład. - Och... nie jestem przekonany co do tej przyjazności, kiedy słyszę tam słowo "Żniwiarz" postawione obok mojego imienia. - Właściwie to po jego reakcji zaskoczenia i krótkiego dyskomfortu widać było, że wręcz przeciwnie - wcale nie było to przyjaźniejsze. Jak wszystko, co związane ze śmiercią, o której czasem tylko fantazjował, kiedy fantazjował o byciu tym bogiem, którego już niewiele w tym życiu ograniczało. - To chyba naturalne dla syna - branie przykładu ze swojego ojca. - Powiedział to jako stwierdzenie, ale jednocześnie spoglądał pytająco na Vakela i z zaciekawieniem. Bo on, w przeciwieństwie do swojego ojca, nie był na tyle arogancki, żeby sądzić, że wiedział wszystko najlepiej. Wręcz przeciwnie - był pewny, że taki Vakel Dolohov wie o tym więcej niż on.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#17
30.03.2026, 11:23  ✶  
Ich rozmowa toczyła się jeszcze, pozostawiając wszystkie sekrety Laurenta Prewetta za zamkniętymi drzwiami.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Wybacz ale uderzyła we mnie wielka bezsilność jak do tego usiadłam, chętnie napiszę coś świeżego ofc. @Laurent Prewett

Koniec sesji


with all due respect, which is none
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (7170), Vakel Dolohov (6744)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa