• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue

[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
15.03.2026, 22:38  ✶  

Ten delikatny dotyk jego palca na jej dłoni był uspokajający, czy tego, czy chciała, czy nie nie umiała na niego nie reagować. Przestawała się dzięki temu fiksować na swoich myślach, które lubiły ją dosyć mocno wciągać. Uważała to za całkiem miłą odmianę, niełatwo bowiem było jej wracać do rzeczywistości, teraz jakby znalazła kotwicę, która utrzymywała ją na powierzchni. Oczywiście, że doskonale wiedział w jaki sposób działała, jakie miała przyzwyczajenia. To nie było niczym nowym, od dziecka wykazywała bardzo podobne tendencje. Rozkładała każdy problem na drobne części, spoglądała na nie z osobna, aby niczego nie przeoczyć. Lubiła mieć kontrolę nad tym co się z nią działo i tym, co się działo wokół niej. Nie należała do osób, które podejmowały pochopne decyzje, to nie było w jej stylu, wiedziała iż ta cecha nie jest do końca wygodna, bo czasem powodowała niepotrzebne zupełnie zawahanie przy dość prostych do podjęcia decyzjach, ale już tak miała. Przy nim jednak czasem dawała się ponieść, pozwalała sobie na odrobinę spontaniczności, to też działo się od lat, zawsze miał na nią wpływ.

- Myślałam, że raczej było denerwujące. - Przyglądała mu się przez krótką chwilę. Byli pod tym względem bardzo różni. Jasne, on też lubił mieć kontrolę, ale robił to w zupełnie inny sposób niż ona. Odnajdywał się w chaosie bez mniejszego problemu, potrafił myśleć szybko, podejmować najlepsze decyzje na dany moment. To jej imponowało, chociaż było zupełnie sprzeczne z tym w jaki sposób ona sama funkcjonowała.

- Jeśli nie istnieje instrukcja obsługi, to może warto ją napisać? - Nawet jeśli coś nie miało mieć zasad mogło lepiej funkcjonować dzięki temu gdyby to wszystko zostało zapisane. Krok po kroku, nawet jeśli w treści tej instrukcji byłoby tylko to, czego nie można robić, i że w sumie to wszystko ma być zależne od losowości.

- Praktycznie to nie działa? - Zapytała jeszcze, bo w sumie przecież mogło zadziałać, brak zasad był jedyną zasadą, pewnie jakby się uparła to znalazłaby więcej, póki co jednak skupiła się na tej jednej.

Nie spodziewała się, że będą prowadzić dzisiaj takie filozoficzne rozmowy, ale nigdy nie można znać, ani dnia ani godziny. Cóż z Benjy'm życie było pełne niespodzianek i wbrew temu do czego była przyzwyczajona to zupełnie jej nie przeszkadzało, miała wrażenia, że dodawał sporo koloru do jej stabilnego i poukładanego dotychczas życia, docierało do niej, jak wiele ja omijało, kiedy nie było go obok.

- Między innymi dlatego tak łatwo mogę się na to zgodzić, to Twoja specjalność, wiesz na co się piszesz, a więc nic złego na pewno nam się nie przytrafi. - Była to całkiem prosta logika, ale działała uspokajająco. Wiedziała, że jej mąż bywał w różnych miejscach na całym świecie, potrafił się tam odnaleźć, nawet z dodatkowym ciężarem, którym miała być ona pewnie by sobie poradził. To powodowało, że nie uważała tego pomysłu za zły, wręcz przeciwnie. Trochę też chciała zobaczyć, jak wyglądało jego wcześniejsze życie, wiedziała, że to trudno byłoby pewnie nawet nazwać namiastką, bo mieli sobie wykupić wycieczkę, mimo wszystko jak dla niej był to i tak spory krok, bo praktycznie większość swojego życia spędziła w Londynie. Nigdy nie miała powodów, aby opuszczać okolicę, no może poza paroma konferencjami naukowymi, gdzie jednak jakoś szczególnie nie przywiązywała wagi do otoczenia, bo skupiała się na tym, aby poszerzać swoją wiedzę.

Po raz kolejny zatrzymała się, tym razem jednak dosłownie na moment. Nie mogli co chwilę przystawać w miejscu, bo przez to chodniki robiły się niepotrzebnie zatłoczone. Nie obeszło się jednak bez krótkiego zawieszenia wzroku na twarzy męża. - Co zrobił? - Pokręciła jeszcze głową z niedowierzaniem. Powinna się tego spodziewać? Chyba? Nie wydawało jej się, aby Cornelius odczuwał potrzebę weryfikacji jej życiowych decyzji, jak widać jednak mogła nieco się mylić. Nigdy nie wątpiła, że jest między nimi bardzo silna, przyjacielska więź, aczkolwiek sądziła, że ufa jej osądowi, najwyraźniej jednak musiał zweryfikować to, co  planował Benjy. W końcu byli przyjaciółmi. - Nie spodziewałam się tego, że w moim życiu jest tylu mężczyzn, którzy się o mnie martwią. - Dodała jeszcze. Wolała nie wracać do tej całej sprawy związanej z ojcem, niesamowicie ją jednak bawiło to, że i Corio musiał dodać swoje trzy grosze. Przed oczami już widziała tę jego poważną minę, to musiała być dość niezręczna rozmowa zważając na to, że on i Benjy byli blisko.

- Czyli to taka drobna zemsta? Cornelius potrafi maglować. - Nie miała, co do tego najmniejszych wątpliwości, w końcu od kilku lat razem pracowali. - Na pewno doceni, myślę, że będzie zachwycony. - Dodała jeszcze z uśmiechem, tak właściwie to nie pamiętała, kiedy ostatnio miała więcej niż kilka dni wolnego, coraz bardziej ten pomysł wydawał jej się słuszny.

Wtedy to jej mąż się zatrzymał. Mieli dzisiaj drobne problemy z poruszaniem się, cóż, ich rozmowa była na tyle zaskakująca, że najwyraźniej nie byli w stanie iść przed siebie aby nie podkreślać tych momentów niedowierzania. Nie było to wcale takie złe, zważając na to, że Benjy nadal nie był stuprocentowo sprawny.

- Kto by się spodziewał, że taki nieustraszony klątwołamacz nie lubi świstokliów. - Kącik ust uniósł jej się w uśmiechu, to była dla niej nowość, nie spodziewała się, że ma jakąś awersję do takiego sposobu podróżowania.

- Widzisz, właśnie dlatego warto jednak sprawdzać jak coś ma działać, i mieć pewność, że przeniesie Cię dokładnie tam, gdzie masz się znaleźć, a nie w jakieś szemrane miejsce, aligatory postanowiły zjeść z Toba obiad? Czy zjeść Ciebie na obiad z racji, że przerwałeś im rodzinne spotkanie? - Raczej zakładała drugą opcję, chociaż musiała nie dojść do skutku bo Benjy nadal żył. Jak widać często przytrafiały mu się sytuacje, które jej by się nawet nie przyśniły.

- Dobrze, w takim wypadku przez Twoje negatywne doświadczenia związane z transportem magicznym możemy skorzystać z tego mugolskiego. - Nie, żeby ufała im sposobom bardziej od tych magicznych, ale to był całkiem prosty wybór. Skoro Benjy miał się poczuć lepiej, nie widziała innej możliwości.

- Oczywiście, że już ją masz, jakże mogłoby być inaczej. - Pokręciła jeszcze głową i nieco przyspieszyła kroku. Musiała nie myśleć, łatwo mówić, gorzej zrealizować.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
16.03.2026, 01:32  ✶  
Ten spacer naprawdę zaczynał mi się podobać, było w nim coś dziwnie lekkiego - coś, czego dawno nie czułem - miasto powoli wracało do życia, ludzie mijali nas w swoim rytmie, a ona szła obok mnie, próbując nie myśleć za bardzo. Nie powiedziałem tego na głos, ale kiedy lekko ścisnąłem jej dłoń, było w tym coś z tamtej starej, instynktownej czułości, która zawsze pojawiała się przy niej trochę wbrew logice. Od dziecka miała tę tendencję do rozkładania świata na czynniki pierwsze, do szukania logiki tam, gdzie zazwyczaj rządził czysty chaos, i chociaż bywało to fascynujące, wiedziałem też, jak bardzo potrafiło być dla niej wyczerpujące. Ja natomiast kochałem ten moment, w którym plan się sypał, a instrukcja lądowała w kominku, bo dopiero wtedy zaczynało się prawdziwe życie, zaś podążanie za sztywnymi podpunktami do wykonania było dla mnie koszmarem. Fakt, że pozwalała mi być tym jedynym elementem irracjonalności, któremu ufała, był dla mnie największym komplementem, jakiego mogłem się spodziewać po kobiecie o tak ścisłym podejściu do życia.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy stwierdziła, że myślała, iż to było denerwujące, jednak nie od razu postanowiłem rzucić na to jakieś światło, przez chwilę po prostu patrzyłem przed siebie na bruk Pokątnej, na ludzi mijających nas w obu kierunkach, ale tak naprawdę widziałem raczej coś sprzed lat niż to, co było tu i teraz - głowę Prue pochyloną nad książką w bibliotece Hogwartu, ten charakterystyczny wyraz skupienia, który pojawiał się na jej twarzy, kiedy rozkładała jakiś problem na czynniki pierwsze, i siebie obok, znudzonego po pięciu minutach, ale zostającego tam i tak, bo z jakiegoś powodu nie miałem ochoty być gdziekolwiek indziej.
Parsknąłem cicho.
- Plawdopodobnie nie chciałabyś wiedzieś, w jakim dokładnie sensie było to dlaszniące. - Odparłem, lekko mrużąc oczy przed słońcem, które przebijało się przez chmury. Nie powiedziałem tego z żadną szczególną powagą, raczej z tą autoironiczną lekkością człowieka, który doskonale pamiętał własne siedemnastoletnie myśli i nie zamierzał udawać, że były szczególnie szlachetne. Zawahałem się, jakbym szukał odpowiednich słów, ale prawda była taka, że wcale nie musiałem ich długo szukać, miałem do niej słabość, której nie potrafiłem wykorzenić żadnym mi znanym sposobem - ani przesadną wrogością, ani dystansem - a teraz, patrząc na jej skupioną twarz, poczułem tę znajomą chęć, by po prostu przerwać ten potok logicznych argumentów w jedyny skuteczny sposób. Znałem to uczucie aż za dobrze, pamiętałem je jeszcze z czasów Hogwartu, kiedy mieliśmy po naście lat i finalnie spędzaliśmy ze sobą więcej czasu niż z kimkolwiek innym, nawet jeśli nie zawsze chcieliśmy do tego doprowadzać.
Przystanąłem na moment, ignorując lekki ból w boku, pod żebrami, który przypominał o moich ostatnich zawodowych „przygodach”, i spojrzałem na nią z nieskrywanym rozbawieniem, zastanawiając się, jak wyglądałby pierwszy rozdział takiej pracy, napisanej przez kogoś tak uporządkowanego jak ona. Przez chwilę milczałem, pozwalając jej mówić dalej, a potem wzruszyłem ramionami, kiedy zapytała, czy to praktycznie działa.
- Blak zasad działa jako zasada, ale jedynie dlatego, sze kiedy nie masz planu, nie moszesz go zepsuś. - Zmrużyłem oczy, to była jedna z tych rzeczy, których nauczyłem się bardzo dawno temu, jeszcze zanim świat stał się tak skomplikowany, zanim pojawiły się wszystkie te sprawy, które próbowały nas rozdzielić. - Jeśli napisałabyś instlukcję obsługi spontaniczności… - Kontynuowałem, wypychając policzek językiem i właściwie, to już nie kończąc, bo przecież oboje wiedzieliśmy, czym by to mogło poskutkować…
Zrobiłem krok przed siebie, nie pozwalając jednak, by ten krótki moment zatrzymania na środku Pokątnej zamienił się w sformalizowany postój. Ruszyliśmy dalej chodnikiem, mijając kolejne sklepy i ludzi, a ja przez chwilę pozwoliłem sobie po prostu cieszyć się tym spacerem, bo było w tym coś absurdalnie normalnego - po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, zwykłe chodzenie ulicą z nią za rękę miało w sobie jakąś dziwnie przyjemną prostotę.
Przez chwilę milczałem, słuchając dalszego potoku jej myśli, tej charakterystycznej logiki, która próbowała znaleźć strukturę nawet tam, gdzie z definicji jej nie było - i, cholera, naprawdę lubiłem patrzeć, jak jej mózg pracuje, kiedy jednak wspomniała, że nic złego się nie wydarzy, skoro to moja specjalność, pokręciłem głową z cichym rozbawieniem. Nie rozwijałem tego tematu, bo lista moich nie do końca chwalebnych doświadczeń z BHP w podróży była długa i niekoniecznie nadawała się na spokojny spacer po Pokątnej. Wiedziała, na co się pisze? Owszem, ale ja też wiedziałem… I za nic na świecie nie zamieniłbym tego denerwującego, analitycznego i absolutnie wyjątkowego umysłu przeprowadzającego głębokie wyliczenia optymalizujące pojęcie „spontaniczności” na żadną samodzielną, jednoosobową przygodę, jaką ten świat miał mi jeszcze do zaoferowania, więc może faktycznie - było coś w tym, że zamierzałem postarać się, by to nasze wspólne doświadczenie było pierwszym, nie ostatnim. To miała być podróż poślubna, nie stresująca, chaotyczna katorga.
Wzmianka o Corneliusie sprawiła, że moje rozbawienie pogłębiło się, chociaż podszyte było lekkim zażenowaniem na wspomnienie tamtej rozmowy w jego tymczasowym gabinecie. Wzruszyłem niedbale ramionami, bo chociaż przyjaciel potrafił być wrzodem na tyłku, to w tej konkretnej sytuacji moja własna porywczość podstawiła mi nogę, zanim on w ogóle zdążył otworzyć usta. Prawda była taka, że to ja pierwszy wpadłem do niego nabuzowany, gotów wygarnąć mu kilka spraw, a on - jak to on - po prostu bezczelnie to wykorzystał, patrząc z tym swoim politowaniem, jak sam zapędzam się w kozi róg. Corio był świetnym kumplem, ale jako śledczy potrafił być gorszy niż najbardziej wyrafinowany rewirowy z ministerialnej jednostki, konfrontując się ze mną, z neutralnie badawczą miną niewiniątka, która nie oszukała mnie ani przez sekundę - wiedział doskonale, że moje plany dotyczące powrotu na samotny szlak stały się nagle bardzo mgliste, odkąd pewna osoba znów pojawiła się w centrum mojego świata. Ten złamas bawił się moją sytuacją, widząc we mnie „przegrany przypadek”, człowieka, który myślał, że panuje nad swoim życiem, a w rzeczywistości był całkowicie uwiązany na niewidzialnej smyczy uczucia, której nie potrafił i nie chciał przeciąć. Wiedział, że jestem beznadziejnie zakochany i że każda moja opowieść o „wolności” i „braku zobowiązań” to tylko marna zasłona dymna, wykręcił narrację, złapał mnie tym, że on również martwił się o Prudence, co z pewnością było w pewnym stopniu prawdziwe, ale tak naprawdę chciał jeszcze zobaczyć, jak wiję się pod jego spojrzeniem, próbując wyjaśnić mu, dlaczego nagle Londyn stał się dla mnie najciekawszym miejscem na ziemi.
- Właściwie... To nie on zaczął. - Przyznałem niechętnie, musząc to powiedzieć, niemal bez ruchu warg. - Ja się pielwszy odpaliłem, a ten złamas po plostu to podchwycił. - On tylko, kurwa, przejął piłeczkę i rozegrał to po swojemu, i chyba to było najgorsze. - Wyskoczył na mnie jak aulol na podejszanego, co było co najmniej komiczne, bioląs pod uwagę, sze znamy się od dzieciaka. - Potrząsnąłem głową, przypominając sobie tamten moment - to, jak bardzo Lestrange czerpał sadystyczną przyjemność z faktu, że przejrzał mnie na wylot, zanim sam przyznałem się przed sobą do jakichkolwiek planów związanych z osiedleniem się na Wyspach - niemal prychnąłem na wspomnienie powagi, z jaką Corio wyliczał mi potencjalne obowiązki względem „dobra ogółu”, czyli de facto spokoju ducha nas wszystkich.
Na jej uwagę pokręciłem głową, po czym spojrzałem na nią znacząco - faktycznie, wielki jak dąb klątwołamacz mający obiekcje do świstoklików brzmiał jak kiepski żart, ale po kilku lądowaniach w miejscach, które zdecydowanie nie figurowały w planie podróży, człowiek nabierał zdrowego dystansu do magicznej natychmiastowości, w praktyce, bagno w Luizjanie naprawdę zostawiało człowieka z pewnymi refleksjami na temat magicznego transportu podlegającego niesamodzielnej kontroli.
- Śmiej się, śmiej, ale zapewniam cię, sze lądowanie w samym ślodku gadziego zeblania losinnego nie naleszy do najbalsiej lelaksujących doświadczeń, jakie może zaselwowaś ci magia. - Odruchowo wywróciłem gałkami ocznymi, szczęśliwie dostrzegając, że gdy to robiłem, już praktycznie wcale nie łupało mi pod skroniami. Rozmowa o świstoklikach przywróciła mi przed oczy ten nieszczęsny obraz florydzkich odludzi, który prawdopodobnie miał zostać ze mną do końca moich dni, jako przestroga przed zbytnią pewnością siebie w kwestii magicznej nawigacji. Moja niechęć do tego środka transportu nie wynikała z tchórzostwa, ale z czystego pragmatyzmu kogoś, kto musiał kiedyś tłumaczyć się stadu aligatorów, że ich pora karmienia nie powinna obejmować brytyjskiego czarodzieja, który po prostu pomylił koordynaty o kilkanaście mil.
- Nie dziw się więc, sze tylu męszczyzn się o ciebie maltwi, bo w oczach choćby takiego Colio jesteś plawdopodobnie jedyną osobą, któla jest w stanie utszymaś mnie w lysach i splawiś, bym nie skończył jako pokalm dla wspomnianych aligatolów w jakiejś zapomnianej pszes bogów dżungli. - Mruknąłem jeszcze - to, jak szybko przejęła inicjatywę i jak naturalnie zaczęła planować nasze wspólne wyjście z jej strefy komfortu, imponowało mi bardziej, niż bym to przyznał na głos.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
16.03.2026, 08:43  ✶  

Nie było najgorszym pomysłem wspólne udanie się na spacer. To pomogło odciągnąć myśli od minionych wydarzeń, ten dzień wydawał się tak zwyczajnie normalny. Szli sobie uliczkami Londynu, jakby nigdy nic. Dyskutowali o filozofiach życiowych bardzo lekko. To było całkiem przyjemną odmianą od tego, co ostatnio w nich uderzyło. Świeże powietrze okazało się mieć na nich niezły wpływ. To nie tak, że zupełnie zapomniała o tym, co się stało, jednak nie wracała teraz do tego co chwilę.

- Tak myślisz? Wiesz, że ja lubię wiedzieć, tak po prostu, wiedzieć wszystko, bez względu na to, czy spodoba mi się ta wiedza, czy nie. - Nie musiał jej jednak tego wykładać, przez ostatni czas bowiem miała już szansę się dowiedzieć, że większość tego, co myślała na temat ich relacji w przeszłości była bujdą, grą w którą grali, żeby nie pozwolić siebie zbytnio zranić. Było to jakąś metodą, która nie do końca działała, bo bez względu na to, jakby na siebie krzywo nie spoglądali, po jakie słowa by nie sięgali, to nie dało się zmienić tego, co kryło się głębiej. Mieli do siebie sentyment, słabość, jak zwał tak zwał. W końcu poszli po rozum do głowy i to zaakceptowali, tak było prościej. Nie musieli się dłużej męczyć. Mimo tych różnic w zachowaniu potrafili odnaleźć się w swoich światach i to też świadczyło o tym, że niektórych rzeczy nie dało się uniknąć.

- Nie masz planu, więc nie możesz go zepsuć, jasne. - Zmrużyła znowu oczy, zastanawiała się nad tym nieco bardziej. - Czyli każde zakończenie jest sukcesem? Bo nigdy nie masz założeń, więc bez względu na to, co zrobisz, jak to zrobisz to możesz być zadowolony z efektu? - Nie do końca jej to grało, ale może miało to jakiś sens? Sytuacji w których mógł się znaleźć bez planu było wiele, co więc było miarą jego powodzenia? Przeżycie? Wolała się nad tym głębiej nie zastanawiać, bo jeszcze doszłaby do jakichś wniosków, których wcale nie chciałaby widzieć. - Dobra, nie będę tego pisać, nie zrobię tego, bo faktycznie to mogłoby popsuć całą zabawę, a nie chcę być jej niszczycielem. - Zbyt wiele razy była dla wszystkich wokół głosem rozsądku, którego nikt nie chciał słuchać. Zbyt poważna jak na swój wiek, zbyt przejmująca się. Zauważyła już przecież, że czasem to nie jest potrzebne, że można odpuścić, Benjy jej to pokazał w praktyce.

Rozłożyła to sobie na czynniki pierwsze, w miarę szybko, w miarę logicznie, mimo, że przecież nie miała tego zrobić i doszła do tych całkiem pozytywnych wniosków. Jej mąż miał doświadczenie, wiedział co ją męczy, na pewno nie pozwoliłby na to, żeby odczuwała dyskomfort w ich pierwszej, wspólnej podróży, to było całkiem proste do zrozumienia, nie miała powodu, aby nie zgodzić się na tę spontaniczną wycieczkę, niech mu będzie. Na pewno doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że było to tylko i wyłącznie jego zasługą, gdyby ktoś inny zaproponował jej coś takiego to nigdy by się nie zgodziła, jej zaufanie do jego osoby było naprawdę wyjątkowe.

- Nieźle, sam na siebie to ściągnąłeś. - Pokiwała głową z aprobatą, jak widać ta jego spontaniczność działała wyjątkowo dobrze. Gdyby dał sobie trochę czasu, nie reagował od razu pewnie miałby szansę tego uniknąć, jak widać jednak niekiedy przeczekanie nie było najgorszą, możliwą opcją. Z drugiej strony bawiła ją wizja tej dwójki, która się ze sobą konfrontowała, być może nie powinna tak na to patrzeć, ale czuła, że to była naprawdę interesująca rozmowa. Corio jak nikt inny potrafił trafiać w sedno i nie szczypał się ze słowami, wykorzystywał okazję, aby powiedzieć wszystko, co zdążył zauważyć, a jak nikt inny potrafił łączyć fakty, widział więcej, niż większość osób. - Potrafię sobie to wyobrazić, bo być może my nie byliśmy sobie bliscy od dziecka, to jednak na przestrzeni lat miałam szansę zobaczyć w jaki sposób działa, może nawet trochę Ci współczuję. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, bo sama chyba nie chciałaby się znaleźć w podobnej sytuacji. Corio potrafił wyciągnąć z człowieka wszystko, wystarczyła chwila.

- Nie wątpię w to, na szczęście udało Ci się podziękować im za gościnność jak mniemam? - Inaczej przecież by tu przed nią nie stał. Co by nie mówić, to jego podejście do życia działało, trafiał w miejscach, w których nie powinien się znaleźć, ale udawało mu się je opuścić w jednym kawałku, a to było coś. Nie sądziła, że inni mieliby tyle szczęścia, zresztą nie uważała, że było to szczęściem, miał swój sposób działania i on działał. Nie miała zamiaru tego negować.

- Nie mam wielkiego parcia na magiczne podróże. - Tak właściwie to nie miała żadnych założeń jeśli o to chodzi, nie robiło więc jej zbyt wielkiej różnicy to, w jaki sposób mieliby się znaleźć w miejscu do którego się wybierali. - Jako, że nie mam praktycznie żadnego doświadczenia nie mam problemu z tym, aby dostosować się do Ciebie. - Nie było to nic wielkiego. Zresztą tak naprawdę skoro nie miała mieć żadnego planu, nie miała tego rozkładać na części pierwsze to zamierzała wszystko zrzucić na niego, aby mógł się popisać swoim doświadczeniem, bo dlaczego by nie?

- Widać Corio ma we mnie większą wiarę niż ja sama, nie sądzę, aby ktokolwiek był w stanie utrzymać Cię w ryzach. - Nie wydawało jej się to w ogóle możliwe, bo Benjy był Benjy'm zawsze robił to, co akurat przyszło mu na myśl. Jasne, wiedziała, że nieco zmienił swoje nastawienie przez to, że pojawiła się w jego życiu, postanowił zostać w Londynie, zamieszkać z nią, co było naprawdę sporą zmianą dla jego osoby, ożenił się z nią, to mówiło samo za siebie, nie zmieniało to jednak faktu, że jego podejście do życia było wyjątkowo spontaniczne, ale wiedziała na co się pisze, prawda? Nie miała powodu, aby narzekać, potrzebowała odrobiny chaosu w swoim ułożonym życiu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.03.2026, 00:11  ✶  
Słońce przesuwało się powoli między dachami Pokątnej, rozlewając jasne plamy światła na wilgotnym bruku. Ludzie mijali nas w obie strony, rozmowy mieszały się ze stukiem podeszw setek butów i trzaskiem drzwi sklepów, a ja przez chwilę pozwoliłem sobie iść w ciszy, czując jej dłoń w swojej. Spacer był dobrym pomysłem, po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, możliwość spokojnego stawiania kroków prowadzących właściwie donikąd była czymś niemal luksusowym. Miasto żyło dalej, jakby tamta noc była tylko nieprzyjemnym snem, nawet jeśli pod tą zwyczajnością wciąż siedziało coś ciężkiego - wiedziałem to, ona też wiedziała, a jednak wyjście zdecydowanie pomogło nam to odciągnąć myśli od minionych wydarzeń, od tego całego syfu, który jeszcze niedawno oblepiał nasze płuca jak gęsta, londyńska sadza. Stolica całkiem szybko wylizała rany, w ten specyficzny, angielski sposób udawała, że wszystko jest w porządku, ale bardzo delikatny zapach spalenizny wciąż unosił się gdzieniegdzie w chłodniejszym powietrzu, wgryzając się w wełniane płaszcze i przypominając o tym, że jeszcze niedawno, nieco ponad miesiąc temu, to miasto stało w płomieniach. Szliśmy ramię w ramię, a ja czułem każdy centymetr dystansu, który nas dzielił, i każdy gram przyciągania, który kazał mi skracać ten dystans przy każdym kroku. Słuchałem Pruey i tego, jak rozkładała moją życiową filozofię na czynniki pierwsze, próbując ubrać brak ram w logiczne ramy, i nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu, który przez praktycznie cały ten czas błąkał się w kącikach moich ust. Była taka... Poukładana, nawet kiedy próbowała zrozumieć mój chaos, robiła to w sposób analityczny, jakby chciała rozpisać moją spontaniczność na jebanym wykresie. To mnie w niej fascynowało od zawsze, chociaż przez lata nie potrafiłem ubrać tego w odpowiednie słowa… Albo po prostu byłem zbyt wielkim gnojkiem, żeby to zrobić.
- Skolo tak balso chcesz wiedzieś wszystko, to ploszę balso. - Nigdy nie byłem dobry w ubieraniu uczuć w ładne słówka, wolałem walić prosto z mostu. Skróciłem dystans między nami, pochylając się ku niej i ignorując na moment przechodniów. Nie dbałem o to, że ludzie nas mijali, bo tak bardzo zwolniliśmy, że prawie się zatrzymaliśmy, przez chwilę liczyło się tylko to, jak słońce odbijało się w jej oczach. - Byłaś, i wciąsz jesteś, sklajnie całowalna, nawet gdy upielasz się pszy poszukiwaniu instluksji obsługi do szeszy, któle powinny dziaś się instynktownie. - Przystanąłem na moment, patrząc na to, jak późnojesienne promienie odbijają się w jej oczach, wydobywając z nich bursztynowe refleksy, i poczułem to znajome szarpnięcie w klatce piersiowej - ten rodzaj czułości, który zawsze starałem się maskować głupim uśmiechem albo ciętą ripostą - to była cała Prudence, nawet spacer po ruinach dawnego życia i fundamentach nowego potrafiła zamienić w analizę matematyczną sukcesu i porażki. - To działa człowiekowi na nelwy w balso konkletny sposób. - Puściłem do niej oko, wracając do marszu, tak, chciałem sprawdzić, jak daleko mogę się posunąć, zanim wybuchnie, i cholera, do dziś uważałem, że te nasze kłótnie były najbardziej erotyczną rzeczą, jaka spotkała mnie w murach tamtego zamku. Byliśmy na siebie skazani od pierwszej chwili w pociągu, bez względu na to, jak krzywo na siebie spoglądaliśmy, po jakie ostre słowa byśmy nie sięgali, nie dało się zmienić tego, co kryło się głębiej - mieliśmy do siebie sentyment, słabość, jak zwał tak zwał - na szczęście w końcu poszliśmy po rozum do głowy i zaakceptowaliśmy łączące nas więzi, tak było po prostu prościej, nie musieliśmy się dłużej męczyć z tymi maskami, które piły nas w twarze od czasów Hogwartu. Mimo tych wszystkich różnic w zachowaniu, nie tylko potrafiliśmy krótkotrwale odnaleźć się w swoich światach, lecz także tworzyć ten wspólny - i to był najlepszy dowód na to, że niektórych rzeczy, niektórych ludzi, po prostu nie dało się uniknąć. Chciałem ją rozpraszać, chciałem być tym jedynym czynnikiem, którego nie potrafiła przewidzieć w swoich równaniach.
- Nastoletni ja nie myślał o twoich filozofiach szyciowych, Pluey, pszyklo mi. Myślał o tym, jak by to było przycisnąś cię do ściany w jakimś ciemnym kolytaszu albo za legałem w bibliotece i splawdziś, czy twoje usta są lównie wymowne, gdy nic nimi nie mówisz. - Nie zatrzymaliśmy się, dalej szliśmy powoli pomiędzy ludźmi, ale kącik ust drgnął mi lekko. Moje myśli mimowolnie cofnęły się o lata, do tamtego dzieciaka z pociągu, który nie miał pojęcia, że ta dziewczyna stanie się jego kotwicą i przekleństwem jednocześnie. Wtedy to było proste, byliśmy dwojgiem dzieciaków szukających swojego miejsca w zamku, opiekuńczy wobec siebie w sposób, który teraz wydawał mi się niemal ironiczny. Troszczyłem się o nią, zanim jeszcze wiedziałem, co to słowo naprawdę oznacza w świecie dorosłych, ale potem wszystko szlag trafił. Trzeci rok był cezurą. Niewinność wyparowała, a na jej miejsce weszła ta duszna, irytująca i cholernie pociągająca rywalizacja. Byłem gówniarzem, buzowały we mnie hormony i ta dziwna, mroczna fascynacja jej osobą.
Pamiętałem, jak patrzyłem na nią w Wielkiej Sali, czując, że coś się zmienia, nie byłem już tylko chłopcem, który chciał się z nią szlajać po błoniach, stałem się młodym mężczyzną, który patrzył na jej usta i zastanawiał się, jak smakują, gdy przestaje nimi rzucać te swoje drażniąco logiczne argumenty. Chciałem ją rozpraszać, chciałem być powodem, dla którego gubiła wątek. Może i byłem wtedy bezczelnie napalonym gówniarzem - nie zamierzałem temu zaprzeczać, skoro teraz, jako jej mąż, mogłem być z nią szczery - miałem swoje fantazje, miałem te wszystkie wizje, w których odgarniałem jej włosy z oczu tylko po to, by za chwilę je potargać i sprowokować ten błysk irytacji, który tak bardzo uwielbiałem, ponieważ ten ogień w jej spojrzeniu był wart każdej kłótni. Wydawało się, że tak już zostanie…
Potem była ta długa, prawie piętnastoletnia dziura, wyjazd z kraju, ucieczka przed samym sobą - dorosłość przyszła później, razem z odległością - lata, które spędziliśmy osobno, zrobiły z nami swoje. Ja wyjechałem, wpakowałem się w robotę, która rzucała mnie po świecie bez żadnego planu, a ona została tutaj i zbudowała życie oparte na zupełnie innych zasadach, aż w końcu ten cholerny Londyn stanął w ogniu. Reszta potoczyła się jak seria decyzji, których nikt z nas nie planował. Gdy przycisnąłem ją do ściany w tym dymie, nie wiedząc nawet, że to ona, poczułem coś, czego nie potrafiłem nazwać. A kiedy mnie pocałowała…
- Widzisz, skalbie, ty nazywasz to „blakiem planu”, ja nazywam to po plostu „blakiem oglaniczeń”. W gluncie szeszy istota jest taka sama. - Przesunąłem dłonią po karku, spojrzałem przed siebie i pokiwałem głową z lekkim rozbawieniem. - W pewnym sensie tak. Bo jeśli nie masz planu, to nie jesteś pszywiązana do jednego wyniku. - Spojrzałem na nią z boku. - Czasem wychodzi coś lepszego nisz mogłabyś pszewidzieś. - Nie była to filozofia, którą można było zapisać w podręczniku, ale działała, a przynajmniej działała dla mnie, jej zaufanie było jednak czymś zupełnie innym. Wiedziałem doskonale, że zgodziła się na tę podróż tylko dlatego, że zaproponowałem ją ja, i to była jedna z tych rzeczy, które człowieka jednocześnie bawiły i trochę przerażały, bo zaufanie to cholernie poważna waluta.
Szliśmy dalej przez Pokątną powoli, w tempie, które bardziej przypominało włóczenie się niż spacer z jakimkolwiek celem, ludzie mijali nas w obie strony, ktoś gdzieś się śmiał, ktoś inny zamykał drzwi sklepu, a ja miałem dziwne wrażenie, że po raz pierwszy od wielu dni naprawdę oddychałem normalnie - nie było podejrzliwości, nie było niepokoju, nie było tej cholernej adrenaliny, która wżerała się w kości i nie chciała puścić, było słońce, jesienne powietrze i jej dłoń w mojej. Uśmiechnąłem się pod nosem, czując to charakterystyczne ukłucie satysfakcji, bo fakt, że mi ufała, że oddawała ster w moje ręce, był dla mnie wart więcej niż wszystkie galeony w skarbcu Gringotta. Londyn szumiał wokół nas, ale dla mnie liczył się tylko ten jej badawczy wzrok i to, jak lekko marszczyła nos, próbując zrozumieć moją filozofię braku planu. Wiedziałem, że potrzebowała tego mojego chaosu tak samo mocno, jak ja potrzebowałem jej ułożonego świata, żeby zupełnie nie odpłynąć - skończyło się na tym, że stała się moją kotwicą, nawet jeśli przez lata udawaliśmy, że ta lina dawno pękła.
- Sztywne zasady są dla ludzi, któszy dostają apopleksji na myśl o implowizacji, Pluey, a ty boisz się jej mniej, nisz ci się wydaje, skolo tu ze mną stoisz. Nie sądzę, byś mogła cokolwiek zepsuś swoim podejściem. - Była to szczera prawda, nie próbowałem jej okłamywać ani pocieszać bez powodu, naprawdę uważałem, że była bardziej spontaniczna niż ktokolwiek mógłby pomyśleć, nawet ona sama, po prostu potrzebowała znaleźć ku temu okazję.
Wróciło do mnie wspomnienie tamtej wizyty na wsi, to był jeden z tych momentów, które zaczynają się zupełnie niewinnie, a kończą tym, że człowiek orientuje się, iż dał się sprowokować jak ostatni idiota. Teraz brzmiało to jak anegdota, wtedy naprawdę mnie wkurzył.
- Właściwie nie zostawił mi wybolu, sam się o to plosił, jako pielwszy. - Zatrzymałem się na moment przy krawędzi chodnika, przepuszczając grupę czarodziejów z ciężkimi torbami pełnymi zakupów. - Nieźle mnie podszedł, pszyznaję… - Wzruszyłem ramionami, starając się zachować maskę faceta, którego nic nie rusza, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to tylko pozory. Nie była to zresztą rozmowa, do której w ogóle planowałem doprowadzić, wpadłem wtedy do niego z bardzo konkretnym powodem - po pożarach musiałem przegadać kilka rzeczy, Cornelius miał jednak tę irytującą zdolność patrzenia na ludzi i wyciągania wniosków szybciej, niż sami byli gotowi je przyznać, czego nigdy szczególnie nie lubiłem, bo zawsze wykazywał talent do takich rzeczy. Nie naciskał wprost, raczej ustawiał rozmowę tak, żeby druga strona sama powiedziała dokładnie to, co próbowała ukryć. Pamiętałem jego pierwsze zdanie, po rozpoczęciu bardziej zażartej rozmowy, aż za dobrze.
„Jeśli masz zamiar być wściekły, Benjy, to przynajmniej rób to konkretnie.”
- Poszedłem do niego w innym celu. - Powiedziałem spokojnie. - Musiałem doplecyzowaś palę szeszy. Tszymałem u niego na stlychu tlochę sprzętu. Leszta spłonęła lasem s kamienicą, w któlej wynajmowałem pokój s aneksem, by nie zwalaś się komuś na głowę, w mojej sytuacji. Szedłem tam, zanim… - Urwałem wymownie, odchrzakując. Przez pewien czas trzymałem tam parę rzeczy - sprzęt, notatki z wypraw, kilka artefaktów, które nie nadawały się do przechowywania w zwykłym londyńskim mieszkaniu. - Gdy cofnąłem się na Holysontalną, zostało tylko to, co miałem u chłopaków i co zablałem ze sobą, ale pozostały inne kwestie, któle naleszało omówiś. - Wzruszyłem lekko ramionami, nie był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy coś spłonęło razem z kawałkiem przeszłości, rzeczy materialne miały przy mnie raczej krótką żywotność - gubiłem je, zostawiałem, czasem sprzedawałem, czasem po prostu znikały gdzieś po drodze.
- I pszy okazji dowiedziałem się jednej szeszy, któla balszo mi się nie spodobała. - Mój głos pozostał spokojny, ale był w nim ten twardszy ton, który pojawiał się, kiedy coś naprawdę mnie uwierało. Zwolniłem trochę krok, jakbym chciał jej dać czas na skupienie się na tym, co zaraz powiem. - Zdajesz sobie splawę, sze złamałaś dane mi słowo? - Nie brzmiało to jak oskarżenie, lecz jak stwierdzenie faktu, który już dawno przetrawiłem. Przez moment milczałem, pozwalając, żeby to zdanie zawisło w powietrzu między nami. Pamiętałem dokładnie, jak zadziałała na mnie ta informacja - byłem zmęczony, wkurzony i jeszcze nie do końca przytomny po tym wszystkim, co wydarzyło się na ulicach, a on powiedział to tak spokojnie, jakby informował mnie o pogodzie. Mówił to tonem tak opanowanym, jakby opowiadał o spacerze po parku, podczas gdy ja czułem, jak coś we mnie powoli się napina.
- I wtedy tlochę się zagotowałem. - Prychnąłem pod nosem. - Mosze nawet balsiej nisz tlochę. - Dodałem od razu, doskonale wiedząc, jak to brzmiało - to była ta część, która naprawdę mnie wkurzyła, nie dlatego, że nie ufałem jej decyzjom, raczej dlatego, że pamiętałem dokładnie moment, w którym poprosiłem ją, żeby została w środku. -Obiecałaś mi, sze zostaniesz w Ministerstwie, gdzie będziesz bezpieczna. Pomogłem ci tam dotsześ tylko po to, szebyś była poza zasięgiem tego piekła. A co zlobiłaś? Wyszłaś plosto w ten ogień, i to jeszcze pod lamię s Colneliusem. Powiedzmy, sze miałem mu to za złe. - Skrzywiłem się lekko, czując jeszcze echo tamtej złości. - Musiałem mu to wygalnąś, nie mogłem zdzielszyś, sze nalaził cię na takie niebespieczeństwo, nawet jeśli to była twoja decyzja. Colio obelwał, bo zasłuszył. - Zawyrokowałem, wracając do tematu jej szefa, kumpla i samozwańczego starszego brata, a mojego przyjaciela z dziecięcych lat. Znałem go od lat, wiedziałem dokładnie, kiedy zaczynał grać, ale to wcale nie znaczyło, że potrafiłem nie reagować. Zamknął drzwi, oparł się o biurko i kontynuował rozmowę tonem, który doskonale znałem - tym spokojnym, prawie uprzejmym głosem, za którym kryła się czysta prowokacja. Najpierw zapytał, czy planuję jednak zostać w Londynie, potem, czy zdaję sobie sprawę, że jej życie wygląda zupełnie inaczej niż moje, a na końcu rzucił pytanie, które było właściwie pułapką nie do rozbrojenia.
- Kląszył wokół tematu jak cholelny sęp nad padliną.
„Benjy, czy ty się przypadkiem nie martwisz?”
„Benjy, czy ty się przypadkiem nie przywiązujesz?”
„Benjy, czy ty przypadkiem nie masz z tym nadmiernego problemu?”
„Benjy, zastanawiam się tylko, czy zdajesz sobie sprawę, że od pewnego czasu twoje decyzje przestały dotyczyć wyłącznie ciebie.”
„Benjy, problem z tobą polega na tym, że jesteś wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, w co się pakujesz, i wystarczająco uparty, żeby i tak to zrobić.”
„Benjy, naprawdę sądziłeś, że nie zadam tego pytania?”
- Ale powiedzmy, sze i tak balszo dobsze się bawił. - Nie było sensu udawać, że było inaczej, tamta rozmowa była głośna, szybka i pełna rzeczy, których normalnie nie mówiło się gospodarzowi, kiedy stało się w jego chałupie. Nie zrobiłem nic spektakularnego, ale powiedziałem mu bardzo wyraźnie, co o tym myślę - w jego własnym domu, w jego własnym gabinecie - i nie były to słowa szczególnie uprzejme. W przeciwieństwie do wyrzucenia Romulusa, w tym konkretnym przypadku, Corio wysłuchał wszystkiego z absolutnym spokojem, a im bardziej się nakręcałem, tym bardziej wyglądał na rozbawionego. To była prowokacja, perfekcyjnie wymierzona, pamiętałem, że przez chwilę po prostu na niego patrzyłem, analizując jego odpowiedzi i pytania, i wtedy nagle dotarło do mnie, że cały ten wybuch wcale go nie zaskoczył - on na to czekał, chciał zobaczyć reakcję, chciał usłyszeć coś, czego sam jeszcze nie powiedziałem na głos.
- Nie mieszaj się w rzeczy, które cię nie dotyczą. - Powiedziałem w końcu chłodniej niż wcześniej.
Cornelius uśmiechnął się tylko szerzej.
- Dotyczą mnie o tyle, że to moja przyjaciółka, a ty jesteś moim przyjacielem.
To był moment, w którym naprawdę miałem ochotę go uderzyć, zamiast tego pochyliłem się nad jego biurkiem i powiedziałem coś, co zakończyło tę rozmowę raz na zawsze - przynajmniej do teraz...

Zatrzymałem spojrzenie na jednej z witryn sklepowych, patrząc na nasze odbicie. Wyglądaliśmy... Normalnie. Jak mąż i żona na spacerze. Kto by pomyślał, po tym wszystkim, co przeszliśmy? Po tym durnym układzie w piwnicy u jego ciotki, po „letnim romansie”, który miał być tylko lekarstwem na samotność. Spojrzałem na nią w szybie, mrużąc oczy od słońca, nie potrafiłem jej wtedy powiedzieć „kocham cię” w sposób, w jaki robili to bohaterowie ckliwych książek, nie byłem poetą, byłem gościem, który oświadczył się w najmniej romantycznym miejscu na świecie, ranny i brudny.
Parsknąłem cicho, kiedy wspomniała o aligatorach, ten obraz był na tyle absurdalny, że wracał do mnie częściej, niż powinien - bagna, które ciągnęły się przez mile, ciężkie powietrze, w którym wszystko pachniało gnijącą wodą i roślinami, i ja stojący po kolana w błocie, z różdżką w ręce, zastanawiający się, który z tych cieni na powierzchni wody właśnie mrugnął. Zerknąłem na nią z boku, z tym półuśmiechem, który zwykle pojawiał się u mnie, kiedy wspominałem rzeczy, które w rzeczywistości wcale nie były takie zabawne.
- Tak. Balso upszejmie odmówiłem zostania na podwieczolek. To było coś w stylu „panowie, było miło, naplawdę doceniam gościnność, ale chyba już czas, szebym się zbielał”. I poszedłem. - Uśmiechnąłem się krzywo, oczywiście „poszedłem” było bardzo eleganckim określeniem na coś, co w praktyce wyglądało raczej jak bardzo szybkie przedzieranie się przez bagno w kierunku pierwszego miejsca, które wyglądało choć trochę mniej śmiertelnie.
Nie potrzebowaliśmy planu na tę podróż poślubną, tak jak nie mieliśmy planu na to życie, zasługiwaliśmy po prostu, żeby w końcu po prostu stąd wyjechać - skoro przeżyłem własną śmierć na jej rękach zaledwie tydzień po ślubie, to znaczyło, że los, w który decydowała się wierzyć bardziej ode mnie, miał dla nas coś więcej niż tylko zwyczajną egzystencję - jeśli to nie był powód, by w końcu odpuścić i po prostu być razem, to nie wiedziałem, co nim jest. Byliśmy dwojgiem ludzi, którzy przeszli przez piekło, żeby móc w końcu przejść się po Londynie jak zwyczajna para, bez gier, bez kłamstw, bez konieczności udawania, że to tylko przelotny sentyment. Szła obok mnie, mrużąc te swoje bystre oczy, analizując moją bezplanowość, jakby to było równanie matematyczne, a nie sposób na przetrwanie trzydziestu lat życia w jednym kawałku - to był mój sposób na radzenie sobie z ciągłymi zmianami otoczenia i miejsca zamieszkania - nie zakładać niczego, brać życie takim, jakie jest, i wyrywać z niego tyle przyjemności, ile się da, zanim ktoś lub coś spróbuje cię uziemić. A ona? Ona była niszczycielem dobrej zabawy tylko w teorii, w praktyce była jedyną osobą, dla której potrafiłem zwolnić. Pamiętałem wyraźnie, że już wtedy, przed laty, miałem wrażenie, jakbym przy niej ustawiał się we właściwym kierunku - nie byłem spokojniejszy, nie grzeczniejszy, to nie było w moim stylu, stawałem się raczej bardziej skupiony, jakby ktoś w mojej głowie nagle przekręcał kompas o kilka stopni i wszystko zaczynało wskazywać właściwy azymut. Wiedziałem, gdzie iść, kiedy była obok.
Zaśmiałem się cicho, słysząc jej powątpiewanie, w moich oczach wciąż była tą dziewczyną, której chciałem wywinąć jakiś numer tylko po to, żeby skupiła na mnie całą swoją uwagę, mogłem ją nawet od czasu do czasu irytować, chociaż może już nie w żaden przesadny sposób, bo jej irytacja była żywa, prawdziwa i cholernie fascynująca. Pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem i przez chwilę patrzyłem przed siebie na ulicę - ja jako człowiek, którego ktoś próbuje „utrzymać w ryzach” - przez większość życia nikt nawet nie próbował, a ci, którzy próbowali, bardzo szybko dochodzili do wniosku, że to strata czasu. Ten argument słyszałem w różnych wariantach przez większą część życia i zwykle nie miałem większej potrzeby go prostować, było w nim sporo prawdy, robiłem rzeczy, które przychodziły mi do głowy, pakowałem się w sytuacje, z których inni rozsądni ludzie dawno by się wycofali, a planowanie traktowałem raczej jak sugestię niż obowiązek.
- On uwasza, sze zaczynam się pszy tobie pilnowaś, co w jego opinii jest wydaszeniem niemal histolycznym. - Spojrzałem na nią z boku, krzywawo, ale w moim głosie dalej było to spokojne, prawie rozbawione brzmienie. - Powiedział coś w stylu „Benjy, zastanawiam się tylko, czy ty zdajesz sobie splawę, sze od pewnego czasu twoje decyzje pszestały dotyczyć wyłącznie ciebie”. - Na moment zatrzymałem wzrok na jej twarzy, jakbym oceniał, czy ta teoria ma w sobie choć trochę sensu. - Oczywiście powiedziałem mu, sze bledzi. - Stwierdziłem z czymś na kształt rozbawionej rezygnacji, bo znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że kiedy już coś sobie ubzdurał, trudno go było przekonać do zmiany wyroku. - Złamas. - Burknąłem to bez prawdziwej złości, raczej z tą znajomą irytacją, która pojawiała się tylko przy kimś, kogo znało się za dobrze. Cornelius wykazywał tę cholerną tendencję do patrzenia człowiekowi prosto w oczy i mówienia rzeczy, które były zbyt trafne, żeby je zignorować - miał w sobie tę irytującą zdolność trafiania prosto w sedno, i tę jeszcze bardziej irytującą umiejętność robienia tego z miną człowieka, który absolutnie nie ma żadnych ukrytych intencji, wcale nie bawiąc się skomplikowaną sytuacją bliskich mu ludzi. W tym wypadku miał także rację - byłem w niej ponownie zakochany po uszy w mniej niż miesiąc, a każda próba walki z tym uczuciem była jak próba gaszenia pożaru Londynu szklanką wody - to uczucie siedziało tam od lat, tylko potrzebowało odpowiedniego momentu, żeby wreszcie wyjść na powierzchnię.
Spojrzałem przed siebie, na Pokątną, która powoli wracała do życia po chaosie ostatnich tygodni.
- Więc tak. - Kącik ust uniósł mi się lekko. - Myślę, sze zasłuszyliśmy na tę podlósz poślubną. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, nikt nie miał już nam w tym przeszkodzić, nawet my sami i nasze skłonności.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
23.03.2026, 20:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2026, 20:53 przez Prudence Fenwick.)  

Czasem coś tak banalnego jak spacer wystarczyło, aby odsunąć od siebie myśli o tym, co było niewygodne, co wgryzało się bardzo głęboko. Niby nic wielkiego, ale jednak bardzo łatwo można było uznać to za normalność. Przywyknąć do tego, że tak wygląda ich życie, jakby byli całkiem zwyczajnymi ludźmi w zwyczajnym świecie. Można była zapomnieć o tym, że moment w czasie i przestrzeni, w którym żyli wcale nie należał do najprostszych. Miasto o tym przypominało, nie dało się nie zauważyć drobnych, jak i mniej drobnych śladów przypominających o minionych wydarzeniach, podczas których los znowu skrzyżował ze sobą ich drogi. Ludzie, którzy ich mijali wydawali się zachowywać jak dawniej, każdy się gdzieś spieszył, jakby miesiąc temu wcale nie doszło do wielkiej tragedii. Być może była w tym jakaś metoda, warto było skupiać się na tym, co było tu i teraz.

Nie było też niczym nowym, że nawet w takiej prostej rozmowie o braku zasad próbowała znaleźć swój punkt odniesienia, zawsze to robiła, rozkładała wszystko na czynniki pierwsze, analizowała. Nawet jeśli było to coś, czego nie powinno się robić, taka już była jej natura, aby nawet w chaosie szukać porządku. Nie powinno to być szczególnie zadziwiające, wiedziała, że Benjy jej to wybaczy, chociaż zupełnie nie zgadzało się to z jego światopoglądem. Naprawdę próbowała podejść do tego bardzo elastycznie, ale chyba nie do końca potrafiła.

Na zadane przez nią pytanie, skrócił dystans między nimi, i się zatrzymał, przez co ona przystanęła. Zadarła głowę wysoko do góry, aby na niego spojrzeć. Zupełnie ignorowali to, że nie byli tutaj sami, mijające ich osoby musiały się dostosować, trudno, nie wydawało jej się, aby ktoś pozwolił sobie ich zdeptać. Benjy nie był osobą z którą chciało się zadzierać, co do tego nie miała nawet odrobiny wątpliwości.

Zawsze chciała wiedzieć wszystko, co mogło być nieco niezdrowe, bo czasem bez tej wiedzy można było spać spokojniej, jednak uważała, że lepsze jest poznanie najbardziej drastycznej prawdy niż błogie pozostawanie w nieświadomości, właśnie dlatego postanowiła go zaczepić, chociaż nie spodziewała się, że uzyska jakąś bardzo drastyczną odpowiedź. Wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, kiedy się odezwał starała się nie drgnąć, chociaż spodziewała się podobnej odpowiedzi. Teraz, kiedy wszystko już sobie wyjaśnili łatwo było jej uwierzyć w to, że faktycznie już bardzo dawno sporo się między nimi działo, chociaż starała się tego nie zauważać, bo tak było łatwiej.

- To musi być bardzo irytujące dla kogoś, kto lubuje się w chaosie. - Uśmiechnęła się, doskonale wiedziała, jak może się czuć, bo ona miała to samo. W jego przypadku była skłonna zaakceptować wszystko to, co u innych ją denerwowało, na co nie mogła przystać w żadnych innych okolicznościach. Przywykła do tego, że przy nim nie wszystko musi być tak idealne jakby tego chciała, a lubiła kiedy jej świat był rysowany niczym od linijki.

- Wydaje mi się, że teraz rozumiem. - Nie umknęło jej jego mrugnięcie, nie zdążyła się jednak odezwać bo ponownie ruszył przed siebie, a więc i ona musiała zacząć iść, żeby nie zostać w tyle, ani, żeby nie musiał jej za sobą ciągnąć.

Lubili sprawdzać swoje granice, zaczepiać się tak bardzo, aż któreś w końcu trafiło kontrolę. Z perspektywy czasu to było całkiem zabawne w jaki sposób się przy sobie zachowywali, niby byli dla siebie zupełnie obojętni, a było wręcz przeciwnie. Nie mogli przed tym uciec, tak się po prostu działo.

- Jeśli mamy być ze sobą szczerzy, to jest to moment, w którym powinnam się przyznać, że również miewałam podobne przemyślenia, chociaż w tamtej chwili starałam je sobie bardzo mocno wyperswadować. - Łatwo było jej wrócić do tamtego czasu w ich historii, w której obwiniała się o to, że w ogóle zastanawia się nad tym, jakby to było gdyby, bo wiedziała, że nie ma prawa do takich myśli. Były bardzo intensywne i niezdrowe, zwłaszcza, że większość czasu próbowali sobie dogryzać. Nie powinna była myśleć w ten sposób o swoim wrogu, a jednak zdarzało jej się to robić, zbyt często. Nie dało się ignorować tego przyciągania, które w końcu musiało znaleźć ujście.

- Skoro tak mówisz, to nie zamierzam z tym dyskutować, w końcu to Ty jesteś specjalistą, ja tylko próbuję zrozumieć jak działa ten mechanizm. - Nie miała zamiaru dalej tego analizować. Była w tym, co mówił jakaś prawda, której nie miała szansy dostrzec wcześniej. Skoro u niego działało to przez lata... to cóż chyba potwierdzało, to co mówił. To musiało mieć jakiś większy sens. Brak planu, brak ograniczeń, brak rozczarowań.

Nadal szli przed siebie, tak właściwie to nie miała pojęcia dokąd ich nogi poniosą, to nie było istotne, grunt, że mogli przemierzać uliczki Londynu razem, to było całkiem przyjemną rozrywką, którą naprawdę doceniała. Jeszcze kilka dni temu wcale nie mogła mieć pewności, że będą mieli szansę pozwolić sobie na coś tak normalnego jak wspólny spacer. Dopiero po naprawdę nieprzyjemnych doświadczeniach doceniało się takie chwile. Ścisnęła mocniej jego dłoń, jakby chciała się upewnić, że nadal są tutaj razem, nie przestała przy tym iść dalej.

- Wiesz, że w dużej mierze to zasługa towarzystwa, wystarczy mieć przy sobie odpowiednią osobę, a można zacząć inaczej patrzeć na świat, nieco modyfikować przyzwyczajenia. - Nie miała zamiaru umniejszać jego roli w tej całej nowej dla niej spontaniczności i improwizacji. Gdyby nie on, pewnie nadal jedyne o czym by myślała to kolejne tomiska ksiąg, które czekały, aż je przeczyta.

Wcześniej nie wspominał jej nic o tej całej pogadance z Corneliusem, powinna jednak założyć, że jakaś miała miejsce. Niestety dla niej otaczający ją mężczyźni zawsze mieli coś do powiedzenia na każdy temat, a że wszyscy się ze sobą przyjaźnili, to cóż - prosiło się o to, żeby wejść w jakąś konfrontację. Wiadomo, że faceci plotkowali więcej od kobiet, chociaż usilnie próbowali udowodnić, że było zupełnie inaczej.

- Być może trochę, no odrobinę je złamałam? - Zmarszczyła nos i zmrużyła oczy. Doskonale pamiętała tamtą noc, pamiętała złożona obietnicę, tyle, że sytuacja była dość mocno żywiołowa, więc nie do końca mogła mieć pewność, co jeszcze może się wydarzyć podczas tamtej nocy, a że działo się wiele, jej pomoc mogła się komuś przydać, to postanowiła jednak nie siedzieć w ministerstwie z założonymi rękoma, szczególnie, że mogła wesprzeć Corio w jego działaniach, raczej nie potrafiłaby tak po prostu siedzieć w kostnicy, kiedy wszyscy inni angażowali się w ratowanie ludzi. Dał jej wybór, pozwolił pójść ze sobą, dzięki czemu też czuła się względnie bezpieczna, bo wiedziała, że jej szef potrafił sobie radzić w najtrudniejszych sytuacjach.

- Przy Corneliusie byłam bezpieczna, może nawet bardziej niż w ministerstwie, zwłaszcza, że jeden z naszych w między czasie postanowił potraktować go zaklęciem, nigdy nie możesz być pewny z kim pracujesz, a akurat jemu ufam jak nikomu innemu, to wydawało się być bardziej właściwym posunięciem. - Ten argument wydawał jej się być całkiem logiczny, jasne nie powinno dochodzić do aktów agresji w ministerstwie, pożary miały go nie pochłonąć, nie zmieniało to jednak faktu, że wolała spędzić tę noc przy kimś komu faktycznie ufała. Wtedy wydawało jej się to rozsądne, nie postrzegała tego, jako złamania danego słowa, chociaż teraz widziała, że można było odebrać to w taki sposób.

- Pewnie tylko na to czekał, on zawsze widzi więcej, do tego potrafi doskonale ułożyć sytuację tak, żeby wyszło na jego, ale to wiesz, nie podłożyłbyś mu się, gdybyś nie miał na to ochoty. - Nie miała co do tego wątpliwości, bo przecież znali się jeszcze dłużej niż ona i Lestrange. Pomimo tego, że nie widywali się zbyt często w ostatnich latach, to pewnych rzeczy się nie zapominało. - Umie to robić, jak nikt inny, ma lata doświadczenia. - Potrafiła sobie nawet wyobrazić wyraz jego twarzy, kiedy próbował osiągnąć swój cel, na pewno się przy tym doskonale bawił.

- Nie wątpię, mam czasem wrażenie, że on czerpie przyjemność z udowadniania innym racji. - Do tego potrafił drążyć temat do wyczerpania, nie bał się zadawać bardzo konkretnych pytań, które prosiły się o jednoznaczne odpowiedzi. Miała szczęście, że nigdy nie maglował jej w podobny sposób, bo wiedziała, że bardzo łatwo by pękła. Na szczęście ona została oszczędzona tym razem, zresztą można było z niej sporo wyczytać po samym wyrazie twarzy i zachowaniu, nie łatwo było jej ukrywać to, że ten okres niepewności był dla niej dosyć trudny. Naprawdę łudziła się, że będzie w stanie udawać, że nic się nie stało w momencie, w którym nadejdzie koniec, było jednak zupełnie inaczej, rozsypała się na części i wcale nie próbowała tego ukrywać. To nie miało sensu.

Na szczęście udało im się dojść do tego, że to zawsze miało być coś więcej niż tylko chwilowe pojawienie się w swoich życiach, nie musieli już dłużej udawać, że byli sobie obojętni. Zostali małżeństwem, które właśnie spacerowało razem po Pokątnej, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, zaakceptowali to, co ich łączyło bez względu na możliwe konsekwencje, przyniosło jej to ogromny spokój, i poczucie, że w końcu wszystko jest na właściwym miejscu. Naprawdę była szczęśliwa mimo tego, że ich życie nie do końca miało być ułożone i przewidywalne, wiedziała na co się pisze i była zadowolona z takiego obrotu sprawy.

- Podejrzewam, że istniała szansa, że Ty staniesz się podwieczorkiem, to miłe, że stwierdzili, że wystarczy jak zostaniesz na obiedzie. - Wolała go sobie nie wyobrażać w tej chwili na jakichś bagnach między aligatorami, chociaż mogło to być całkiem zabawne, no na pewno w tym momencie, w przeszłości zdecydowanie mniej.

- Oczywiście, musiał być niepocieszony, że nie przyznałeś mu racji. Pewnie liczył na to, że usłyszy te słowa. - Kącik ust uniósł jej się w uśmiechu, bo wcale nie dziwiła ją postawa Benjy'ego. Oczywiście, że powiedział swojemu przyjacielpwi, że bredzi, nie przyznałby mu racji, trudno było się pogodzić z czymś, co mogło wydawać się bardzo odległe od typowych dla siebie zachowań. Corio naprawdę umiał trafiać w sedno, jak nikt inny, nie można było mu tego odmówić.

- Zgadzam się, zasłużyliśmy jak nikt inny. - Ich droga była bardzo wyboista, pełna różnych tragedii, w końcu wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku, szkoda byłoby z tego nie skorzystać. Zasługiwali na krótki odpoczynek, gdzieś daleko stąd, gdzie nie będą się musieli niczym przejmować. Nie miała nic przeciwko temu, aby zrobili to według jego zasad, to znaczy zasad bez zasad. To mogło być całkiem zabawne, najwyżej będzie nieodpowiednio przygotowana do podróży, ale przecież to też nie było nic wielkiego, jakoś sobie poradzi, mając Benjy'ego przy boku nie mogło być inaczej, akurat co do tego nie miała wątpliwości, on potrafił przecież poradzić sobie ze wszystkim.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8556), Prudence Fenwick (6388)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa