31.05.2026, 00:38 ✶
Mona była święcie przekonana, że umiera.
Przekonanie to nie było bynajmniej całkowicie pozbawione podstaw. Od dłuższego czasu płuca kurczyły i szarpały wnętrzem klatki piersiowej niczym żywe stworzenia usiłujące wydostać się z więzienia żeber. Gardło paliło ją ogniem, a każdy ruch pozostawiał po sobie cierpki smak żelaza. Nad ranem przed pracą jej oczy zaszły łzami, kiedy wreszcie uniosła głowę po swoistym napadzie kaszlu.
Na dnie porcelanowej misy spoczywały ciemne strzępy gęstej wydzieliny. Miały barwę mokrej sadzy. Przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Ostatecznie sięgnęła po egzemplarz Czarownicy, który zakupiła po Spalonej nocy.
— Napar z bzu i tymianku — przeczytała. — Był — kaszlnięcie. — Syrop z prawoślazu — kaszlnięcie. — Inhalacje — kaszlnięcie. Kobieta spojrzała podejrzliwie na ostatni punkt. Kilka godzin później siedziała już z bursztynowym amuletem zawieszonym na szyi, uznawszy najwyraźniej, że medycyna konwencjonalna nie posiadała monopolu na prawdę. W poczekalni zdążyła przy tym wygłosić kilka stanowczych uwag dotyczących jakości porad publikowanych na łamach Czarownicy, czym wzbudziła zainteresowanie części obecnych i znużenie pozostałych.
Skuteczność bursztynowych amuletów nie została dotąd naukowo potwierdzona, wielu czarodziejów sądziło, że ułatwiały oddychanie. Nie udowodniono, kłóciła się, ale też nie obalono, a skoro nie obalono…
Do wyżej wspomnianej wizyty nie doszłoby zapewne przez wiele miesięcy, a może i lat, gdyby nie interwencja Icarusa, która w praktyce sprowadzała się do prostego faktu bycia bratem doktora Prewetta. Latem powinna była przyjść — wymieniła z najstarszym z Prewettów kilka listów, lecz lato minęło, jesień nadeszła, a Mona odwlekała stale nieuniknione, znajdując za każdym razem nowy pretekst, nową pilną sprawę, nowe zajęcie, pozwalające jej na niestawienie się w progach kliniki.
Jednocześnie to nie kaszel stanowił prawdziwe źródło zwłoki. Znacznie trudniej byłoby jej znaleźć usprawiedliwienie dla ramienia. Sama myśl o spotkaniu z Basilem Prewettem budziła w jej duszy niepokój, gdy zdejmowała protezę i patrzyła na to, co zostało z jej prawej ręki. Wracały do niej z uporem złej przepowiedni jej własne słowa, które niegdyś wykrakała w obecności jej lubego.
Jeżeli Basil odkryłby coś niepokojącego w trakcie badania — coś, czego ona sama nie chciała widzieć — czy spojrzenie jego brata pozostałoby takie samo? Czy nie pojawiłaby się w nim ostrożność, współczujący chłód, który ludzie oferują… W związku z tym, nie chciała zastanawiać się nad okresowym zdrętwieniem palców, nad dziwną sztywnością, która czasem ogarniała całe ramię i nie chciała puścić. Ani nad tym, że skóra wokół starej blizny wydawała się czasem dziwnie napięta. Łatwiej było wierzyć w leczniczą moc bursztynu.
Zawada: foliowa czapeczka
Przekonanie to nie było bynajmniej całkowicie pozbawione podstaw. Od dłuższego czasu płuca kurczyły i szarpały wnętrzem klatki piersiowej niczym żywe stworzenia usiłujące wydostać się z więzienia żeber. Gardło paliło ją ogniem, a każdy ruch pozostawiał po sobie cierpki smak żelaza. Nad ranem przed pracą jej oczy zaszły łzami, kiedy wreszcie uniosła głowę po swoistym napadzie kaszlu.
Na dnie porcelanowej misy spoczywały ciemne strzępy gęstej wydzieliny. Miały barwę mokrej sadzy. Przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Ostatecznie sięgnęła po egzemplarz Czarownicy, który zakupiła po Spalonej nocy.
— Napar z bzu i tymianku — przeczytała. — Był — kaszlnięcie. — Syrop z prawoślazu — kaszlnięcie. — Inhalacje — kaszlnięcie. Kobieta spojrzała podejrzliwie na ostatni punkt. Kilka godzin później siedziała już z bursztynowym amuletem zawieszonym na szyi, uznawszy najwyraźniej, że medycyna konwencjonalna nie posiadała monopolu na prawdę. W poczekalni zdążyła przy tym wygłosić kilka stanowczych uwag dotyczących jakości porad publikowanych na łamach Czarownicy, czym wzbudziła zainteresowanie części obecnych i znużenie pozostałych.
Skuteczność bursztynowych amuletów nie została dotąd naukowo potwierdzona, wielu czarodziejów sądziło, że ułatwiały oddychanie. Nie udowodniono, kłóciła się, ale też nie obalono, a skoro nie obalono…
Do wyżej wspomnianej wizyty nie doszłoby zapewne przez wiele miesięcy, a może i lat, gdyby nie interwencja Icarusa, która w praktyce sprowadzała się do prostego faktu bycia bratem doktora Prewetta. Latem powinna była przyjść — wymieniła z najstarszym z Prewettów kilka listów, lecz lato minęło, jesień nadeszła, a Mona odwlekała stale nieuniknione, znajdując za każdym razem nowy pretekst, nową pilną sprawę, nowe zajęcie, pozwalające jej na niestawienie się w progach kliniki.
Jednocześnie to nie kaszel stanowił prawdziwe źródło zwłoki. Znacznie trudniej byłoby jej znaleźć usprawiedliwienie dla ramienia. Sama myśl o spotkaniu z Basilem Prewettem budziła w jej duszy niepokój, gdy zdejmowała protezę i patrzyła na to, co zostało z jej prawej ręki. Wracały do niej z uporem złej przepowiedni jej własne słowa, które niegdyś wykrakała w obecności jej lubego.
Jeżeli Basil odkryłby coś niepokojącego w trakcie badania — coś, czego ona sama nie chciała widzieć — czy spojrzenie jego brata pozostałoby takie samo? Czy nie pojawiłaby się w nim ostrożność, współczujący chłód, który ludzie oferują… W związku z tym, nie chciała zastanawiać się nad okresowym zdrętwieniem palców, nad dziwną sztywnością, która czasem ogarniała całe ramię i nie chciała puścić. Ani nad tym, że skóra wokół starej blizny wydawała się czasem dziwnie napięta. Łatwiej było wierzyć w leczniczą moc bursztynu.
Zawada: foliowa czapeczka
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception