26.07.2026, 13:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 13:13 przez Aaron Andrew Moody.)
Ministerstwo Magii
W razie czego, jesteśmy w kontakcie, rzucił Aaron, odprawiając do domu swojego towarzysza. Wszyscy mówili do niego Nowy, chociaż Nowy przestał być "nowym" jakieś dobrych kilka lat temu, kiedy zdał testy aurorskie. Wciąż nie utracił jednak młodzieńczego zaangażowania właściwego ludziom głęboko wierzącym w sens służby pełnionej na rzecz kraju. Im, pomyślał nieco cynicznie Moody, oraz stażystom w pierwszym tygodniu pracy. Niech Nowy nacieszy się dzisiejszym świętem, postanowił. Niech się cieszy póki może, bo dzisiaj w nocy i tak czeka ich wspólne kiblowanie na dyżurze. A zawsze to przyjemniej było odbywać służbę, mając w odwodzie resztki kolacji. Nowy niedawno się ożenił, nie wyszedł więc jeszcze ze swoją żonką z fazy miesiąca miodowego. Z gadki wynikało, że była to kobieta godna szacunku, taka z gatunku porządnych… Z gadki wynikało, że w Nowym bardzo zakochana. Aaron spodziewał się więc, że Nowy wróci objuczony skrzętnie zapakowaną wałówką, której zapewne wystarczy, żeby obdzielić pół Biura Aurorów. Zakochane kobiety nie znały umiaru w takich rzeczach. Zakochani mężczyźni również. Nowy wciąż wplatał przecież imię żony w każdą możliwą rozmowę.
Nie, nie było sensu, żeby oboje siedzieli na baczność w biurze, zwłaszcza, że nic wielkiego się nie działo. Aaron na bieżąco kontrolował przecież sytuację. Pozostałych w biurze brygadzistów powysyłał samopas na rutynowe interwencje. Tych zawsze było więcej w święto. Kilka naruszeń porządku publicznego, zakłócanie ciszy nocnej, kolejne instancje kłótni w rodzinnym gronie, które należało mimo wszystko sprawdzić, podobnie jak i łzawe zgłoszenia o przemocy w domu… Nic, co mogłoby być przedmiotem zainteresowania aurora.
Nie lubił czytać raportów z tych wezwań.
Nie dlatego, że czuł potrzebę wywyższenia się ponad brygadzistów pozycją czy doświadczeniem zawodowym: dobrze wspominał przecież młodość w dochodzeniówce, ale za robotą krawężnika zwyczajnie nie przepadał. Można było stracić wiarę w ludzkość, gdy codziennie trzeba było babrać się w tym samym gównie. Zło posiadało w głowie Aarona swoją gradację, a hierarchia ważności popełnianych wykroczeń nie zawsze korespondowała u niego z tą wyznaczoną przez akty prawne. Oczywistym było, że na szczycie niegodziwości znajdowali się ci, którzy dopuszczali się zbrodni przeciwko ludzkości. Grindelwald i jego naśladowcy, którzy próbowali pogrążyć w chaosie cały świat, wraz z całym jego prawodawstwem oraz wartościami, po to tylko, aby ustanowić własny porządek. Masowe mordy, gwałty. Ludobójstwo. Zbrodnie wojenne. Systemowe niewolnictwo, tortury i prześladowania prowadzone na masową skalę. Po nich następowało całe spektrum mniejszych niegodziwości. Z tym najczęściej musiał mierzyć się Moody. Człowieczeństwo oskalpowane, odarte że skóry. Obmierzłe, otoczone odorem spaczenia tak silnym, że aż zaczynały łzawić oczy. Seryjne i wielokrotne zabójstwa. Te ze szczególnym okrucieństwem. Te na tle rytualnym. Te na tle ideologicznym. Te bez żadnego tła. Te dokonywane tak po prostu. Porwania i gwałty. Handel ludźmi i istotami magicznymi. Tortury, okaleczenia, brutalne napaści. Jeżeli mugole byli rasą kreatywną, co dopiero mógł powiedzieć o czarodziejach, którzy mieli dostęp do mocy magicznej? Przestępczość zorganizowana miała nieco inną specyfikę, podobnie jak oszustwa na wielką skalę, szantaże, korupcja oraz przemyt. Wszystkim tym żył, wszystkiego doświadczył… Może dlatego był tak zgorzkniały. Dawno przecież utracił przywilej posiadania złudzeń.
Stworzenie najbardziej przez Aarona znienawidzone znajdowało się jednak na samym dnie hierarchii zła.
Tym stworzeniem była wsza.
Nie dało się o wszy powiedzieć nic pozytywnego poza tym, że istniała. Sensem jej istnienia było natomiast pasożytować. Żywić się innymi, rozmnożyć, a potem zdechnąć. Wsza była mała, trudno było ją wypatrzyć gołym okiem: dopiero swędzący łeb sprawiał, że człowiek przypominał sobie o jej obecności. Nawet wtedy niełatwo było jednak takiej wszy się pozbyć. Chowała się między włosami, wychylając się czasem tylko, aby bezczelnie ugryźć w skalp.
Nadpsuć jeszcze trochę krwi.
Na tym jednak problem się nie kończył. Wszy przenosiły bowiem choroby. W czasie pierwszej wojny światowej wszy okazały się groźniejszym przeciwnikiem niż żołnierze wrogiej armii: więcej umarło z powodu przenoszonej przez nie gorączki okopowej, niż za przyczyną ran zadanych w bitwie. Po co takie coś w ogóle żyło, taka wsza? Aaron Andrew Moody powiedziałby, że po to, żeby rozgnieść ją pięścią. Innej odpowiedzi na to pytanie nie znajdował. Przez wszy chorowało bowiem całe społeczeństwo. Nie dało się tej choroby zdusić, dopóki nie pozbyło się wszy. Było to zadanie żmudne, chociaż przeciwnik nie stanowił w żadnym razie wyzwania: siła jego leżała w liczebności, w jego dojmującej nieistotności. W tym, że był zbyt mały, żeby zwrócić na siebie uwagę, zadawał rany zbyt powierzchowne, żeby potraktować go poważnie, a jednocześnie zbyt był powszedni, żeby zwycięstwo nad nim zasługiwało na jakąkolwiek celebrację.
Korolev był w jego oczach właśnie taką wszą.
Może dlatego Aaron tak straszliwie nie cierpiał wszystkich tych drobnych złodziejaszków, kanciarzy i oszustów. Nie znosił sutenerów, prostytutek, handlarzy żywym towarem. Obrzydzeniem zdejmowali go lichwiarze, naciągacze oraz alimenciarze. Nienawidził mężów, którzy tłukli swoje żony, tak, że musiał zbierać od nich zeznania w obecności uzdrowiciela. Nienawidził ojców, którzy robili to samo swoim dzieciom. Nienawidził ćpunów, handlarzy narkotykami i wszystkich tych, którzy żerowali bezwstydnie na ludzkiej słabości, jak gdyby sycić się umieli wyłącznie cudzą niedolą, paść brzuchy cudzym upodleniem.
Wreszcie, nienawidził świata, za to, że im na to pozwalał.
Zło dla wielu ludzi było czymś odległym. Czymś, o czym zwykło się czytać na kartach podręczników historii, gdy już pozwolono mu nabrać wystarczającego rozmachu. Zło było czymś historycznym, czymś monumentalnym. Pomnikiem mijanym codziennie w drodze do pracy, znajomym, a jednak kompletnie zapomnianym. A jednak imię Grindelwalda wciąż budziło w ludziach grozę. Pamieć o jego czynach była wciąż żywą. Złe były to czasy, kręcili głowami starsi czarodzieje. Zło stawało się monumentem przeszłości, czymś abstrakcyjnym, niewyobrażalnym w swojej złożoności i potędze.
Aaron uważał, że zło było przerażająco wręcz banalne. Zło było czymś codziennym, spowszedniałym wręcz, a przede wszystkim: zło było małym. Tak małym, że świat przywykł do jego ignorowania, udzielając tym samym przyzwolenia na jego istnienie.
Grindelwald stawał się w jego oczach Korolevem. Korolev stawał się w jego oczach Grindelwaldem.
Wiedział, że nie wytrzymałby, gdyby dzień w dzień przyszło mu widzieć to wszystko. Wiedział, że w końcu by się złamał, i jakąś wszę po prostu zapierdolił.
Nie poruszył się, gdy podchwycił odgłos znajomych kroków na korytarzu. Nie musiał patrzeć w stronę drzwi, żeby rozpoznać, do kogo należą.
Ach, pomyślał, odchyliwszy głowę do tyłu. Przymknął na chwilę powieki, przetarłszy zmęczone oczy dłonią, w której trzymał tlący się papieros. A więc przyszłaś mnie osądzić?
Odwrócił twarz w stronę kobiety, gasząc papierosa w stojącej na biurku popielniczce, w której kąpał się papierowy dementorek.
Czy rozproszyć moje myśli?
— Lorien. — Obrócił jej imię na języku, jak gdyby zastanawiał się, czy pasowałoby do posmaku krwi, jaką za jego przyczyną utoczył. Wyprostował się, a jednak nie wstał z krzesła: wciąż siedział rozwalony w swoim miejscu, chociaż odsunął się od biurka, aby patrzeć na nią na wprost. Na bok odłożył nawet dokumenty, żeby mogła oprzeć się wygodnie o blat… A potem zamknął drzwi zaklęciem. Nie potrzebowali dystrakcji. — Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę o naturze człowieczeństwa? — spytał takim samym tonem, jakim zwykł mówić o pogodzie za oknem. Nie spuścił choćby na chwilę oczu z jej twarzy. Było w jego spojrzeniu coś bezwzględnego. Patrzył na nią hardo, a jednak pozwolił jej górować nad sobą. Wyglądał jak gdyby powziął jakieś postanowienie. — Powiedzmy, że przemyślałem sprawę — rzucił. — Zgłoszenia, mam na myśli. Powiedziała pani, żebym nie zgłaszał sprawy, jeżeli zamierzam obstawać przy swojej definicji człowieczeństwa. — Jeżeli zamierzam trwać w przekonaniu, że zbrodnia popełniona przez przyjaciela bliższego mi niż brat zasługuje na lżejszy wymiar kary niż ta popełniona przez Koroleva. — "Jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem?", spytałaś. — Wówczas wzburzony był tym pytaniem, teraz jednak bił od niego spokój. Jak gdyby w zamyśleniu obracał różdżkę między palcami, jego spojrzenie pozostało jednak czujnym. — Kazałaś spalić zeznanie, jeżeli uznam, że tylko jednemu z nich należy się Azkaban. Nie posłuchałem. — Nie przestał na nią patrzeć. — Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym. Być może wolałabyś, abym postąpił inaczej. A jednak nie zwykłem uzależniać swojego postępowania od poczucia urażonej dumy. Twoje pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać. Zmusiło mnie do rozważań. Potrzebuję teraz, żebyś rozważała ze mną. Powiedz mi, Lorien… — Zacisnął nagle palce na różdżce, aż pobielały. Zamiast jednak obracać ją dalej w rękach, zwyczajnie odłożył różdżkę na biurko, jak gdyby utracił wszelkie zainteresowanie jej użyciem. Różdżka Koroleva, z którym poradził sobie na krótko przed spotkaniem Zakonu, tkwiła już w pełni zabezpieczona w złożonym przez aurora materiale dowodowym. — Gdyby to samo zrobiono Korolevowi w pani sprawie. Gdyby odpowiedziano na jego zbrodnię w sposób adekwatny… Zaaresztowałaby pani tego człowieka tak jak Woody'ego? — spytał tonem niby to czysto konwersacjonalnym, a jednak przepełnionym chłodnym, służbowym konkretem. Tak musiał brzmieć głos kata, który czekał na wydanie rozkazu stracenia. Była w nim ostrość topora wzniesionego ponad szyję ofiary. Była w nim także obojętność uciętej na szafocie głowy. — Gdyby działał z pełną protekcją ministerstwa, w granicach wyznaczonych przez prawo. Granicach, które mają tendencję rozmywać się jak siniaki na skórze. Zrobiłaby to pani?
Uniósł wolną dłoń zanim zdążyła otworzyć usta, jak gdyby chciał powstrzymać ją przed odpowiedzią.
— Tak czy nie? — zażądał.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name