18.06.2026, 23:17 ✶
Nieważne, jak bardzo starała się uodpornić, jak wysokie były jej wewnętrzne mury i jak głęboką obojętnością próbowała kwitować otaczającą ją rzeczywistość – gdy ktoś pociągnął za odpowiednie struny, wszystko w ułamku sekundy pękało. Cynthia w głębi duszy nie była złym człowiekiem. Miała w sobie olbrzymie pokłady ciepła względem tych nielicznych osób, które miały okazję poznać ją bliżej i przed którymi świadomie decydowała się otworzyć. Zawsze wiedziała, że Lestrange miał do podobnych emocjonalnych zagrywek niewątpliwy, wręcz magnetyczny talent, ale nigdy nie sądziła, że z tak bezwzględną premedytacją wykorzysta go bezpośrednio przeciwko niej. Bo jeśli cokolwiek na tym świecie miało ją ostatecznie złamać lub do czegoś zmusić, nigdy nie dotyczyłoby to jej samej, a drugiego człowieka. Była brutalnie świadoma tej okropnej, ludzkiej słabości. To właśnie te ukryte głęboko więzi wciąż trzymały ją w bezpiecznej bańce, skutecznie powstrzymując moralne spaczenie płynące z posługiwania się mroczną nekromancją oraz zawodową obojętność wypływającą z pracy ze zmarłymi, którą wykonywała już od kilku lat.
Zacisnęła mocno wargi, choć w gęstniejącym półmroku ogrodów było to praktycznie niezauważalne, a w jej tęczówkach pojawiła się niewielka iskra czystej złości i głębokiego rozczarowania. Umiała sobie zwykle racjonalnie tłumaczyć jego trudne zachowania, ale sięganie w dyskusji po Atreusa, a przede wszystkim po Tori, było chwytem poniżej jakiejkolwiek godności. Sam przecież przyjaźnił się z tym aurorem, szczerze cenił jego towarzystwo i co – zamierzał go teraz tak po prostu, bez mrugnięcia okiem porzucić? A może zabić? Powinien doskonale rozumieć, jak potwornie trudno było balansować na tej krawędzi, a jednak na wszelkie możliwe sposoby chciał ją z niej zepchnąć. I to w momencie, gdy pozostali robili absolutnie wszystko, aby za żadną cenę nie przekroczyła tej cienkiej linii stanowiącej o ludzkim sumieniu. Drgnęła niespokojnie, jakby poczuła się osaczona. Louvain zapędził ją w ślepy róg, z którego nie potrafiła znaleźć żadnej bezpiecznej drogi ucieczki, a ona wyjątkowo źle znosiła nagłą utratę kontroli nad sytuacją.
W nim samym również coś drgnęło, widziała to wyraźnie i kłamstwem byłoby stwierdzenie, że ten drobny gest nie przyniósł jej pewnego rodzaju ulgi. Po chwili jednak znów powróciło to jego charakterystyczne spojrzenie – wzrok, który gdyby tylko posiadał fizyczną moc, bez wahania rzucałby crucio i doprowadzał człowieka na skraj niewyobrażalnego bólu tylko po to, aby Lestrange uzyskał dokładnie to, czego w danej chwili chciał. Te niszczycielskie sztormy w jego oczach wybuchały ostatnio coraz częściej. Mężczyzna fatalnie znosił sytuacje, gdy ktoś śmiał mu odmówić lub gdy sprawy nie biegały dokładnie po takich torach, jakie sobie tutaj wcześniej umyślił. Cynthia, nawet gdyby bardzo chciała, nie potrafiła mu tego wszystkiego ułatwić.
To nie była rozmowa, którą można było ot tak zbagatelizować, nie martwiąc się o to, co wydarzy się później. Louvain oczekiwał od niej bowiem rzeczy dla niej najtrudniejszej do oddania. Uległości. Całkowitego, bezwzględnego poddania się temu, czego sobie życzył, przy jednoczesnym kompletnym ignorowaniu jej własnych pragnień. Wszystko to było przerażająco skomplikowane i złożone. Rozpalało w niej sprzeczne emocje, które drgały boleśnie wewnątrz duszy, rozchodząc się aż po same koniuszki palców – tak zmienne i nieprzewidywalne jak tutejsza, kapryśna pogoda. Po potężnej burzy mogło zaraz wyjść oślepiające słońce, tylko po to, aby za moment czarne niebo przeciął następny piorun. Intensywność, którą emanował Lou, była śmiertelnie niebezpieczna, ponieważ nie dało się jej w żaden sposób skalkulować. Cynthia nie chciała jednak unikać odpowiedzi, mimo że pierwotny instynkt samozachowawczy nakazywał jej natychmiastowy odwrót. Porzucenie kogoś, kogo w jakiś niewytłumaczalny sposób wciąż nosiła głęboko w swoim sercu, w imię fanatycznej idei, o którą on tak zawzięcie walczył, było trudne.
Rozluźniła dłonie, dopiero teraz orientując się, że dotąd zaciskała je w pięści z siły nerwów. Uniosła palce, powolnym ruchem odgarniając gęste włosy za ucho. Powietrze w ogrodach wydawało się tak lepkie i ciężkie, że niemal utrudniało oddychanie, a całe jej ciało ogarnęło ledwo dostrzegalne drżenie. Wróciła do niego spojrzeniem. To jedno krótkie starcie ich oczu wystarczyło, aby dotarła do niej kolejna brutalna, wręcz cyniczna prawda, przez którą o mało nie roześmiała się na głos, tłumiąc to ostatecznie cichym, urwanym parsknięciem. Ta trzeźwiąca myśl zalała jej umysł zaledwie na kilka sekund przed tym, jak jego głos rozniósł się głębokim echem w jej głowie. Niebo było dziś nisko.– No tak… Wybrałbyś jego i jego ideę – powtórzyła za nim cicho, odwracając zmęczony wzrok gdzieś na bok, na ciemniejące korony ogrodowych drzew.
Zrobiłby absolutnie wszystko, co tamten mu rozkaże. Nawet gdyby oznaczało to konieczność pozbycia się Atreusa, Tori, swoich dotychczasowych towarzyszy w maskach czy wreszcie jej samej. Louvain bez wahania poświęciłby w tej walce nawet samego siebie, ponieważ tak głęboko i fanatycznie sięgała jego lojalność. Wierzył w słowa głoszone przez Voldemorta całym swoim poranionym sercem, już dawno temu zdecydował, że odda tej sprawie każdą kroplę krwi. Ta postawa była w jej oczach zarówno godna najwyższego podziwu, jak i potwornie smutna. Bezdusznie samotna – a samotność była przecież czymś okropnym. Gdy mężczyzna zaczął mówić dalej, ponownie skierowała na niego oczy, posyłając mu jedynie blady, niespodziewanie ciepły uśmiech. Nie miała już siły na dalsze, wycieńczające kłótnie. Nie bardzo wiedziała też, co właściwie powinna w tej sytuacji zrobić i czy w ogóle była fizycznie zdolna dać mu to, czego od niej tak zaborczo żądał. Miała pełną świadomość, że u boku takiego człowieka nigdy nie będzie na pierwszym miejscu. Ale z drugiej strony – czy podświadomie nie była do tej pozycji od lat przyzwyczajona? Przez większość swojego życia stanowiła dla innych drugi wybór, chwilowe zastępstwo, jedynie wygodną drogę do celu. Jak zwał, tak zwał. Była dotąd pewna, że w pełni się z tym pogodziła, jednak dzisiejsza noc uświadomiła jej brutalnie, że chyba nie do końca potrafiła to zaakceptować.
– Wierzę ci, Louvain. Naprawdę, niezależnie od tego, jak to wszystko dzisiaj wygląda… – zaczęła niezwykle ostrożnie, przesuwając uważnym wzrokiem po jego ściągniętej twarzy i robiąc jeden powolny krok w jego stronę. Doskonale wiedziała, że nie wypowiedziałby pod jej adresem tych wszystkich słów, które wciąż tak dokładnie pamiętała z nocy podczas Beltaine, gdyby były kłamstwem. Nie pokazałby jej wtedy swojej prawdziwej twarzy – tej, która tak drastycznie nie pasowała do bezwzględnego oblicza śmierciożercy skrytego za zimną, metalową maską. Poradziłby sobie z każdą przeciwnością, bo przecież zawsze znajdował wyjście z sytuacji, udowodnił to zresztą, docierając z podniesioną głową do punktu, w którym znajdował się obecnie, polegając wyłącznie na własnej upartości i bezgranicznej lojalności. Własnymi siłami, na swoje własne, zakazane sposoby. Zatrzymała się dopiero tuż przed nim, sama będąc w głębi duszy zaskoczona tym, że postawiła kolejne kroki. Jej myśli pozostawały pogrążone w kompletnym, bolesnym chaosie. Nie miała pojęcia, jak ma je teraz sensownie poskładać i na upartego, gdyby tylko dobrze się przyjrzał, ta bezradność była wyraźnie widoczna na jej twarzy. Wyciągnęła przed siebie dłonie, układając je delikatnie na policzkach mężczyzny i łagodnie przesuwając palcami po jego zimnej skórze. A zawsze wydawało się jej, że to ona miała lodowate dłonie.
– Nie będę cię okłamywać, nie mam też zamiaru przed tym uciekać. Zależy mi na tobie i nie zostawię cię z tym samego, ale nie mogę ci teraz obiecać, że będę umiała odwrócić wzrok. Nie mogę dziś dać Ci odpowiedzi, której chcesz. Bo naprawdę nie wiem.. - przerwała na chwilę, zsuwając palce niżej. - Ostatnio wszystkie nasze rozmowy, to przekrzykiwanie się, nic więcej. Męczy mnie to już i…
Cynthia nagle urwała, tłumiąc w piersi ciężkie westchnienie oraz słowa, które i tak nie oddałyby tego, co się z nią teraz działo. Wszystko było rozyspane, pogrążone w chaosie. Przesunęła dłonie na jego kark, by po chwili jedną z nich zsunąć niżej, objąć go mocno i przyciągnąć do siebie, przytulić, zanim mężczyzna zdążył cokolwiek skomentować, zanim jakiekolwiek niezadowolenie czy chłód zdołały pojawić się w jego ciemnych oczach.
Zacisnęła mocno wargi, choć w gęstniejącym półmroku ogrodów było to praktycznie niezauważalne, a w jej tęczówkach pojawiła się niewielka iskra czystej złości i głębokiego rozczarowania. Umiała sobie zwykle racjonalnie tłumaczyć jego trudne zachowania, ale sięganie w dyskusji po Atreusa, a przede wszystkim po Tori, było chwytem poniżej jakiejkolwiek godności. Sam przecież przyjaźnił się z tym aurorem, szczerze cenił jego towarzystwo i co – zamierzał go teraz tak po prostu, bez mrugnięcia okiem porzucić? A może zabić? Powinien doskonale rozumieć, jak potwornie trudno było balansować na tej krawędzi, a jednak na wszelkie możliwe sposoby chciał ją z niej zepchnąć. I to w momencie, gdy pozostali robili absolutnie wszystko, aby za żadną cenę nie przekroczyła tej cienkiej linii stanowiącej o ludzkim sumieniu. Drgnęła niespokojnie, jakby poczuła się osaczona. Louvain zapędził ją w ślepy róg, z którego nie potrafiła znaleźć żadnej bezpiecznej drogi ucieczki, a ona wyjątkowo źle znosiła nagłą utratę kontroli nad sytuacją.
W nim samym również coś drgnęło, widziała to wyraźnie i kłamstwem byłoby stwierdzenie, że ten drobny gest nie przyniósł jej pewnego rodzaju ulgi. Po chwili jednak znów powróciło to jego charakterystyczne spojrzenie – wzrok, który gdyby tylko posiadał fizyczną moc, bez wahania rzucałby crucio i doprowadzał człowieka na skraj niewyobrażalnego bólu tylko po to, aby Lestrange uzyskał dokładnie to, czego w danej chwili chciał. Te niszczycielskie sztormy w jego oczach wybuchały ostatnio coraz częściej. Mężczyzna fatalnie znosił sytuacje, gdy ktoś śmiał mu odmówić lub gdy sprawy nie biegały dokładnie po takich torach, jakie sobie tutaj wcześniej umyślił. Cynthia, nawet gdyby bardzo chciała, nie potrafiła mu tego wszystkiego ułatwić.
To nie była rozmowa, którą można było ot tak zbagatelizować, nie martwiąc się o to, co wydarzy się później. Louvain oczekiwał od niej bowiem rzeczy dla niej najtrudniejszej do oddania. Uległości. Całkowitego, bezwzględnego poddania się temu, czego sobie życzył, przy jednoczesnym kompletnym ignorowaniu jej własnych pragnień. Wszystko to było przerażająco skomplikowane i złożone. Rozpalało w niej sprzeczne emocje, które drgały boleśnie wewnątrz duszy, rozchodząc się aż po same koniuszki palców – tak zmienne i nieprzewidywalne jak tutejsza, kapryśna pogoda. Po potężnej burzy mogło zaraz wyjść oślepiające słońce, tylko po to, aby za moment czarne niebo przeciął następny piorun. Intensywność, którą emanował Lou, była śmiertelnie niebezpieczna, ponieważ nie dało się jej w żaden sposób skalkulować. Cynthia nie chciała jednak unikać odpowiedzi, mimo że pierwotny instynkt samozachowawczy nakazywał jej natychmiastowy odwrót. Porzucenie kogoś, kogo w jakiś niewytłumaczalny sposób wciąż nosiła głęboko w swoim sercu, w imię fanatycznej idei, o którą on tak zawzięcie walczył, było trudne.
Rozluźniła dłonie, dopiero teraz orientując się, że dotąd zaciskała je w pięści z siły nerwów. Uniosła palce, powolnym ruchem odgarniając gęste włosy za ucho. Powietrze w ogrodach wydawało się tak lepkie i ciężkie, że niemal utrudniało oddychanie, a całe jej ciało ogarnęło ledwo dostrzegalne drżenie. Wróciła do niego spojrzeniem. To jedno krótkie starcie ich oczu wystarczyło, aby dotarła do niej kolejna brutalna, wręcz cyniczna prawda, przez którą o mało nie roześmiała się na głos, tłumiąc to ostatecznie cichym, urwanym parsknięciem. Ta trzeźwiąca myśl zalała jej umysł zaledwie na kilka sekund przed tym, jak jego głos rozniósł się głębokim echem w jej głowie. Niebo było dziś nisko.– No tak… Wybrałbyś jego i jego ideę – powtórzyła za nim cicho, odwracając zmęczony wzrok gdzieś na bok, na ciemniejące korony ogrodowych drzew.
Zrobiłby absolutnie wszystko, co tamten mu rozkaże. Nawet gdyby oznaczało to konieczność pozbycia się Atreusa, Tori, swoich dotychczasowych towarzyszy w maskach czy wreszcie jej samej. Louvain bez wahania poświęciłby w tej walce nawet samego siebie, ponieważ tak głęboko i fanatycznie sięgała jego lojalność. Wierzył w słowa głoszone przez Voldemorta całym swoim poranionym sercem, już dawno temu zdecydował, że odda tej sprawie każdą kroplę krwi. Ta postawa była w jej oczach zarówno godna najwyższego podziwu, jak i potwornie smutna. Bezdusznie samotna – a samotność była przecież czymś okropnym. Gdy mężczyzna zaczął mówić dalej, ponownie skierowała na niego oczy, posyłając mu jedynie blady, niespodziewanie ciepły uśmiech. Nie miała już siły na dalsze, wycieńczające kłótnie. Nie bardzo wiedziała też, co właściwie powinna w tej sytuacji zrobić i czy w ogóle była fizycznie zdolna dać mu to, czego od niej tak zaborczo żądał. Miała pełną świadomość, że u boku takiego człowieka nigdy nie będzie na pierwszym miejscu. Ale z drugiej strony – czy podświadomie nie była do tej pozycji od lat przyzwyczajona? Przez większość swojego życia stanowiła dla innych drugi wybór, chwilowe zastępstwo, jedynie wygodną drogę do celu. Jak zwał, tak zwał. Była dotąd pewna, że w pełni się z tym pogodziła, jednak dzisiejsza noc uświadomiła jej brutalnie, że chyba nie do końca potrafiła to zaakceptować.
– Wierzę ci, Louvain. Naprawdę, niezależnie od tego, jak to wszystko dzisiaj wygląda… – zaczęła niezwykle ostrożnie, przesuwając uważnym wzrokiem po jego ściągniętej twarzy i robiąc jeden powolny krok w jego stronę. Doskonale wiedziała, że nie wypowiedziałby pod jej adresem tych wszystkich słów, które wciąż tak dokładnie pamiętała z nocy podczas Beltaine, gdyby były kłamstwem. Nie pokazałby jej wtedy swojej prawdziwej twarzy – tej, która tak drastycznie nie pasowała do bezwzględnego oblicza śmierciożercy skrytego za zimną, metalową maską. Poradziłby sobie z każdą przeciwnością, bo przecież zawsze znajdował wyjście z sytuacji, udowodnił to zresztą, docierając z podniesioną głową do punktu, w którym znajdował się obecnie, polegając wyłącznie na własnej upartości i bezgranicznej lojalności. Własnymi siłami, na swoje własne, zakazane sposoby. Zatrzymała się dopiero tuż przed nim, sama będąc w głębi duszy zaskoczona tym, że postawiła kolejne kroki. Jej myśli pozostawały pogrążone w kompletnym, bolesnym chaosie. Nie miała pojęcia, jak ma je teraz sensownie poskładać i na upartego, gdyby tylko dobrze się przyjrzał, ta bezradność była wyraźnie widoczna na jej twarzy. Wyciągnęła przed siebie dłonie, układając je delikatnie na policzkach mężczyzny i łagodnie przesuwając palcami po jego zimnej skórze. A zawsze wydawało się jej, że to ona miała lodowate dłonie.
– Nie będę cię okłamywać, nie mam też zamiaru przed tym uciekać. Zależy mi na tobie i nie zostawię cię z tym samego, ale nie mogę ci teraz obiecać, że będę umiała odwrócić wzrok. Nie mogę dziś dać Ci odpowiedzi, której chcesz. Bo naprawdę nie wiem.. - przerwała na chwilę, zsuwając palce niżej. - Ostatnio wszystkie nasze rozmowy, to przekrzykiwanie się, nic więcej. Męczy mnie to już i…
Cynthia nagle urwała, tłumiąc w piersi ciężkie westchnienie oraz słowa, które i tak nie oddałyby tego, co się z nią teraz działo. Wszystko było rozyspane, pogrążone w chaosie. Przesunęła dłonie na jego kark, by po chwili jedną z nich zsunąć niżej, objąć go mocno i przyciągnąć do siebie, przytulić, zanim mężczyzna zdążył cokolwiek skomentować, zanim jakiekolwiek niezadowolenie czy chłód zdołały pojawić się w jego ciemnych oczach.
Koniec sesji