Szedłem powoli, nie spiesząc się donikąd, z rękami schowanymi w kieszeniach przemoczonej kurtki, która dawno przestała chronić mnie przed wilgocią, ale nie miało to większego znaczenia, bo deszcz był zaskakująco ciepły, niemal przyjemny, bardziej przypominał ciężką, poranną mgłę niż prawdziwą brytyjską ulewę. Nie wiedziałem jeszcze, czego szukałem, ale coraz częściej odwracałem głowę przez ramię, przekonany, że ktoś szedł tuż za mną, chociaż ilekroć spoglądałem za siebie, widziałem jedynie pustą, szutrową drogę pomiędzy polami, zacierane przez deszcz ślady moich własnych butów i krople rozbijające się o błotnistą ziemię. Miałem wrażenie, że powinienem był coś zrobić, że gdzieś czekała na mnie sprawa niecierpiąca zwłoki, jednak za każdym razem, kiedy próbowałem uchwycić tę myśl, rozpływała się ona równie łatwo, co odbicia drzew w kałużach rozbijanych kolejnymi kroplami. To dziwne uczucie nie znikało, przeciwnie, narastało z każdą minutą, aż w końcu zaczęło przypominać pewność, że byłem spóźniony na coś, czego nie umiałem nazwać, i że cena tego spóźnienia miała być znacznie większa, niż mogłem sobie wyobrazić.
Zatrzymałem się odruchowo, kiedy wiatr uderzył mocniej w moją twarz, ponownie przynosząc ze sobą zapach mokrych kwiatów, wilgotnego drewna, cukru i… Czegoś metalicznego, ledwie wyczuwalnego, co nie pasowało ani do łąki, ani do lasu, ani do letniego deszczu, a mimo to wydawało mi się boleśnie znajome. Stanąłem, marszcząc brwi, bo przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że ktoś wypowiedział moje imię, bardzo cicho, niemal szeptem, lecz kiedy wsłuchałem się uważniej, odpowiedział mi wyłącznie szelest poruszanych wiatrem koron drzew. Byłem tu sam… W świecie, po którym szedłem, deszcz nie próbował niczego zmywać, lecz przykrywał prawdę cienką warstwą ciepłej wody, pozwalając mi żyć jeszcze przez chwilę w błogiej niewiedzy tego, co już się wydarzyło.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)