• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Lake District Lost in the lore of trees our souls are singing earthen melodies

Lost in the lore of trees our souls are singing earthen melodies
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#11
27.07.2026, 09:10  ✶  
Uśmiechnął się – ciepło i szczerze – odnajdując, że jej ciemnych oczach zachód słońca wyglądał równie pięknie, co gdy patrzyło się nań wprost. Skinął głową na jej zapewnienia, że zrobili to razem, swoje przecież wiedząc. Zamiast jednak spierać się z nią po nic, wyciągnął długie ręce do głowy, by pomóc jej z nieco przekrzywionym wiankiem. Udało mu się też złapać spadające wie stokrotki, by móc je ponownie wsunąć w ofiarowany wianuszek.
– Pasuje Ci bardzo – przyznał, oddychając pełną piersią i chłonąc ukwiecone otoczenie, będąc chyba pierwszy raz podczas ich spotkania realnie rozluźnionym. Cóż, pomogło również uwolnienie nagromadzonej surowej magii i niekończące się śmiechy i trele uwolnionych wróżek, wyraźnie zadowolonych z tej łagodnej emanacji jego własnego przekleństwa i potencjału. – Gdybym mógł, pracowałbym tylko w takich warunkach. Pracownia… ma swoje plusy. Dach. Ciężki sprzęt. Dobry składzik. Ale myślę, że aby zamiast przekonywać artefakty z prawdziwą mocą, z pierwotną siłą… nie można ich odrywać od korzeni. W tamtym miejscu w którym byliśmy… czułem się niemal jak w domu, jak we własnym gnieździe – pozwolił sobie na chwilę szczerości wobec nieznajomej, z którą mimo wszystko połączyło go dość intensywne przeżycie.

Tymczasem Samuel przysiadł na trawie w miejscu w którym jeszcze przed momentem stał, nie chcąc wracać, póki słońce nie zajdzie, a na niebie nie pojawią się gwiazdy. To miejsce było dzikie, świateł było mało. Zdecydowanie mieli szanse by realnie zobaczyć niebo, a nie to co londyńczycy nazywali niebem.

– Wydaje mi się, że tu kiedyś byłem. – zmarszczył brwi, rozglądając się mimo wszystko po otoczeniu. Ale poprzednim razem nie było tak pięknie. To był… niedobry czas. I niedobre miejsce. Ale teraz i dzisiaj… Jest zupełnie inaczej – zauważył porwanymi zdaniami, bo wciąż się zastanawiał czy to rzeczywiście tutaj. W Kniei znał każdy kąt. Poza nią potrzebował chwili, a kiedy poprzednim razem zawitał nad brzeg jeziora Windermere… cóż, powiedzmy, że "niedobry czas" było sporym niedopowiedzeniem ze strony Samuela.
Czarodziej
wiek
28
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
wytwórczyni amuletów
Czarne włosy, około metr siedemdziesiąt wzrostu, ciemne oczy, ciemniejsza karnacja, zdradzająca mieszane pochodzenie.

Kate Barclay
#12
31.07.2026, 14:32  ✶  
– Dziękuję. Lubię kolorowe rzeczy – stwierdziła po prostu, dziękując i za schwytanie stokrotek, i za komplement, bo nie należała do osób, które by się takich wstydziły, a ten wianek postanowiła zachować. Musiała sprawdzić, czy zaklęciami da się sprawić, by nie zwiędnął: a jeżeli nie, to go ususzy i zawiesi gdzieś na pamiątkę. W końcu niecodziennie kwiatowymi wieńcami koronowała cię cała gromada wróżek! Uśmiechnął się znowu, najpierw do niego, potem do tańczących wokół wróżek, sypiących srebrzystym pyłem, śmiejących się chyba w swój dziwny sposób. Dwie przez moment bawiły się włosami Kate, inna czepiła się ozdoby do włosów, wyraźnie zafascynowana błyszczącymi w niej kamyczkami: Kate pozbyła się większości biżuterii, mogącej przeszkadzać przy pracy, ale na szyi wciąż miała ulubiony wisiorek, a włosy spięła jedną ze spinek swojego autorstwa. Nie było mowy, aby mogła odróżnić emanację przekleństwa żywiołów od magii wróżek, więc i to dzieło, kwiaty rozkwitające wokół, brała za ich robotę: przykucnęła i trąciła jeden z nich palcem, wyrosły ponad miarę, mimo pory roku, która temu przecież ani trochę nie sprzyjała.
To był bardzo magiczny moment, przynajmniej na swój sposób.
– Lubię swoją pracownię – powiedziała, bo jeżeli szło o nią, była dużo bardziej zakorzeniona w zwykłym świecie niż Samuel i chyba nie wyobrażała sobie na dłuższą metę pracy w miejscu, w którym nie ma ładnie poukładanych narzędzi, wszystkiego pod ręką i nie musi martwić się o chłód ani gorąc. – Ale muszę przyznać, że to był zupełnie inny projekt. Czegoś takiego nie dałoby się zrobić nigdzie indziej. I chyba to jedno z najbardziej niezwykłych zleceń, z jakimi miałam do czynienia.
I biedna Kate z pewnością miała wspominać je bardzo czule, tkwiąc w swojej pracowni i raz po raz próbując wykonać kolejne komplety gwoździ albo drewnianych pojemników, wpadając to w czarną rozpacz, to w morderczy szał, gdy miała ochotę kogoś tymi nieudanymi gwoździami zwyczajnie zadźgać. Może myśl o tym zachodzie słońca, na który teraz znów skierowała spojrzenie ciemnych oczu, trochę ją w tych chwilach pocieszy.
– Ja tego miejsca nie poznaję. Jesteśmy wciąż w Walii? Czy to może Anglia? Przeniosły nas tutaj, bo tu działa jakaś magia czy po prostu uznały, że akurat tu zachód słońca będzie ładny? A jest, tak nawiasem mówiąc, naprawdę bardzo piękny – przyznała, pozwalając sobie opaść na trawę, bo uznała podobnie jak Sam, że właściwie szkoda byłoby teraz się stąd zabierać i ten zachód przegapić. Nie mieszkała w Londynie: spędzała lwią część czasu na ziemiach Yaxleyów, a wcześniej w szkockiej posiadłości ciotki i wuja, i tam widywała wiele wspaniałych zachodów słońca, i tych momentów, gdy niebo zaczynały rozświetlać gwiazdy. Nad jeziorami, górami, nad lasami. Może nawet do pewnego stopnia trochę jej to spowszedniało, i przestała je zauważać, zapatrzona w błysk tworzonej przez siebie biżuterii. Ale to miejsce miało niesamowity czar, a taki zachód słońca, Kate była pewna, nie trafiał się codziennie, ani nawet co miesiąc. Siedziała więc po prostu na trawie, obserwując kolory nieba, słońce zanurzające się w wodzie, tańczące wróżki. Patrzyła z uśmiechem błąkającym się po twarzy jak istoty umknęły wreszcie, znów wolne, do swoich wróżkowych spraw. I jak pierwsze gwiazdy zaczęły rozbłyskiwać na niebie, najpierw granatowym na zachodzie, potem ciemniejącym. Pożegnać się i zniknąć stąd do własnej pracowni zamierzała dopiero, gdy zrobi się już całkiem ciemno: żałowała, że maluje za rzadko, by potrafić odwzorować ten zachód słońca, ale mogła zabrać się za projektowanie biżuterii zainspirowany wróżkami, ich psotami, pyłem i tym zachodem słońca.
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#13
01.08.2026, 11:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2026, 22:25 przez Samuel McGonagall.)  
To, co wydarzyło się chwilę wcześniej, zdawało się należeć do tej osobliwej części świata, w której granica między czarem a prawdą rozmywa się jak mgła nad wodą. Uwolnione wróżki zatańczyły jeszcze przez moment nad kwietną łąką, rozsiewając za sobą srebrzysty pył i ciche, dźwięczne śmiechy, po czym rozpłynęły się pomiędzy trzcinami i koronami drzew, przekonane, że oto były świadkami miłości zdolnej rozkwitnąć nawet tam, gdzie jeszcze przed chwilą istniała jedynie życzliwość i wspólna praca. Dwoje rzemieślników patrzyło za nimi z rozbawieniem i nieukrywaną satysfakcją. Ich plan powiódł się doskonale – ani jedno skrzydło nie zostało zranione, ani jedna istota nie utraciła wolności. Pozostało tylko ciche zadowolenie.

– Nie wiem… Nie znam się za dobrze na geografii, ale… nie ma to znaczenia przecież. Nie ma znaczenia dla tego słońca i drzew, dla kwiatów. Dla mnie też nie musi. – odpowiedział jej miękko skupiając się na wrażeniu, na połączeniu z naturą, na uczuciu wypełniającym go po brzegi w jedności ze spokojnym przepływem energii tego miejsca.

Usiedli nad brzegiem jeziora, tam, gdzie miękka od kwiatów łąka schodziła łagodnie ku wodzie. Październik, zapominając na jedno popołudnie o swoim chłodzie, oddychał ciepłem późnego lata. Powietrze miało w sobie słodycz dojrzewających jabłek i miodu ukrytego głęboko w pustoszejących ulach, a spod wilgotnej ziemi unosił się ciężki, żyzny zapach mchów, grzybni i opadłych liści, które dopiero zaczynały śnić o rozkładzie. Gdzieś pośród traw kwitły jeszcze ostatnie astry i wrzosy, niosąc cierpką woń jesieni, lecz pomiędzy nimi uparcie trwały drobne stokrotki i późne dzwonki, magią powołane do życia przed momentem tak za sprawą wróżek, jak i milczącego rosłego blondyna.

Słońce schodziło ku horyzontowi powoli, z królewską cierpliwością. Najpierw rozlało po niebie płynne złoto, miękkie niczym świeżo wygładzona deska lipowego drewna. Potem złoto zaczęło dojrzewać w bursztyn, a bursztyn rozpalił się od środka miedzią. Nad odległym lasem wykwitły pasma różu tak delikatnego, jakby ktoś roztarł płatki dzikiej róży pomiędzy palcami i pozwolił ich barwie rozpłynąć się po sklepieniu świata. Wyżej unosiły się fiolety – głębokie, aksamitne, niemal granatowe – a pomiędzy nimi srebrzyły się cienkie obłoki, wyglądające jak włókna lnu wyciągnięte przez cierpliwe dłonie prządki.

Jezioro nie odbijało tego widowiska w sposób dosłowny. Każda zmarszczka na wodzie niosła inny odcień światła. Tu płonęła czerwień przypominająca rozżarzone wnętrze pieca, tam migotała mosiężna żółć, dalej zaś chłodny ametyst rozlewał się miękko aż po sam brzeg. Trzciny kołysały się leniwie, a ich cienie wydłużały się tak bardzo, że wyglądały jak cienkie ścieżki prowadzące wprost do zachodzącego słońca.

Milczeli.

Nie dlatego, że zabrakło im słów, lecz dlatego, że każde wypowiedziane zdanie odjęłoby temu wieczorowi odrobinę jego pełni. Cisza miała własny rytm – szelest źdźbeł ocierających się o siebie, pojedynczy plusk ryby, skrzydła późnego ptaka przecinające powietrze i cichy oddech ziemi, która szykowała się do nocy. Wszystko to splatało się w pieśń tak subtelną, że łatwo było uwierzyć, iż słyszą ją jedynie ci, którzy potrafią tworzyć.

Jedno spojrzenie przesuwało się po splątanych gałęziach wierzb, dostrzegając w nich przyszłe linie rzeźbień – miękkie zawijasy słojów, ukryte twarze liściastych duchów, delikatne skrzydła, które mogłyby wyrosnąć z drewna pod cierpliwym dłutem. W myślach rodził się już kształt smukłej różdżki – takiej, która zachowałaby w sobie pamięć tego światła i tej ciszy, jakby każde zaklęcie miało odtąd pachnieć jesiennym wieczorem.

Drugie spojrzenie zatrzymywało się na świetlistych refleksach rozsypanych po tafli jeziora. W nich dojrzewały przyszłe naszyjniki i kolczyki, obręcze cienkie jak źdźbła trawy, sploty przypominające wijące się pnącza, drobne listki wykute w srebrze, złocie i miedzi. Zachód słońca rozrzucał po wodzie tysiące maleńkich iskier, a każda wydawała się gotowym klejnotem, którego natura nie zdążyła jeszcze zamknąć w metalu.

Bywały chwile, kiedy piękno nie domagało się posiadania. Wystarczało je przyjąć, pozwolić mu osiąść gdzieś głęboko pod żebrami, aby z czasem wyrosło na kształt dłoni, na ruch dłuta, na pewność młotka uderzającego o kowadło. Wieczór nie dawał gotowych odpowiedzi ani wzorów. Rozsiewał jedynie nasiona zachwytu, z których każdy twórca wyrastał już po swojemu.

Kiedy ostatni skrawek słońca zapadł za linię lasu, niebo jeszcze długo żarzyło się od środka malinowym blaskiem, jakby zmierzch nie chciał pogodzić się z własnym nadejściem. Nad wodą zaczęły snuć się pierwsze srebrne mgły, ciepłe powietrze nasycił zapach wilgotnych trzcin, mięty wodnej i późnych kwiatów zamykających swoje kielichy przed nocą. W oddali odezwała się sowa, a gdzieś pomiędzy wysokimi trawami rozbłysły pierwsze świetliki, niby zagubione gwiazdy, którym zachciało się zamieszkać bliżej ziemi.

Dopiero gdy nasycil oczy gwiezdnym rojem, dopiero wtedy podnieśli się z miękkiej łąki. Każde z nich zabierało ze sobą coś, czego nie można było schować do kieszeni ani zamknąć w szkatułce – odrobinę złota z wieczornego nieba, garść ciszy, zapach ciepłej jesieni i światło odbite w jeziorze. Pożegnali się prostym gestem, bez wielkich obietnic, bo nie wszystkie spotkania potrzebują przyszłości, by stać się ważne. A potem każde ruszyło własną ścieżką, niosąc w dłoniach jedynie pustkę, lecz w sercu bogactwo doświadczenia, z którego zrodzić się miały rzeczy piękne. W drewnie miała zakwitnąć pamięć zachodu, a w metalu – jego blask, aby nawet długo po nadejściu zimy można było dotknąć palcami tego jednego, wonnego, październikowego wieczoru.

Koniec sesji

Czy postacie udadzą się na następną randkę...? Raczej nie. Na pewno z chęcią znów się spotkają przy wspólnych projektach jeśli takie okazje się nadarzą, ale żadne z nich nie nazwałoby tego randką.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Eutierria (489), Kate Barclay (2006), Samuel McGonagall (2671)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa