27.07.2026, 09:10 ✶
Uśmiechnął się – ciepło i szczerze – odnajdując, że jej ciemnych oczach zachód słońca wyglądał równie pięknie, co gdy patrzyło się nań wprost. Skinął głową na jej zapewnienia, że zrobili to razem, swoje przecież wiedząc. Zamiast jednak spierać się z nią po nic, wyciągnął długie ręce do głowy, by pomóc jej z nieco przekrzywionym wiankiem. Udało mu się też złapać spadające wie stokrotki, by móc je ponownie wsunąć w ofiarowany wianuszek.
– Pasuje Ci bardzo – przyznał, oddychając pełną piersią i chłonąc ukwiecone otoczenie, będąc chyba pierwszy raz podczas ich spotkania realnie rozluźnionym. Cóż, pomogło również uwolnienie nagromadzonej surowej magii i niekończące się śmiechy i trele uwolnionych wróżek, wyraźnie zadowolonych z tej łagodnej emanacji jego własnego przekleństwa i potencjału. – Gdybym mógł, pracowałbym tylko w takich warunkach. Pracownia… ma swoje plusy. Dach. Ciężki sprzęt. Dobry składzik. Ale myślę, że aby zamiast przekonywać artefakty z prawdziwą mocą, z pierwotną siłą… nie można ich odrywać od korzeni. W tamtym miejscu w którym byliśmy… czułem się niemal jak w domu, jak we własnym gnieździe – pozwolił sobie na chwilę szczerości wobec nieznajomej, z którą mimo wszystko połączyło go dość intensywne przeżycie.
Tymczasem Samuel przysiadł na trawie w miejscu w którym jeszcze przed momentem stał, nie chcąc wracać, póki słońce nie zajdzie, a na niebie nie pojawią się gwiazdy. To miejsce było dzikie, świateł było mało. Zdecydowanie mieli szanse by realnie zobaczyć niebo, a nie to co londyńczycy nazywali niebem.
– Wydaje mi się, że tu kiedyś byłem. – zmarszczył brwi, rozglądając się mimo wszystko po otoczeniu. Ale poprzednim razem nie było tak pięknie. To był… niedobry czas. I niedobre miejsce. Ale teraz i dzisiaj… Jest zupełnie inaczej – zauważył porwanymi zdaniami, bo wciąż się zastanawiał czy to rzeczywiście tutaj. W Kniei znał każdy kąt. Poza nią potrzebował chwili, a kiedy poprzednim razem zawitał nad brzeg jeziora Windermere… cóż, powiedzmy, że "niedobry czas" było sporym niedopowiedzeniem ze strony Samuela.
– Pasuje Ci bardzo – przyznał, oddychając pełną piersią i chłonąc ukwiecone otoczenie, będąc chyba pierwszy raz podczas ich spotkania realnie rozluźnionym. Cóż, pomogło również uwolnienie nagromadzonej surowej magii i niekończące się śmiechy i trele uwolnionych wróżek, wyraźnie zadowolonych z tej łagodnej emanacji jego własnego przekleństwa i potencjału. – Gdybym mógł, pracowałbym tylko w takich warunkach. Pracownia… ma swoje plusy. Dach. Ciężki sprzęt. Dobry składzik. Ale myślę, że aby zamiast przekonywać artefakty z prawdziwą mocą, z pierwotną siłą… nie można ich odrywać od korzeni. W tamtym miejscu w którym byliśmy… czułem się niemal jak w domu, jak we własnym gnieździe – pozwolił sobie na chwilę szczerości wobec nieznajomej, z którą mimo wszystko połączyło go dość intensywne przeżycie.
Tymczasem Samuel przysiadł na trawie w miejscu w którym jeszcze przed momentem stał, nie chcąc wracać, póki słońce nie zajdzie, a na niebie nie pojawią się gwiazdy. To miejsce było dzikie, świateł było mało. Zdecydowanie mieli szanse by realnie zobaczyć niebo, a nie to co londyńczycy nazywali niebem.
– Wydaje mi się, że tu kiedyś byłem. – zmarszczył brwi, rozglądając się mimo wszystko po otoczeniu. Ale poprzednim razem nie było tak pięknie. To był… niedobry czas. I niedobre miejsce. Ale teraz i dzisiaj… Jest zupełnie inaczej – zauważył porwanymi zdaniami, bo wciąż się zastanawiał czy to rzeczywiście tutaj. W Kniei znał każdy kąt. Poza nią potrzebował chwili, a kiedy poprzednim razem zawitał nad brzeg jeziora Windermere… cóż, powiedzmy, że "niedobry czas" było sporym niedopowiedzeniem ze strony Samuela.